Transmisje w Eurosporcie i totalna miazga na trybunach. Jakub Piotrowski o tym, jak fascynacja niemiecką piłką zaprowadziła go do Duesseldorfu (WYWIAD)

GettyImages-1229525205-e1605791136504.jpeg
Roland Krivec/DeFodi Images via Getty Images

- Nie pamiętam, ile dokładnie miałem lat, ale pierwsze mecze z Niemiec zacząłem oglądać na Eurosporcie. Dlatego oferta z Duesseldorfu od razu wpadła mi w oko. Zawsze chciałem być blisko niemieckiej piłki – mówi były pomocnik Pogoni Szczecin, który w Fortunie odbudowuje się po pobycie w Belgii.

Podobno zawsze ciągnęło cię do ligi niemieckiej. Skąd akurat takie zainteresowania? W twoim pokoleniu w Polsce wśród kibiców większą popularnością cieszy się Premier League, a wśród piłkarzy Serie A.

Jakub PIOTROWSKI: - Żeby była jasność, moją ulubioną drużyną jest Chelsea, której zacząłem kibicować jeszcze jako dziecko. Miałem więc dwie ligi, które zawsze śledziłem i chciałbym w nich kiedyś zagrać. Nie pamiętam, ile dokładnie miałem lat, ale pierwsze mecze z Niemiec zacząłem oglądać na Eurosporcie. Przyciągali moją uwagę Polacy, którzy tam grali i pełne trybuny na wszystkich stadionach. To zawsze dodaje smaczku lidze. A gdy patrzyło się na stadion Borussii Dortmund, gdzie przychodziło po osiemdziesiąt tysięcy ludzi, to już była totalna miazga. Dla mnie jako nowej osoby w Niemczech to wielka szkoda, że nie miałem jeszcze okazji doświadczyć gry na wypełnionym stadionie. Byłem kiedyś w Duesseldorfie na meczu Dawida Kownackiego przeciwko Stuttgartowi i poczułem, jak może być na Fortunie. Koledzy z drużyny też podkreślali, że na meczach tego klubu atmosfera zawsze była fajna i teraz im jej brakuje.

To właśnie pod kątem łatwiejszej ścieżki do Bundesligi wybierałeś latem nowy klub? Poprzez zbudowanie sobie marki na zapleczu do najwyższej ligi niemieckiej dostał się Rafał Gikiewicz, podobne były przypadki Polaków w Anglii.

- Wszędzie w Niemczech, na każdym kroku słyszy się o Bundeslidze. To jest zdrowe i normalne, że gdy idzie się do 2. Bundesligi, myśli się o pierwszej. Nie wiem, czy stąd łatwiej się do niej dostać, ale prezentując dobrą formę, czy awansując ze swoim klubem, zawsze jest możliwość to zrobić. Wiem, że w ostatnich latach było kilka przypadków Polaków, którzy mieli w 2. Bundeslidze trudności, ale to akurat nic dziwnego. Nawet gwiazdy piłki czasem przechodząc z jednej ligi do innej, sobie nie radzą. Każdy musi po prostu znaleźć miejsce, w którym czuje się dobrze i trenera, który obdarzy zawodnika zaufaniem. Ja też szukałem dla siebie odpowiedniego miejsca. Miałem oferty z różnych klubów i Duesseldorf wpadł mi w oko. Raz, że zawsze chciałem być bliżej ligi niemieckiej, a dwa, że to klub, który dopiero co grał w Bundeslidze. A każdy, kto spada, jest organizacyjnie na poziomie najwyższej ligi i ma ambicję, by kiedyś tam wrócić.

Ty akurat wydajesz się skrojony pod niemiecką piłkę, bo oprócz aspektów technicznych, zawsze chwalono cię także za przygotowanie fizyczne. Czujesz, że teraz bardzo się to przydaje?

- Na pewno 2. Bundesliga jest wymagająca fizycznie. Nie spodziewałem się nawet, że aż tak bardzo. Trzeba być naprawdę dobrze przygotowanym, ale z tym nigdy nie miałem problemu. Koledzy, którzy grali w Bundeslidze, mówią nawet, że druga jest pod tym względem nawet trudniejsza od pierwszej. W wyższej lidze czasem dostanie się nawet trochę więcej miejsca i dopiero w okolicach pola karnego następuje agresywniejszy doskok. Tutaj jest bardzo dużo zwariowanego pressingu i gry jeden na jednego.

