Transferowe hity, których nie było. Jak Michael Jordan prawie trafił do 76ers, Clippers i Knicks

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Michael Jordan
Fot. Tom Berg/Wire Image via Getty Images

Michael Jordan wymieniony za legendarnego Juliusa Ervinga? Albo grający w barwach Los Angeles Clippers? A może biegający po ukochanym parkiecie Madison Square Garden w koszulce miejscowych New York Knicks? To wszystko mogło się zdarzyć, ale się nie zdarzyło. Kibice Chicago Bulls mogą odetchnąć z ulgą na myśl o transferowych hitach, których koniec końców nie było.

Michael Jordan wielkim koszykarzem był. Według niektórych nawet największym w historii. Największe sukcesy święcił oczywiście w barwach Chicago Bulls. Do spółki m.in. ze Scottie Pippenem stworzył z Byków markę znaną na całym świecie. Wygrał sześć mistrzostw, a przy okazji sprawił, że NBA stała się niezwykle popularna na całym świecie. Owoce jego pracy liga zbiera zresztą do dziś. A choć kojarzy się go przede wszystkim z Chicago, to na koniec kariery MJ miał jeszcze malutki epizod w Waszyngtonie.

Ostatecznie zagrał więc w koszulkach dwóch tylko zespołów: Bulls oraz Wizards. Trzy razy w trakcie jego przygody w NBA było jednak blisko zupełnie innych scenariuszy. Swego czasu w grze o Jordana byli kolejno Philadelphia 76ers, Los Angeles Clippers oraz New York Knicks. Jak wyglądały kulisy tych starań i dlaczego do niczego nie doszło? Lecimy po kolei.

1
1984: Michael Jordan do Philadelphia 76ers

Mało brakowało, a Michael Jordan nigdy nie zostałby legendą Chicago Bulls. Może nawet nigdy nie założyłby ich trykotu. Byki przed draftem w 1984 roku były raczej w trudnej sytuacji. Miały za sobą kolejny nieudany sezon, a Chicago koszykówką nie żyło w zasadzie wcale. Potrzeba było impulsu, a znalezienie go miał ułatwić trzeci wybór w drafcie. Sęk w tym, że Bulls nie byli do końca przekonani, że to właśnie z tym numerem znajdą sobie nową twarz klubu, która przyciągnie fanów na trybuny.

Raczej pewne było, że będą mogli postawić na Jordana. Pewniakiem do jedynki był Akeem Olajuwon (jeszcze przed dodaniem „H” do imienia), a wybierający z dwójką Portland Trail Blazers mieli już w składzie znakomitego rzucającego obrońcę w osobie Clyde’a Drexlera. Bulls najpierw przeskanowali jednak rynek w poszukiwaniu ciekawych ofert. Wśród potencjalnych nazwisk, które pojawiały się wtedy w plotkach m.in. Terry Cummings (najlepszy debiutant ligi z 1983 roku), Tree Rollins czy Jack Sikma.

Mocno zainteresowani Jordanem byli też wtedy Philadelphia 76ers. Ledwie rok wcześniej Szóstki zdobyły mistrzostwo NBA, ale obrony tytułu nie było, a w siłę rośli m.in. młodzi gniewni z Bostonu. Starzejący się Julius Erving wciąż dla wielu był bogiem, ale w Filadelfii coraz częściej rozglądano się za nowym zbawcą. Tym kimś miał być o 11 lat młodszy Jordan, którego szczególnie mocno upatrzył sobie ówczesny właściciel klubu Harold Katz. Zakochał się na tyle, że był w stanie rozstać się nawet z klubową legendą.

Bulls rozważyli taki scenariusz, bo pozyskanie kogoś takiego jak Dr. J mogłoby sprawić, że Chicago nagle znalazłoby się na mapie NBA. Ostatecznie generalny menedżer Rod Thorn nie dał zielonego światła na taką wymianę, a potem po prostu wybrał Jordana z trójką. Gdyby do transferu doszło, 76ers w drafcie 1984 mieliby dwa wybory w top5 i ich łupem padłby nie tylko Charles Barkley (wybrany z piątką), ale też MJ. Ten podniebne loty w NBA zaczął więc w barwach Byków, a w kolejnych latach na plakat zabrał ze sobą m.in. Rollinsa czy Sikmę.

2
1988: Michael Jordan do Los Angeles Clippers

Jordan długo czekał na sukces w Chicago. Dopiero w 1991 roku zdobył pierwsze mistrzostwo, choć dużo wcześniej zyskał status najlepszego zawodnika w lidze. Przez długi czas w Wietrznym Mieście mówiło się jednak, że z Jordanem – i jego stylem gry – nie da się wygrywać w fazie play-off. Tak właśnie było w 1988 roku, gdy Bulls już w pięciu meczach odpadli z Detroit Pistons. Łącznie przez pierwsze sezony na 20 rozegranych spotkań w fazie posezonowej Jordan poprowadził Byki do zaledwie pięciu zwycięstw.

Przez chwilę w Chicago naprawdę zastanawiali się więc nad zmianą koncepcji. Mniej więcej w tym samym czasie z ciekawą propozycją do klubu zadzwonił Donald Sterling, a więc ówczesny właściciel Los Angeles Clippers. Jego oferta brzmiała następująco: wybierzcie sobie pięciu zawodników, a nam oddajcie Jordana. Było to o tyle kuszące, że Clippers na stół kładli też wybory numer jeden i sześć w drafcie. W sumie nic dziwnego, skoro rozmawiano o zawodniku, który w sezonie 1987/88 był MVP, królem strzelców i najlepszym defensorem.

