Tomasz Pasieczny: Na rynku dalej działa magia marki Wisły Kraków (WYWIAD)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Napoli
Jakub Gruca/400mm

- Fakt, że jesteśmy z Krakowa, mamy fanatycznych kibiców i duży stadion, jest często dla nas mocnym atutem. Gdy ktoś wybiera między dwoma-trzema klubami i wygoogluje sobie, co go czeka w Krakowie, a potem jeszcze zobaczy filmiki z trybun, często wybierze nas. Bo nie ma wielu miejsc w Polsce, gdzie jest coś podobnego. A to wpływa na decyzje - mówi dyrektor sportowy Białej Gwiazdy.

Na początek wyjaśnijmy: dlaczego gratulować zmiany pracy komuś, kto zamienił Arsenal na Wisłę Kraków?

Tomasz PASIECZNY: - Bo mam ciekawy projekt do zrealizowania według wizji tego, jak powinien wyglądać. Mam przed sobą bardzo duże wyzwanie. Są różne perspektywy tego, czym jest wymarzona praca. Być może z punktu widzenia wielu moja wcześniejsza praca była idealna, ale po kilku latach chciałem się rozwijać i mieć większy wpływ na proces decyzyjny. To był główny punkt, który przeważył na korzyść zmiany. W tej chwili w moich rękach jest zdecydowanie więcej, jeśli chodzi o planowanie przyszłości i realizowanie planu. Wcześniej byłem skautem, dawałem rekomendacje, ale byłem tylko trybikiem w maszynie.

Przeprowadzka z Arsenalu do każdego polskiego klubu byłaby pewnie trudna, ale pan wybrał sobie niełatwy klub nawet w obrębie polskiej ligi. Dlaczego?

- Kiedy w ostatnich latach prowadziłem z polskimi klubami różne mniej lub bardziej zaawansowane rozmowy, patrzyłem na nie przez pryzmat potencjału. Wisła to jeden z kilku klubów, który był pod tym kątem najwyżej. Ze względu na miasto, kibiców, stadion, ale też... miejsce, w którym obecnie jest. Patrząc wprzód, tu jest stosunkowo największa szansa na duży awans sportowy i wejście klubu na wyższy poziom. A to oznacza, że to idealny projekt do budowania. Nie bez znaczenia było też to, że od kilku lat mieszkam w Krakowie, więc wszystko ładnie złożyło się mi w całość. Trudno sobie wyobrazić lepszą okazję niż budowanie czegoś tak dużego w miejscu, gdzie mieszkam.

Przeszkody, jakie są do przeskoczenia, pana nie zniechęcały? Flirtowaliście ze sobą już dużo dłużej.

- Każdy klub ma jakieś trudności, ale mam poczucie, że w Wiśle nie jest ich aż tak wiele, jak się ludziom wydaje. Tu można zbudować coś naprawdę ekstra i chciałem się tego podjąć. Żeby rozmowy się sfinalizowały, dwie strony muszą się zejść, jeśli chodzi o wizję i warunki pracy. Czasem warto trochę poczekać, by to nastąpiło. Jednak w momencie, gdy oferta Wisły się skonkretyzowała, bardzo trudno było z niej nie skorzystać. Nie wiadomo kiedy w tym klubie i w tym mieście pojawiłaby się kolejna taka szansa.

Przed laty krótko był pan już dyrektorem sportowym Cracovii. Powiedział pan później, że nigdy nie udało się panu przekonać właściciela, by w pełni panu zaufał. Tu skala trudności chyba pójdzie jeszcze w górę, bo właścicieli do przekonania będzie aż trzech.

- Przynajmniej na razie nie mam pod tym względem żadnych problemów. To jasne, że mam nad sobą zarząd, który ma nad sobą radę nadzorczą, bo tak jest skonstruowana struktura klubu, ale nie mam poczucia, że Wisła ma problem z ośrodkami decyzyjnymi i tym, że ze sobą nie współgrają. Wszystkie relacje są ustalone, jak należy. Jak dotąd dział skautingu i ja możemy w porozumieniu z trenerem spokojnie realizować to, co chcemy i stopniowo budować wedle naszych założeń.

Czuje się pan jednym z lepiej przygotowanych teoretycznie ludzi w Polsce do pełnienia tej funkcji? Studia FIFA Master wyglądają na skrojone poddyrektorów sportowych, a skończyło je tylko trzech Polaków.

