Trener grzechu warty. Jak Bayern złamał dla Nagelsmanna własne odwieczne zasady

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Nowy trener Bayernu Monachium
Alexander Hassenstein/Getty Images

Dziwne nie jest to, że ktoś zapłacił za trenera trzydzieści milionów euro i że w klubie ze szczytu światowej piłki zatrudnili 33-latka, który nie zdobył jeszcze żadnego trofeum i nigdy nie grał zawodowo w piłkę. Dziwne jest to, że wszystkie te rzeczy zrobił Bayern Monachium. Czyli klub, który w kwestii myślenia o pozycji trenera w futbolu był od dekad ostoją konserwatyzmu. To absolutne przypieczętowanie procesu z ostatnich lat, w którym trenerzy stali się pełnoprawnymi gwiazdami tej dyscypliny.

Gdy patrzy się na łysego, korpulentnego mężczyznę zbliżającego się do siedemdziesiątki, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś był młody. Kiedy jednak Uli Hoeness patrzył na Juliana Nagelsmanna, przypominał sobie młodość. Były prezydent Bayernu Monachium zwierzał się z tego mediom już lata temu. Jeszcze w czasach, gdy Nagelsmann prowadził Hoffenheim. On też był kiedyś najmłodszym menedżerem w historii klubu z Bundesligi. Jemu też wszyscy ciągle wypominali wiek. I mówili, że nie zna się na biznesie, bo wcześniej był piłkarzem. A jeśli Hoeness wypowiada się o kimś w taki sposób, zwykle zatrudnienie go w Monachium jest tylko kwestią czasu.

POZORNA LOGIKA

Pozornie wszystko w tym ruchu mistrzów Niemiec jest logiczne i racjonalne. Niespodziewanie i wbrew własnej woli utraciwszy trenera, który odnosił w ostatnim czasie wielkie sukcesy, musieli wejść na rynek z dnia na dzień, nieprzygotowani, bez możliwości urabiania sobie gruntu miesiącami, jak mają w zwyczaju. Po rozczarowaniach związanych z Carlo Ancelottim zawęzili grono kandydatów do trenerów władających językiem niemieckim. Jeśli odsiać Juergena Kloppa i Thomasa Tuchela, ludzi nie do wyrwania z ich obecnych klubów oraz Joachima Loewa, który ma sukcesy i doświadczenie, ale od kilku lat tkwi w permanentnym dołku, był tylko jeden kandydat, który pozwoliłby Bayernowi wyjść z tego kryzysu z twarzą. Każdy inny trener niż Nagelsmann byłby postrzegany jako gorsza opcja od Flicka. Każdy prowokowałby w klubowym otoczeniu rozczarowanie, że pozwolono odejść dobremu trenerowi, by trwać przy miernym dyrektorze sportowym. A Bayern lubi z każdego kryzysu wychodzić mocniejszy. Skoro dobry trener sam zrezygnował z pracy w Monachium, Bawarczycy spróbowali wziąć jeszcze lepszego. I dostali Nagelsmanna. Całkiem przy okazji zadając jeszcze bardzo poważny i niespodziewany cios konkurentowi, który w ostatnim czasie zaczynał wyglądać na najgroźniejszego w kraju. W tym kontekście jedynie kwota, jaką Bayern zapłacił za Nagelsmanna — według Olivera Mintzlaffa, prezesa RB Lipsk — wynosząca 30 milionów euro, wydaje się nietypowa.

Julian Nagelsmann
Sascha Steinbach - Pool/Getty Images

PRZYPIECZĘTOWANIE ROLI TRENERA

Jednak w tych przenosinach nietypowe jest prawie wszystko. Dziwi nie to, że najbardziej utalentowany trener młodego pokolenia na świecie kosztował wielkie pieniądze, lecz to, że trenerski rekord transferowy pobił akurat Bayern. I to na kogoś, kto nie ma na razie ani dorobku trenerskiego, ani piłkarskiego, ani nawet przeszłości w Bayernie. Ruch, który wydawał się logiczny i naturalny, w rzeczywistości jest rewolucyjny i przełomowy. Zrywa z wieloletnią monachijską tradycją. Łamie wszelkie tamtejsze wewnętrzne zasady. Jest absolutnym przypieczętowaniem rosnącej roli trenerów we współczesnym futbolu. Nie dlatego, że ktoś zapłacił za trenera 30 milionów. Dlatego, że rolę trenera uświadomił sobie nawet Bayern.

