Tomasz Kuszczak: U Ronaldo każda godzina musiała być jakościowa. Zawsze miał plan (WYWIAD)

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Cristiano Ronaldo
Martin Rickett - PA Images/PA Images via Getty Images

- Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl o Cristiano Ronaldo to jego uśmiech. To było niesamowite: lecisz na Ligę Mistrzów w poniedziałek rano, 8.00 na zegarku, większość zaspana i niemrawa, a on cały czas naładowany energią. Imponował tym, że zawsze miał plan - mówi newonce.sport Tomasz Kuszczak, czterokrotny mistrz Anglii i triumfator Ligi Mistrzów z Manchesterem United.

PAWEŁ GRABOWSKI: Za moment znowu zobaczymy Cristiano Ronaldo w Manchesterze United. Myśli pan, że telefon od Alexa Fergusona był w tej sprawie kluczowy? Przez moment wydawało się, że CR7 idzie do City.

TOMASZ KUSZCZAK: - To jest gra menedżerów. Ronaldo nigdy nie poszedłby do City. Mówienie, że jeden telefon załatwił sprawę to też przesada, bo Ronaldo od zawsze był w stałym kontakcie z Sir Alexem. Na pewno rozmawiali już wcześniej. Kiedy powiedział, że odchodzi z Juventusu, byłem pewien, że zagra w United. Żaden inny klub nie wchodził w grę. Manchester ma w sobie coś takiego, że jeśli raz poczułeś atmosferę Old Trafford i masz okazję poczuć ją ponownie, to się nawet nad tym nie zastanawiasz. To jest jak rodzina, tego się nie zapomina. Dla mnie ten transfer jest fenomenalny. Nawet nie chodzi o gole, ale też o samą osobowość, która pociągnie klub w górę.

Ten sezon będzie przełomem? Wiadomo jak długo Manchester szuka swojej drogi odkąd z klubu odszedł Ferguson.

- To się zbliża. Kiedy Ole Gunnar Solskjaer został trenerem, ludzie mówili, że nie ma doświadczenia, a dla mnie w tamtym momencie nie było ważne doświadczenie tylko to, co ten facet ma w sercu. On żyje dla United. Przeżył tu fantastyczne chwile i teraz od dwóch lat buduje zespół, który powoli się odradza. Dla mnie świetną rzeczą jest to, że w jego sztabie pracuje Richard Hartis, który był trenerem bramkarzy jeszcze za moich czasów, gdy zdobywaliśmy Ligę Mistrzów. Jest Michael Carrick, Darren Fletcher, Mike Phelan. Są wychowankowie jak Rashford albo Greenwood. To są wszystko ludzie z korzeniami w tym klubie. Zawodnicy, którzy tutaj przychodzą jak Bruno Fernandes szybko orientują się, że to jest coś więcej niż tylko miejsce pracy.

Wracając do Ronaldo: jaki ma pan pierwszy obrazek w głowie, kiedy pada jego nazwisko?

- Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, to jego uśmiech. To było niesamowite: lecisz na Ligę Mistrzów w poniedziałek rano, 8.00 na zegarku, większość zaspana i niemrawa, a on cały czas naładowany energią. Imponował tym, że zawsze miał plan. Przychodził do klubu i od razu wiedział, co po kolei musi zrobić. Każda godzina w klubie musiała być jakościowa. I w ten sposób szedł do miejsca, w którym jest dzisiaj. W West Bromwich wydawało mi się, że przychodzę do klubu bardzo wcześnie, wcześniej niż inni. W Manchesterze zobaczyłem gościa, który przychodził jeszcze wcześniej. Punkt 7.00 rano, Ronaldo jest w klubie. To był król szachownicy, na której ja byłem tylko pionkiem.

Jest jakaś jedna rzecz, którą można było u niego podpatrzeć i przenieść do siebie?

- On był zdyscyplinowany, ale ja byłem taki sam. Nie potrzebowałem patrzeć na Ronaldo, żeby dostać kopa motywacji. To po prostu wynika samo z siebie. Cenię w nim to, że to mega rodzinny facet. Lubi to podkreślać w wywiadach. W ogóle widać po nim, że on żyje ludźmi. Wie jakimi osobami się otaczać. Bardzo dużo pomaga. Ja nigdy nie odbierałem go jako gwiazdora. Dla mnie to był zwykły, przyziemny facet, który od początku wiedział po co jest w klubie i co chce osiągnąć.

Jak w końcu było z tym własnym lustrem w szatni? Jedni mówią, że lustro już było, a on tylko zajął miejsce naprzeciwko. Inni, że sam przytargał.