- To tak specyficzna funkcja, że trzeba mieć wszystkiego po trochu. Skończyłem prawo, więc w tym aspekcie czuję się dobrze. Ale do tego dochodzi znajomość języków, umiejętność negocjowania, sprawy podatkowe, zarządzanie ludźmi, budowanie relacji. Jest tych rzeczy naprawdę milion. Trudno o kimkolwiek powiedzieć, że jest przygotowany teoretycznie do pracy dyrektora sportowego, bo trzeba by mieć wiedzę z przeróżnej liczby dziedzin. W części czuję się przygotowany, ale nie mogę powiedzieć, że opanowałem sto procent teorii potrzebnej dyrektorom sportowym. Nikt nie opanował.

Chyba rzadko kiedy się zdarza, by dyrektor sportowy miał tak bezbolesne wejście do klubu. Zna pan miasto, klub, zawodników, ligę, a nawet rynki, z których polskie kluby najczęściej dokonują transferów. Można było od pierwszego dnia ruszyć do pracy?

- Faktycznie, nie mam poczucia, żeby to wejście było jakieś specjalnie trudne pod względem adaptacji, bo znałem wielu pracowników klubu, niektórych już od dawna. Wiedziałem, czego się spodziewać po klubie. Jedyna trudność polegała na tym, że zacząłem w trakcie okna transferowego. Dużo rzeczy było jednak już wcześniej przygotowanych, więc nie był to skok na głęboką wodę. Przed oknem było wiadomo, że to będzie bardzo ważny czas, bo wielu zawodników odeszło z klubu. Dział skautingu i oczywiście zarząd wykonał ogrom pracy. Zawodnicy, których pozyskaliśmy, byli długo obserwowani. Uzyskali rekomendacje, z częścią klub już rozmawiał. Nie były to wiec nowe pomysły. Oczywiście, że kandydatów czasem jest więcej, trzeba sprawdzić stosunek ceny do jakości albo zdecydować się na ruch we właściwym momencie. Nie mówię, że transfery, których dokonaliśmy, były dobre czy złe, bo to okaże się za rok-dwa, ale praca, którą wykonano wcześniej, pozwoliła nam gładko wejść w okienko.

Mam wrażenie, że “dyrektor sportowy” to jedno z najbardziej pojemnych pojęć w piłce. Można nim opisać zarówno wszechwładnych działaczy, na których opiera się cały klub, jak i figurantów, którzy nie mają nic do powiedzenia. Jak dokładniej ma wyglądać pana miejsce w strukturze Wisły?

- Pełna zgoda, że w zależności od struktury klubu, dyrektorzy sportowi są bardzo różni. Czasem ich funkcje noszą różne nazwy, ale zazwyczaj wszyscy są wrzucani do tego samego worka. Dyrektorów sportowych wszyscy kojarzą z transferami, ale to ludzie odpowiedzialni za długofalowy plan rozwoju klubu. Staramy się go nakreślać, realizować, odpowiadać na pytanie, gdzie chcemy być za rok, dwa i trzy. Nie chodzi nawet o pozycję w tabeli, lecz o miejsce w rozwoju. Staramy się precyzować, jak ma wyglądać postęp, jaka ma być struktura drużyny, jakim chcemy być klubem i jak grać w piłkę. Jestem współodpowiedzialny za nakreślenie tej strategii, a później wykonywanie jej. By klub rozwijał się sportowo, musimy nie tylko sprowadzać właściwych piłkarzy, ale i mieć właściwy proces decyzyjny, odpowiedniego trenera, sprawnie działającą akademię i jeszcze ze trzydzieści innych rzeczy. W miarę możliwości staram się ich wszystkich doglądać, by klub szedł we właściwym kierunku.

Pana “pozycja ustrojowa” w Wiśle jest taka, że to pan jest zwierzchnikiem trenera i będzie decydował o jego przyszłości?

- W teorii każdy dyrektor sportowy jest zwierzchnikiem trenera, choć są oczywiście różne poziomy zwierzchnictwa. O tyle trudno o tym rozmawiać, że dopiero zatrudniliśmy świetnego trenera, który przyszedł tu - mam nadzieję - na lata. Razem budujemy i będziemy to jeszcze robić długo. Wierzę w to i naprawdę tak uważam. Natomiast oczywiście, że gdy coś będzie się działo, jedną z moich ról będzie wydawanie ocen i rekomendacji. Do tego momentu jest tak daleko, że aż nie chcę o tym na razie myśleć, ale oczywiście jest to jeden z aspektów kontroli rozwoju. Jako dyrektor będę oceniał, czy idziemy we właściwym kierunku, czy trener ma właściwe narzędzia i czy odpowiednio ich używa. Trener jest pracownikiem, więc będzie oceniany. Ja też będę.