Początki masz jednak naprawdę udane. Po meczu z Heidenheim „Kicker” od razu poświęcił ci sporo miejsca, chwaląc za wykorzystanie szansy.

- Pierwszy mecz w podstawowym składzie rozegrałem przeciwko Hamburgowi. W końcówce rozgrzewki Edgar Prib zerwał mięsień i wskoczyłem do składu. Nie jest łatwo debiutować na HSV. Odczuwałem może nie presję, ale na pewno nowe otoczenie robiło jakieś wrażenie. W pełni gotowy czułem się właśnie na mecz z Heidenheim. Dobrze mi się wtedy grało. Takimi meczami od nowa buduje się pewność siebie. To powinno mi pomóc w kolejnych spotkaniach.

Masz poczucie, że po dwóch latach w Belgii boiskową pewność siebie musisz właśnie budować od nowa?

- Belgia dużo mnie nauczyła mentalnie. Musiałem przejść przez nowe momenty w życiu i w karierze sportowca. Sporo nad sobą pracowałem. Pomogła mi w przetrwaniu tego czasu współpraca z psychologiem, którą kontynuuję do dzisiaj. Nie zwlekałem z jej podjęciem. Tak naprawdę już w Polsce miałem pierwszą styczność z psychologami sportowymi i zawsze korzystałem z ich pomocy. To na pewno nie zaszkodzi, ale tylko może pomóc zwiększyć świadomość. Przywiozłem też jednak z Belgii fajne wspomnienia. Czuję, że szczególnie w pierwszym roku mocno się rozwinąłem. Mieliśmy wtedy fajną drużynę, od której można się było dużo nauczyć. Zdobyliśmy mistrzostwo, co też jest pamiątką, która ze mną zostanie.

Teraz był ci jednak potrzebny klub, w którym nie tylko będziesz się rozwijał, ale i regularnie grał. W Fortunie dość szybko ci się to udało.

- Można rozwijać się na treningach, ale jeśli nie można tego potem pokazać w meczu, czegoś brakuje. Szukałem dla siebie takiego miejsca, by mieć szansę na rozegranie jak największej liczby minut, i w którym nie będę musiał wszystkiego uczyć się od nowa. Gdybym teraz poszedł na przykład do Włoch, pewnie znów musiałbym się teraz uczyć innego grania, innej taktyki, innego myślenia. Dlatego wolałem zostać w tych stronach i znaleźć klub, w którym będę mógł w miarę szybko wywalczyć sobie miejsce. Nie każdy mecz zaczynam w podstawowym składzie, ale już trochę minut uzbierałem i samopoczucie zdecydowanie mi się poprawiło. Jestem zawodnikiem, który lubi analizować swoje występy. Robię to samemu, ale też z trenerem, czy analitykiem, bo chcę wiedzieć, czego ktoś ode mnie oczekuje i na co zwraca uwagę w konkretnych sytuacjach. Fajnie, że wreszcie jest z czego wyciągać materiał do analizy.

Wydawało się, że będzie go trochę już wiosną, gdy odszedłeś z Genku na wypożyczenie do Beveren i zaczynałeś regularnie grać. Wybuchła jednak pandemia, a w Belgii, inaczej niż w większości krajów, nie dokończono rozgrywek. Co się z tobą działo przez tych kilka miesięcy?

- Byłem bez treningu drużynowego. To nie był dla mnie łatwy czas. Nawet już w Fortunie odczuwałem, że można samemu trenować i biegać, ile się chce, ale jeśli nie ma się gierek, kontaktu na treningu, czuje się boisko oraz piłkę znacznie gorzej. Na pierwszych zajęciach z drużyną w Duesseldorfie czułem, że fizycznie fajnie daję radę, ale piłkarsko musiałem jeszcze wrócić do siebie. A najszybciej da się to zrobić właśnie regularnym rozgrywaniem meczów.

