Tottenham 2020. Stadion poleciał w kosmos, drużyna została na Ziemi

Zobacz również:Nie tylko oczywiste hity i gwiazdy. Wybieramy ciekawe ruchy w Premier League, które zasługują na większą uwagę
Tottenham Hotspur v Norwich City - Premier League
fot. Richard Heathcote/Getty Images

Północny Londyn jeszcze nie płonie, ale Jose Mourinho znany jest z tego, że pożary gasi benzyną. Przyjdzie taki dzień, że kibice Tottenhamu zatęsknią za Ligą Mistrzów. Za Mauricio Pochettino i za Christianem Eriksenem, którego w środę w meczu z Norwich tak ochoczo wygwizdali. Nowe rozdanie w szatni na razie nie zapowiada przełomu.

Statek kosmiczny wylądował w sercu obskurnej dzielnicy. Idę tą samą drogą drugi razu w ciągu dwóch miesięcy i dalej zachwycam się najnowocześniejszym stadionem świata – jedynym mi znanym, w którym nawet w toalecie leci Sky Sports. Tottenham jasno komunikuje kibicom: „chcemy być klubem z elity” i to widać. To jest podróż po innej orbicie: z największym stadionowym telebimem w Europie, najdłuższym barem i wycieczkami z Korei Południowej, bo przecież bogaty znaczy globalny. Na trybunie głównej więcej jest dziś koszulek Sona niż Kane’a. Nikt nie chce już wracać do czasów, gdy klub miotał się poza „top four”. Ze spuchniętą facjatą Martina Jola na ławce i wywrotkami w ostatniej kolejce sezonu 2005/2006, bo piłkarze przed meczem o miejsce gwarantujące Ligę Mistrzów zatruli się nieświeżą lazanią.

BEZ ISKRY I NAPASTNIKA

Normalny kibic może już tego nie pamiętać. Przecież Tottenham Pochettino przebił szklany sufit. Przyzwyczaił do innych standardów, rozbudził apetyty. W listopadzie z bliska oglądałem zmierzch tej epoki, wtedy po meczu z Sheffield United skończyła się ponad czteroletnia przygoda Argentyńczyka. Gdy wróciłem dwa miesiące później, na ławce rezerwowych podskakiwał już Jose Mourinho, a Christian Eriksen meczem z Norwich pożegnał się z White Hart Lane. Duńczyk za moment trafi do Interu. A Tottenham pedałować musi dalej, z nowym przywódcą i ogromnym ciśnieniem wierchuszki, by poniżej pewnego poziomu nie schodzić.

Źle to ostatnio wygląda. W styczniu Tottenham nie mógł strzelić gola w meczach z Southampton, Liverpoolem i Watfordem. Do środowego starcia z Norwich pozostawał bez ligowej bramki w 2020 roku. W sobotę w Pucharze Anglii też szału nie było. Remis z Southampton oznacza powtórkę i dodatkowy, niepotrzebny mecz w sezonie. I tylko potwierdził, to co widziałem w środę: drużynę bez iskry i bez napastnika. Przede wszystkim: bez mapy, za to z długą piłką przypominającą futbol z innej epoki. Jeśli dołożymy do tego kłótnię Mourinho z Dannym Rose'em i przecieki o archaicznych treningach Portugalczyka, to mamy wstęp do katastrofy. Żeby zaraz nie okazało się, że jest jak w filmie „Czeski Sen”, gdzie za fasadą pięknego supermarketu rozpościera się puste pole. I że pięknie jest tylko na wierzchu.

Bo marketingowo Tottenham idzie do przodu. Stadion, gdzie na piwo czeka się 10 sekund, jest finansowym perpetuum mobile. Transakcje bezgotówkowe wirują bez końca. Można się w tym miejscu zakochać: to jak traktuje się tutaj kibica i jego wygodę jest imponujące. Oni wiedzą, za jakie sznurki pociągać, by dostać się do portfeli. Nazwisko Mourinho plus serial Amazona też podnoszą wartość rynkową marki, tak by za chwilę za krocie sprzedać nazwę do stadionu. Ale w tym całym rozmachu liczy się też wynik sportowy, a jeśli Tottenham nie awansuje do Ligi Mistrzów, to budowla może się zachwiać. Na dziś jest to całkiem możliwe. Spurs mają sześć punktów straty do czwartej Chelsea i niewiele przesłanek, by powiedzieć: o, teraz ruszamy już tylko w górę!

WSZYSCY BYLI LUCKY

Jest fajny fragment w dziennikach Pochettino o pierwszych dniach w Tottenhamie, o tym jak otwierał okna na oścież, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. Mówił tam o maszynie VertiMax poprawiającej szybkość i wytrzymałość. W jego poprzednim klubie, w Southampton ludzie zostawali po treningach, żeby wspólnie poćwiczyć. W Tottenhamie natomiast przychodzili na trening, brali prysznic i spadali do domu. Nie było mowy o zauroczeniu VertiMaxem. Dzisiaj znowu Spurs wracają do tego samego miejsca. Cykl sukcesów dobiegł końca, przebudowy nie było, a gdy statek zaczyna przeciekać, nie zalepisz go gumą do żucia.

Mourinho w klubie jest na razie dwa miesiące. Za wcześnie, by stawiać na nim krzyżyk, to zresztą długofalowa inwestycja, więc rozliczanie go już teraz byłoby głupie. Ale przeczucia bedą zawsze: wystarczy poprzeglądać konferencje prasowe, gdzie wbija szpile w przygotowanie Tanguy'ego Ndombele, albo zaznacza, że nawet te niedobre mecze były dobre, bo rywale mieli szczęście. W środę w trakcie 25-sekundowej wypowiedzi sześć razy wypowiedział słowo „lucky”. Watford był „lucky”, i Liverpool też. Podobnie Capoue i Robertson. Wszyscy byli „lucky”.

Jest w tym element dobrego show, tego chcieliśmy i po to wrócił. To się zawsze dobrze ogląda. Ale kibice Spurs patrzą i zaczynają mieć wątpliwości. Najlepiej podsumował to Jamie Carragher w studiu Sky: „Pochettino zabrakło jednego, albo dwóch piłkarzy do wygrania ligi. Mourinho potrzebuje czterech albo pięciu tylko po to, żeby dostać się na ten poziom, gdzie był Poch”. W meczu z Southampton ewidentnie było widać, że zespół potrzebuje świeżej krwi. I że znowu trzeba otworzyć okna. Po budowie kosmicznego stadionu czas na budowę nowej drużyny.

Podziel się lub zapisz
Paweł Grabowski
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.