KLASYCZNE SPIELERVEREIN

W Niemczech od lat funkcjonuje rozróżnienie pomiędzy Trainerverein a Spielerverein. Trainerverein to klub, w którym trener jest absolutnie najważniejszą postacią. Nie tylko trenuje zawodników, ale prowadzi całą społeczność. Jest twarzą, symbolem, figurą, z którą utożsamiają się kibice. Trainerverein przywiązuje się do trenera i wiernie z nim trwa. W każdym konflikcie pomiędzy największą gwiazdą z trenerem poświęci gwiazdę. Spielerverein działa zgoła odwrotnie. Trenerów zmienia często, bo widzi w nich tylko trybiki w klubowej maszynerii. Za politykę klubu, tożsamość, najważniejsze decyzje i przywiązanie kibiców odpowiadają działacze oraz najlepsi piłkarze. Żaden trener nie jest większy od najlepszego zawodnika. Tradycyjne przykłady klubów trenerów w Bundeslidze to SC Freiburg, FSV Mainz, Werder Brema czy współczesna Borussia Dortmund. Bayern był najbardziej klasycznym przykładem klubu piłkarzy.

nagelsmanntt-e1582294225392.jpg

GWIAZDY NA BOISKU

Monachijski gigant był budowany przez byłych wielkich piłkarzy. I to takich, którzy grali w czasach, kiedy rola trenerów była znacznie mniejsza niż obecnie. Franz Beckenbauer w trakcie mistrzostw świata w 1974 roku jako kapitan drużyny w praktyce przejął dowodzenie od selekcjonera Helmuta Schoena i doprowadził Niemców do złotego medalu. Członkiem tamtej drużyny był także Hoeness. Karl-Heinz Rummenigge do reprezentacji dołączył trochę później, ale też był na tyle wielkim piłkarzem, że nie miał poczucia, by wygrał kiedyś jakiś mecz dzięki trenerowi. Cała trójka po karierach zaczęła rządzić Bayernem i budować go według wyniesionych z boiska przekonań: trenera trzeba mieć, ale najlepiej takiego, który nie chce mieć za dużo powiedzenia i nie przeszkadza gwiazdom. Bo w futbolu wygrywa ten, kto wielkie postaci ma na boisku, a nie obok niego.

KLUCZOWY ZAPACH SZATNI

To sprawiło, że Bayern przez dekady ufał jedynie byłym piłkarzom. Tylko w nich widział postaci rozumiejące, jak myślą i funkcjonują gwiazdy. W ostatnim ćwierćwieczu Bawarczycy zatrudniali trzynastu trenerów. Jedenastu z nich w trakcie karier piłkarskich przynajmniej raz zostawało mistrzami kraju. Można było nie przyjeżdżać do Monachium z bogatym trenerskim CV, jak było w przypadku Juergena Klinsmanna, ale trzeba było mieć za sobą udaną karierę. Spośród szkoleniowców pracujących od 1992 roku, najsłabszy zawodniczy życiorys mieli Louis Van Gaal i Otto Rehhagel. Nawet oni jednak rozegrali 125 meczów w Eredivisie i ponad 200 w Bundeslidze, a do Monachium przychodzili już z dużym doświadczeniem i sukcesami w zawodzie. Ostatnim trenerem Bayernu, który jako zawodnik ani razu nie grał w najwyższej lidze swojego kraju, był Erich Ribbeck, zatrudniony tylko dlatego, że był przez lata najbliższym współpracownikiem Beckenbauera.

BRAK ZAWODOWEJ PRZESZŁOŚCI

W tym kontekście bardziej zadziwiające niż to, że Bayern zdecydował się zatrudnić 33-latka bez trofeum na koncie, jest to, że postawił na kogoś, kto przez ani jeden dzień w życiu nie był zawodowym piłkarzem. Nagelsmann grał jedynie w juniorskiej Bundeslidze oraz już jako senior w rezerwach FC Augsburg. Środowisko taktycznych nerdów i analityków piłkarskich może się nim zachwycać, ile chce. Hoeness, Rummenigge, ale też Oliver Kahn czy Hasan Salihamidzić, kolejni byli znakomici piłkarze rządzący Bayernem, na pewno nie mają poczucia, że mogą się czegoś od Nagelsmanna nauczyć. Raczej to oni będą chcieli mu trochę opowiedzieć o futbolu na wysokim poziomie.

nagelsmannglowne1206475837.jpg
John Walton/PA Images via Getty Images

FRUSTRACJE POPRZEDNIKÓW

Kwota odstępnego, jaką za niego zapłacili, automatycznie postawi jednak trenera w zupełnie innej pozycji niż wszystkich jego poprzedników w Monachium. O frustracjach, jakie we Flicku wywoływał absolutny brak wpływu na transferowe decyzje Bayernu, napisano już w ostatnim czasie sporo. Trochę w cieniu przeszły natomiast wypowiedzi Niko Kovaca dla SportBilda, w którym porównywał sposoby pracy w Monachium oraz w Monaco: “W Monaco o wszystkim dyskutujemy, razem rozmawiamy z potencjalnymi nowymi zawodnikami. Myślę, że to coś, czego każdy klub potrzebuje. To także przekonało mnie, by podpisać tu kontrakt. Wszyscy wiemy, jak to się odbywa w Monachium: tam sytuacja jest zgoła przeciwna. Sytuacja, jaką zastałem w Monaco, jest taka sama, jak była we Frankfurcie. I dokładnie tego oczekuje trener. Każdy chce brać udział w planowaniu kadry” - mówił. Od tej samej ściany odbijał się wcześniej nie tylko on. Nawet Pep Guardiola nie mógł sobie w Monachium na wszystko pozwolić, jego zachcianki z rzadka były realizowane, a jego stawianie się w centrum uwagi poprzez częste zmiany taktyczne, krytykowano. Bo przecież gwiazdom nie powinno się zanadto przeszkadzać.