Czuje się pan też sportową twarzą klubu? Kimś, kto ma wyjaśniać na zewnątrz, czym Wisła chciałaby być i do czego zmierza?

- Jestem twarzą projektu sportowego, bo jestem dyrektorem. Nie mam z tym problemu. Natomiast Wisła to klub z takimi zasobami ludzkimi, że rozpoznawalnych twarzy ma mnóstwo i nie ma powodu, bym dodatkowo pchał się na afisz. Prawda jest taka, że odpowiadam za cały projekt sportowy. Cieszę się ze wszystkich pozytywnych aspektów, które się z tym wiążą, a ewentualne negatywne będę musiał wziąć na klatę.

Wśród pana zadań prezes Dawid Błaszczykowski wymieniał też zbudowanie działu analiz. Na czym ma on polegać?

- W ramach naszych skromnych możliwości zaczęliśmy trochę poruszać się w świecie danych. W oknie transferowym nie ma jak zająć się tym w większym zakresie, ale mamy plan wdrażania analizy danych, która pomoże nam w filtrowaniu zawodników i wskazaniu tych, na których mamy się skupić. Mamy pomysły, jak to zrobić. Już teraz na różnych etapach obserwacji odrobinę wspomagamy się danymi, ale wierzymy, że już wkrótce będziemy to robić w znacznie większym stopniu.

Porozmawiajmy trochę o samym projekcie sportowym. To, że w meczu w Niecieczy widzieliśmy w waszym składzie trzech młodzieżowców, a zaraz do rywalizacji dołączy jeszcze czwarty Patryk Plewka, jest zapowiedzią kierunku, w którym chcecie zmierzać?

- Żeby być fair, trzeba też zauważyć, że w tym okienku ściągnęliśmy także zawodników starszych, bo uznaliśmy, że potrzeba nam doświadczenia. Natomiast młodzieżowcy zostali przygotowani już wcześniej. Jest ich mnóstwo. Są niemalże na każdej pozycji. Nie jest dla nas problemem obowiązek wystawienia jednego, nie zastanawiamy się, który to będzie. Możemy sobie spokojnie pozwolić na to, by grało trzech, ale nie jest to cel zapisany na ścianie i wyryty na tablicach. Jeśli wygrają rywalizację, nie mam nic przeciwko, żeby weszło i pięciu. Wiadomo, że trener Adrian Gula świetnie rozwija młodzież i lubi z nią pracować. Jeśli my damy mu jakościowych młodych piłkarzy, będzie z nich korzystał.

Wisła Kraków
Michał Stawowiak

Planujecie dołączyć do grona polskich klubów sprzedających piłkarzy za spore pieniądze? Na razie was wśród nich nie ma. Ostatni transfer zawodnika Wisły za ponad milion euro odbył się cztery lata temu.

- Jesteśmy polskim klubem i to właściwie cała odpowiedź. Chcemy się rozwijać, chcemy, by zawodnicy dali nam jakość sportową i dopiero wtedy chcemy ich sprzedawać, bo wtedy wszyscy są zadowoleni. Jeśli ktoś mówi, że to nie jest jego cel, kłamie. Jesteśmy w takim miejscu łańcucha pokarmowego, że blokowanie kogoś, kto przerasta ekstraklasę, byłoby blokowaniem marzeń. A my chcemy umożliwiać ich realizowanie. Dlatego modelowa kariera to wychowanie piłkarza, który poziomem przerośnie ekstraklasę, nam da korzyści sportowe, a gdy uzna, że czas odejść i ktoś za niego sporo zapłaci, pójdzie dalej w świat. Taka musi być nasza rola.

Nie sposób wszystkich dobrze rokujących zawodników wychować, wielu trzeba ściągnąć w młodym wieku z innych klubów. W Polsce siła marki Wisły na pewno jeszcze działa, ale czy za granicą, po tak długiej przerwie od występów w pucharach, macie jeszcze jakiś atut związany z tym, że nazywacie się Wisła Kraków?

- Magia marki dalej działa. Oczywiście, że mamy ograniczone możliwości finansowe i jeśli ktoś da dwa razy tyle, ile my, ciężko kogoś przekonywać, że Kraków to super miasto. Ale fakt, że jesteśmy z Krakowa, mamy fanatycznych kibiców, duży stadion, jest często dla nas mocnym atutem. Gdy ktoś wybiera między dwoma-trzema klubami i wygoogluje sobie, co go czeka w Krakowie, a potem jeszcze zobaczy filmiki z trybun, często wybierze nas. Bo nie ma wielu miejsc w Polsce, gdzie jest coś podobnego. A to wpływa na decyzje.