Miałeś też trochę czasu, by pomyśleć nad swoimi decyzjami z ostatnich lat. Wyjazd z Polski był zbyt wczesny, czy też trzeba było po prostu wybrać inny klub?

- Uważam, że wybór był dla mnie bardzo uzasadniony i trafny. Przeszedłem do ligi belgijskiej, która nie jest w czołowej piątce w Europie, ale jest fajnym miejscem do rozwoju. Trafiłem do klubu, który jest znany z rozwijania zawodników i ma warunki, by ich w tym wspomagać. Nie grałem, ale myślenie, że mogłem pójść gdzie indziej, nic nie daje. Czasem na pewne rzeczy nie ma się wpływu. Trafiłem na bardzo mocny pierwszy sezon. Gdy patrzę, z kim konkurowałem, nie jest mi wstyd, że w pierwszym sezonie nie grałem wiele. Drugi odbieram już trochę inaczej. Wymagałem od siebie więcej, ale też w zeszłym sezonie miałem łącznie czterech trenerów. Nigdzie nie było stabilizacji, cały czas trzeba było wdrażać się w coś nowego. Myślę, że obrałem trafną drogę. Ona ma przynieść rezultat na koniec kariery, a nie od razu.

Zależało ci jednak, żeby z Genku odejść definitywnie, a nie tylko na wypożyczenie?

- Tak, ponieważ chciałem grać w klubie, który będzie na mnie stawiał, bo jestem jego zawodnikiem. Wiedziałem, że potrzebuję nowego wyzwania. Walczę od zera. Jestem w nowym klubie i dużo zależy ode mnie. Wiadomo, że nie wszystko, ale przyszło nowe rozdanie, w którym będę się starał robić swoje.

Łatwiej się wchodzi do Fortuny, mając już za sobą dwa lata przetarcia za granicą?

- Na pewno mniej mnie już zaskakuje. W polskiej szatni jest się rodziną. Do dziś z każdej drużyny, w której grałem, mam wielu przyjaciół i znajomych. Za granicą już znacznie trudniej tego doświadczyć. To, co spotkałem w Fortunie, i tak jest bardziej zbliżone do tego, co znam z polskiej szatni. W Belgii w szatni było wiele narodowości. Tutaj wszyscy chcą raczej mówić po niemiecku. To pewnie ma też wpływ na to, że częściej chcą rozmawiać, czy robić coś razem jako drużyna. Na pewno doświadczenia z Belgii pomogły mi wejść do Duesseldorfu, bo wiedziałem, czego oczekiwać. Miałem jasność, że na Zachodzie w szatni raczej nie zawiązuje się przyjaźni.

Wspominałeś kiedyś, że w Genku pojawienie się w drużynie Słowaka wpłynęło na ciebie pozytywnie. W Fortunie, mając u boku Dawida Kownackiego i Adama Bodzka, powinno chyba być tym łatwiej?

- Patrik Hrosovski dołączył do nas po roku mojego pobytu w Belgii. Chciał się spotykać także poza klubem, bo ze Słowacji i z Czech był przyzwyczajony do atmosfery, którą ja znałem z Polski. Praca w klubie to jedno, ale później niekoniecznie każdy musi się rozjeżdżać w swoją stronę. W Fortunie jest inaczej, bo z Dawidem znam się od dawna, a Adam zupełnie normalnie mówi po polsku, co też mi ułatwia. W końcu jest kapitanem, więc może mi coś bez problemu przekazać, przetłumaczyć coś z odprawy trenera, czy dać wskazówkę. Mając Polaków w szatni, jest zdecydowanie łatwiej.

To, że w Pogoni pracowałeś z Kostą Runjaiciem, a w Belgii z Hannesem Wolfem jakoś ułatwiło ci wejście do niemieckiej piłki?