- Część modela zawsze w nim była i będzie. Słynął z tego, że lubi być dobrze uczesany. Ale to też nie było tak, że stał dwie godziny przed lustrem. Lustro było wspólne dla wszystkich, a on prostu spędzał przy nim trochę więcej czasów niż inni. Stąd chyba ta anegdotka o tym, że sam je przyniósł. Różne historyjki powstają. O mnie z kolei mówili, że byłem najgorzej ubranym piłkarzem w szatni. Jak patrzę na stare fotki, to fakt, nie są to powody do dumy. Znajomi śmiali się, że bardziej oszczędzać na ciuchach już się nie da. Z drugiej strony - tych najgorzej ubranych było dużo więcej.

A jak Ronaldo znosił wbijanie szpilek, gdy przynosiliście mu do szatni gazety z niezbyt pochlebnymi artykułami?

- Ale to nie było tylko wymierzone w Ronaldo. Jak ktoś coś nawywijał, to innym też przynosiliśmy gazetę do szatni: „Masz, poczytaj sobie”. Oczywiście każdy już zdążył przeczytać to kilka razy. Wiadomo jak ostry długopis ma prasa w Anglii. Mi się też nie raz dostawało.

Kiedy ostatni raz był pan w Manchesterze?

- Niedawno, jakieś dwa tygodnie temu. Widziałem się z kilkoma piłkarzami. Na meczach przysługuje mi bilet VIP, ale jakoś już tak mam, że wolę oglądać je wśród kibiców. Musiałem trochę na to miejsce poczekać, bo to nie jest tak, że kupujesz bilet i wchodzisz. To jest Manchester United, tutaj musisz odstać swoje w kolejce. Jak ktoś ma bilet sezonowy, to ma potem prawo go przedłużyć i często przedłuża przez 40 lat. Z dziadka na ojca, ojca na syna itd. Nie ukrywam, że w pewnym momencie musiałem tę ścieżkę trochę przyspieszyć.

Łatwo było panu przejść z trybu „kariera” na „po karierze”? Powrót do Polski to też musiało być wyzwanie.

- Nie jest łatwo przenieść całą rodzinę z jednego kraju do drugiego. Moje dzieci większość życia spędziły w Anglii. Na początku było trudno, ale w tej chwili żyjemy sobie szczęśliwie w Trójmieście i chyba każde z nas zdążyło się już przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Ja też świetnie odnajduję się w nowej roli. Piłkarze po zakończeniu kariery, gdy tracą adrenalinę, nie wiedzą, co ze sobą zrobić i jak ją odzyskać. U mnie czegoś takiego nie ma. Praktycznie cały czas coś robię.

Czytałem, że obowiązków ma pan tyle, ze wstaje o 5:30. I, że budując osiedle w Trójmieście pilnuje pan nawet takich detali, jak certyfikaty złączek w hydraulicy.

- Dzisiaj akurat wstałem po 6.00. Osiedle to jest jeden z projektów, który był przygotowywany od wielu lat. Jeszcze grając w piłkę wiedziałem, że można żyć w fajnym standardzie, ale też trzeba mieć z tyłu głowy, co będzie, gdy ta piłka się skończy. Nie miałem w nowej roli doświadczenia. Wchodziłem na rynek, gdzie są ludzie, którzy robią to od wielu lat. Ale potem zacząłem dotykać każdego detalu. To samo robiłam przez lata jako bramkarz: miałem duże cele, ale zaczynałem od rzeczy małych. To też warto podkreślić w tej rozmowie: w detalach leży sukces.

Widziałem pana ostatnio w studiu Sky Sports. To jakaś stała współpraca?

- Nie wiem, czy polscy kibice to śledzą, ale w trakcie pandemii zacząłem udzielać się jako ekspert przy meczach transmitowanych w Malezji i Indonezji. Fajnie się to sprawdza. Siedzę sobie w domu, odpalam kamerę i jestem jednym z gości w studio. To jest mniej więcej to samo, co w trakcie Euro robiłem dla Telewizji Polskiej. Dziennikarstwo i rozmowa o piłce cały czas mnie kręci. Lubię czytać i przygotowywać się do meczu. Lubię, gdy coś się dzieje i pojawia się adrenalinka.

Na koniec jeszcze pytanie o mecz z Anglią. Wojtek Szczęsny popełnił błąd przy strzale Harry’ego Kane’a?

- Taki jest Harry Kane. Skupiłbym się raczej na jego fenomenalnym uderzeniu, niż szukał błędu Wojtka. 9 na 10 bramkarzy by to puściło. Ja też bym to puścił. Mam w głowie wiele takich strzałów i doskonale wiem, że większość ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy jak trudne są to piłki. Była sugestia w telewizji, że być może Wojtek mógł się lepiej ustawić, ale dla mnie sprawa jest prosta: on tę piłkę zobaczył dopiero wtedy, kiedy opadała obok barku Bednarka. Nie było szansy, żeby dołożyć krok i cokolwiek tam zrobić.

Rozmawiał Paweł Grabowski

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.