Na pierwszej konferencji prasowej zaskoczył pan stwierdzeniem, że nie uważa, by Wisła miała za mało osób w dziale sportowym.

- Bo nie uważam.

To przecież kłóci się ze wszystkim, co zawsze mówiono o polskiej piłce. Że działy sportowe są za małe, że pieniądze kieruje się gdzie indziej, że wszystko jest zawsze ważniejsze niż skauting. Nagle większość klubów w ekstraklasie zaczyna mieć dyrektorów sportowych, dochodzi między nimi do transferów na tej funkcji. Czyżby coś się w Polsce zmieniło?

- Wygląda na to, że lata walki wielu osób o wyjaśnienie, na czym to polega i że to nie jest tylko administrator działu sportu, tylko ktoś, kto powinien projektować politykę klubu, nie poszły na marne. Mam wrażenie, że w kilku klubach rzeczywiście postanowili spróbować mieć kogoś, kto będzie za to odpowiedzialny. Role każdego z nas się różnią, decyzyjność także, ale co do zasady, mam wrażenie, że coś się ruszyło. Teraz musimy się obronić.

O tym, jak jest o to trudno, najlepiej świadczy fakt, jak rzadko zdarza się, by nawet w piłce na najwyższym szczeblu, ten sam dyrektor sportowy sprawdził się w dwóch różnych miejscach.

- Myślę, że to nie bierze się z tego, że dana osoba nie potrafi się zaadaptować do nowego środowiska, ale z tego, że te role w klubach są zupełnie różne, choć nazywają się tak samo. Dyrektor sportowy jednego klubu robi coś zupełnie innego niż dyrektor sportowy drugiego. Nie oznacza to jednak, że dobrych dyrektorów sportowych nie da się przeszczepić i każdy klub musi sobie wychować swojego. Chodzi jedynie o to, by na wstępie klub i kandydat mieli podobną wizję, co do funkcji, odpowiedzialności i zadań. Jeśli mają wspólną, powinno być dobrze.

Wróćmy jednak do liczby osób w dziale sportowym Wisły. Ile ich jest?

- Razem ze mną siedem. Nie wszyscy stacjonują w Krakowie, kilka jest na odległość.

To wystarczy?

- Zawsze można powiedzieć, że ludzi jest za mało. Na świecie jest tylu piłkarzy, tylu wbrew pozorom chciałoby grać w Polsce, tylu agentów chciałoby ich umieścić w ekstraklasie, dostępne są materiały z tylu lig, że zawsze będzie brakować mocy przerobowych. Nawet gdy będzie w dziale sto osób. Do obserwacji tego, kogo szukamy i jak szukamy, zespół, który został zbudowany w ostatnich latach w Wiśle, jest naprawdę wystarczający. Planowałem do niego jeszcze jeden transfer. Na razie mi się oddala, ale jeszcze powalczę. Praca jest dobrze zorganizowana, choć wdrażamy pewne nowe pomysły. Dotychczas było tak, że mieliśmy ligi, na których się skupialiśmy i takie, które obserwowaliśmy z doskoku. Teraz rozważamy lekkie wymieszanie tych przydziałów.

W jakim stopniu pandemia zmieniła skauting i sam proces transferowy?

- Nie mam poczucia, że bardzo zmieniła. Może jedynie odwróciła proporcje. Siłą rzeczy dużo więcej, a momentami prawie wszystko, robiło się na wideo. Kluby już wcześniej miały wideoskautów i z nich korzystały obok skautingu na żywo, ale nagle zaczęły ich wykorzystywać jeszcze mocniej. To nie było jednak raczej nic trwałego i w momencie, gdy stadiony się otwarły, znów pojawiło się więcej podróży. Wszystkie kluby w miarę możliwości finansowych korzystają z Wyscoutów, TransferRoomów i innych narzędzi technologicznych. Dochodzą coraz bardziej zaawansowane dane. Ale skauting na żywo trudno będzie zlikwidować, bo daje zupełnie inne możliwości analizy. Widać jednak, że w trakcie negocjacji odbywało się znacznie mniej spotkań na żywo niż wcześniej. Trochę do nich wracamy, ale myślę, że jest ich mniej, niż było. To jedyna zmiana. Oprócz tego, że rynek stał się trochę spokojniejszy, bo jest na nim mniej pieniędzy.