- Choćby od strony językowej. Trener Kosta prowadził zajęcia po angielsku, więc jeszcze przed wyjazdem byłem przyzwyczajony do boiskowych komend w tym języku. Nie miałem żadnych komunikacyjnych problemów. Mój angielski był w momencie wyjazdu do Genku komunikatywny, a teraz już na luzie ze wszystkimi się dogadam. Jest też o tyle łatwiej, że trener Uwe Roesler, choć jest Niemcem, wiele lat spędził w innych krajach i mówi po angielsku tak, jakby był Anglikiem. A gdy mówi po niemiecku, wrzuca angielskie słówka. Po nich samych czasem łatwiej zrozumieć, o co mu chodzi. Bo akurat od trenera Runjaicia nie było jak złapać coś po niemiecku.

W Fortunie oczekują, że będziesz w miarę szybko komunikował się w tym języku?

- Już się dogadam. Uczyłem się niemieckiego w szkole, więc znałem podstawy. Rozumiem coraz więcej. Teraz gdy wchodzę głębiej w składnię zdań i gramatykę, jest trochę trudniej. W zeszłym roku w Fortunie było bardzo wielu zagranicznych zawodników i teraz w klubie chcą wrócić do tego, by każdy mógł się w szatni porozumiewać po niemiecku. Zależy im na tym. Mamy nauczycielkę, która pomaga też zawodnikom we wdrożeniu się w klub, a całym rodzinom w życie w mieście. Dwa razy w tygodniu razem z moją dziewczyną uczymy się języka. Kiedy było to możliwe, klub organizował też spotkania dla rodzin piłkarzy. Byłyby kolejne, gdyby nie epidemia. To była dla mnie nowość. W Genku mieliśmy wprawdzie kogoś, kto się nami opiekował, ale nie było spotkań dla całych rodzin i budowania przyjemnej atmosfery w takim szerszym gronie.

Życiowo też jest ci teraz chyba łatwiej niż w Belgii?

- Tam było dla mnie czymś nowym, że na dłuższy czas zostawałem sam. Brakowało mi czasem kontaktu z ludźmi. Nie miałem przyjaciół poza klubem, dziewczyna też jeszcze nie była tam ze mną na co dzień. W Duesseldorfie jest ze mną, więc nie siedzę sam w domu przez dłuższy czas, mam Polaków w drużynie, a do tego mieszkamy w bardzo fajnym do życia mieście. Lubimy spacerować, jeździć na rowerze, czy wyjść na zakupy, a tutaj wszystko jest w jednym miejscu, nie trzeba się nigdzie dalej ruszać. Chociaż akurat teraz Duesseldorf też jest trochę zastopowany.

W czasach belgijskich podobno byłeś na bieżąco z każdą ligą. Teraz już nie oglądasz wszystkiego jak leci?

- Powiedziałem sobie, że czasem trzeba trochę przystopować i zająć się też czym innym niż piłka. Zawsze miałem tak, że gdy w polskiej lidze grali jacyś moi znajomi albo w zagranicznych rozgrywkach trafiałem na Polaka, chętnie oglądałem. Taka analiza non stop też nie ułatwia jednak odpoczynku. Teraz na pewno nie oglądam mało, ale już trochę mniej niż kiedyś.

Adam Nawałka rozważał cię ponoć w kontekście wyjazdu na mundial do Rosji, dopóki byłeś członkiem młodzieżówki, jeszcze wnikliwie śledzono twoją sytuację, ale teraz ani nie grasz w żadnej z czołowych lig, ani nie wymienia się ciebie w kontekście reprezentacji. Nie masz poczucia, że w Polsce trochę zniknąłeś z radarów?

- To normalne, że każdy żyje tymi, którzy są na topie i reprezentują kraj. Zainteresowanie pojawia się wtedy, gdy jest się na najwyższym poziomie i prezentuje fajną formę. Mogę tylko na to pracować. Do tego niezbyt chętnie używam portali społecznościowych, więc też nie śledzę aż tak mocno, czy się o mnie mówi, czy nie. Gdy miałem dobre momenty, pracowałem tak samo jak wtedy, gdy miałem słabsze. Myśląc za dużo o przyszłości, zatraca się często to, co jest tu i teraz. A to jest najważniejsze. Koncentruję się na tym, co mam do zrobienia. Jeśli będę to robił dobrze, zostanę zauważony i wyróżniony. To jedyna droga.

Rozmawiał Michał Trela

Podziel się lub zapisz
Michał Trela
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.