Byki mogły wtedy pójść ciekawą drogą i postawić na nowe twarze, tym bardziej że sami mieli w tamtym naborze wybór zaraz za pierwszą dziesiątką. Sęk w tym, że Jordan był zbyt cenny – tak dla menadżera Jerry’ego Krause, jak i dla właściciela Jerry’ego Reinsdorfa. Ten pierwszy zbyt mocno cenił sobie jego umiejętności koszykarskie. Ten drugi z kolei cenił przede wszystkim siłę marketingową Jordana, który przyciągał na trybuny w Chicago mnóstwo kibiców i sprawił, że o Bulls zaczęło się mówić tak często, jak nigdy wcześniej.

Reisndorf w międzyczasie rozmyślał też nad sprzedażą Chicago White Sox – bejsbolowy klub miał się przenieść na Florydę. W związku z tym nie chciał myśleć o pożegnaniu Jordana, bo wiedział, jak wściekli byliby wtedy kibice. Ostatecznie tak MJ, jak i White Sox zostali jednak w Chicago. Rok później zmienił się za to trener: Douga Collinsa, który sam twierdził, że z Jordanem wygrywać się nie da, zastąpił Phil Jackson. To jego trójkąty pozwoliły Bykom pokonać dawne demony i na aż trzy lata zadomowić się na tronie z MJ-em jako królem.

3
1996: Michael Jordan do New York Knicks

Tak w 2010 (m.in. LeBron James), jak i w 2016 roku (Kevin Durant) w NBA mieliśmy do czynienia z istnym szaleństwem na rynku wolnych agentów. Mało kto dziś jednak pamięta, że po raz pierwszy cały szereg wielkich nazwisk na tymże rynku pojawił się już w 1996 roku. To właśnie wtedy skończyły się umowy takich zawodników jak Shaq, Alonzo Mourning, Reggie Miller czy Gary Payton. Nowego kontraktu tamtego lata poszukać musiał sobie też Jordan, który rok wcześniej wrócił do NBA, a w 1996 roku na tron razem z Chicago Bulls.

Pod jego nieobecność dwa mistrzostwa zdobyli Houston Rockets, podczas gdy smakiem obejść musieli się m.in. New York Knicks (pokonani w wielkim finale 1994). W związku z tym w sezonie 1995/96 ruchy kadrowe NYK miały na celu niekoniecznie wzmocnienie drużyny, a raczej zrobienie jak najwięcej miejsca na liście płac, by spróbować przekonać Jordana do gry w Nowym Jorku. Ten nie ukrywał, że Madison Square Garden było jego ulubionym miejscem, choć z drugiej strony uwielbiał też – jak sam to określał – łoić Knickom tyłek.

Sęk w tym, że w tamtych czasach – bez takich pojęć jak maksymalny kontrakt albo podatek od luksusu – to Bulls byli w najlepszej pozycji wyjściowej, mogąc zaoferować Jordanowi przedłużenie kontraktu w zasadzie bez żadnego limitu. Inne kluby mogły dać jedynie tyle, ile miały miejsca w salary cap – w przypadku Knicks było to niecałe dziesięć milionów dolarów. Kolejne miliony NYK chcieli przekazać Jordanowi najprawdopodobniej pod stołem za sprawą firmy ITT, która wtedy była właścicielem tak Knicks, jak i sieci hoteli Sheraton.

Oczywiście było to niezgodne z przepisami, ale nie wiadomo, jak postąpiłaby liga, skoro chodziło o samego Jordana, który miałby dołączyć do jednego z największych rynków w lidze. Knicks całą sprawą przedstawili agentowi MJ-a, choć w niepełnym składzie. Zabrakło prezydenta klubu Dave’a Checkettsa, gdyż już po przylocie na miejsce spotkania musiał szybko wracać do Nowego Jorku. Powód? Sławna walka między Andrzejem Gołotą a Riddickiem Bowe’em zakończona wielką bójką w zarządzanej przez Knicks hali MSG.

Po tym zdarzeniu na kilka lat zabroniono zresztą organizacji gali boksu w najsłynniejszej nowojorskiej hali. Checketts najprawdopodobniej i tak nic by jednak nie zmienił, bo David Falk (agent Jordana) od początku wykorzystywał zainteresowanie Knicks w negocjacjach z Bulls. Zaowocowało to największym ówcześnie w amerykańskim sporcie kontraktem na jeden sezon, bo Byki ledwie dzień po opisywanych wydarzeniach zgodziły się na przedłużenie umowy z Jordanem i rekordową wypłatę rzędu 30 milionów dolarów.

MJ sam kiedyś przyznał, że to wcale nie była tylko taktyka negocjacyjna, bo przejście do Nowego Jorku na poważnie rozważał. Już wtedy niezbyt dobrze wyglądały bowiem relacje między zarządem a trenerem Philem Jacksonem, no a Jordan nie wyobrażał sobie gry dla innego szkoleniowca. Ostatecznie u jego boku zdobył jeszcze dwa kolejne mistrzostwa i dopiero w 1998 roku po raz drugi (ale nie po raz ostatni) zakończył karierę. A w międzyczasie nadal łoił tyłki Knicksom na swoim ulubionym parkiecie w Madison Square Garden.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.