Dla pana zmiana funkcji oznacza znacznie rzadsze wyjeżdżanie na obserwacje? Jako dyrektor sportowy stara się pan być maksymalnie blisko drużyny, w gabinetach, czy raczej nieustannie w podróży?

- Staram się być możliwie pośrodku, choć oczywiście, teraz gdy trwa okno transferowe, 90 procent czasu spędzam w biurach na stadionie albo gdzieś w podróży. Przynajmniej raz w tygodniu staram się jednak być w Myślenicach, by porozmawiać z trenerem i piłkarzami oraz zobaczyć, jak wygląda zespół. Zacząłem jednak w takim momencie, że musiałem się skupić na doglądaniu transferów, ocenie kadry czy przedłużaniu umów. Gdy skończy się okienko, będę się starał być trochę bliżej drużyny. Na obserwacje też zamierzam jednak jeździć. Nie będę prowadził obserwacji u podstaw, ale gdy piłkarze przejdą już jakiś nasz filtr, będę się starał wyrobić sobie zdanie na ich temat przez oglądanie ich na żywo.

Jeden transfer, którego pan doglądał, nie doszedł do skutku, a Felicio Browna Forbesa coraz częściej oglądamy ostatnio na boisku. Temat jego przeprowadzki do Chin upadł?

- Odejście do tego konkretnego chińskiego klubu upadło ze względów proceduralnych. Nie otrzymał wizy. To ani nasza wina, ani tego chińskiego klubu. Procedury ciągnęły się jednak tak długo, że najpierw przywołaliśmy go z powrotem do treningów, a potem Chińczycy uznali, że nie są w stanie załatwić tego w odpowiednim terminie. Gra, bo to nasz piłkarz, który daje nam bardzo dużo. Jest innym typem niż Jan Kliment. Z mojej perspektywy, fajnie byłoby, gdyby dalej był częścią tej drużyny.

Jeśli nie odejdzie, waszą aktywność w tym okienku można uznać za zamkniętą?

- Tak myślę. Będziemy jedynie wykonywać ruchy w kierunku odchudzenia kadry. Myślimy o wypożyczeniu Przemysława Zdybowicza, toczy się też sprawa Michała Buchalika, o którym wiemy, że to na tyle dobry bramkarz, że powinien grać. Jest w takim wieku, że czeka go jeszcze parę lat gry na wysokim poziomie. To dwa nazwiska, którymi teraz w największym stopniu się zajmujemy.

Wygląda więc na to, że wasz ostatni transfer tego lata to Paweł Kieszek. Dlaczego uznaliście, że potrzebujecie akurat jego?

- Idealnie wpasował się w to, czego szukaliśmy. Chcieliśmy doświadczonego bramkarza, przy którym Mikołaj Biegański i Kacper Rosa mogliby się rozwijać. Paweł podpisał kontrakt na rok z opcją przedłużenia o kolejny, co oznacza, że może tu również zostać, by wspomóc rozwój Kamila Brody, gdy wróci z wypożyczenia. Dzięki niemu zyskaliśmy w bramce piłkarza ogranego na świetnym poziomie, który da nam dużo w szatni. Oprócz tego, że będzie rywalizował o pozycję numer jeden, będzie rozwijał konkurentów. Chciał tu przyjść, my bardzo go chcieliśmy, a temat żył od dawna, bo możliwość sprzedaży Mateusza Lisa już wcześniej majaczyła w tle.

Kieszek przychodzi jako numer jeden?

- Przez ostatnie cztery sezony grał wszystko. Jak każdy dobry piłkarz, przychodzi, by walczyć o podstawową jedenastkę. Nigdy nie powiem trenerowi, kto ma grać. Będzie grał lepszy. Jego wiedza i umiejętności będą dla nas bardzo ważne, niezależnie od tego, kogo wybierze trener.

Początek sierpnia to dość wczesny moment na ostatni transfer. Zgodnie z zasadą, że brak transferu to czasem najlepsza decyzja?

- Zawsze wolę nie zrobić transferu, niż zrobić zły, bo nie widzę w nim sensu. Czasem jest tak, że nawet gdy pojawi się jakaś fajna opcja, przy naszej bardzo szerokiej kadrze, trzeba sobie zadać pytanie, czy to na pewno ma sens? I pewnie ja będę to pytanie zadawał.

Rozmawiał Michał Trela.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.