POZYCJA USTROJOWA

Jeśli jednak płaci się za trenera 30 milionów, pokazuje mu się, że jednak jest ważny. Bardzo ważny. Ważniejszy od wielu zawodników. Przecież Bayern, który nie szasta pieniędzmi na prawo i lewo, wydając na Nagelsmanna tak wiele, świadomie pozbawił się sporej części budżetu na nowych piłkarzy. A jednak uznał, że warto. I to jest prawdziwa rewolucja. To nie Nagelsmann musi ułożyć sobie relacje z Salihamidziciem, lecz dyrektor sportowy z nowym trenerem. Bo trener za 30 milionów z pięcioletnim kontraktem będzie znacznie trudniejszy do ruszenia i w razie kolejnego konfliktu to raczej Bośniak mógłby mieć problemy.

GWIAZDA SWOICH KLUBÓW

To, że Nagelsmann nie będzie w Monachium tylko trybikiem w maszynie, nie oznacza jednak, że stanie się gwiazdą i główną osobą decyzyjną. Oznacza jedynie, że jego pozycja ustrojowa wewnątrz klubu trochę wzrośnie. Różnic będzie jednak wiele. Hoffenheim, w którym zaczynał karierę, to Trainerverein, najpierw budowane przez lata przez Flicka, później przez Ralfa Rangnicka, którzy decydowali o praktycznie wszystkim. Całe otoczenie było wpatrzone w Nagelsmanna, a piłkarze, którym otwierał oczy, zaczęliby chodzić na rękach, gdyby tak im zasugerował. W Lipsku młody trener także został główną gwiazdą, która miała pokazywać młodym talentom, jak wejść na absolutnie najwyższy poziom. Eksperymenty taktyczne, zmiany stylu gry, innowacyjne rozwiązania były traktowane jako jego wielkie atuty.

TRADYCYJNY FUTBOL

Teraz przeniesie się do środowiska, w którym eksperymenty taktyczne są niemile widziane, oczekuje się jednego, dominującego stylu gry, gwiazdami będą piłkarze, kierunek na przyszłość będą wytyczać działacze, a innowacyjne rozwiązania są traktowane jako zamach na tradycje instytucji z sukcesami. Nagelsmann, pracując w Hoffenheim czy Lipsku, klubach budowanych praktycznie od zera, reprezentował nowy futbol. Teraz przeszedł do starego. Tego, który przez lata zdążył już wypracować schematy działania w każdej sytuacji. Zanim przeprowadził się do Lipska, zasugerował klubowi szereg zmian w ośrodku treningowym, który został dostosowany do jego potrzeb. W Monachium na wszelkie tego typu korekty będzie się patrzeć podejrzliwie.

KURS DYPLOMACJI

By ta współpraca przyniosła jednej i drugiej stronie korzyści, obie będą więc musiały zmienić dla siebie dotychczasowe przyzwyczajenia. Dla Nagelsmanna praca w Bayernie będzie przede wszystkim kursem z dyplomacji. Trafi w miejsce, w którym będzie pod nieustanną presją — każdy z jego ostatnich poprzedników odchodził jako mistrz Niemiec – w którym jest bardzo wiele rozpoznawalnych osób mających coś do powiedzenia i wrzucających w każdą sprawę swoje trzy grosze i w którym pozycja trenera jest tradycyjnie niska. Będzie sobie musiał radzić z szatnią, która wygrała w futbolu wszystko, zarówno w piłce klubowej, jak i reprezentacyjnej, a przy tym bardzo lubiła i ceniła poprzedniego trenera. Do tego każde najmniejsze zajście będzie szeroko analizowane w mediach z całego kraju. Jeśli Nagelsmann poradzi sobie w Bayernie, będzie przygotowany do absolutnie każdej pracy w światowym futbolu. Z drugiej strony Bayern, chcąc dobrze wykorzystać pokoleniowy talent, który udało mu się pozyskać, będzie musiał pozwolić mu działać. Decydować. Być ważnym. Wpływać na to, by niektóre rzeczy robić inaczej, niż zawsze robiono. Jeśli obie strony się do siebie dostosują, będą skazane na sukces. Jeśli jednak nikt nie ustąpi ani na pół kroku, nawet zatrudnienie świetnego trenera w znakomitym klubie może się zakończyć klęską.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.