TOKIJSKIE NADZIEJE #9. Wygrać z cukrzycą i przejść do historii. Mateusz Rudyk marzy o medalu

Zobacz również:TOKIJSKIE NADZIEJE #12. Atak z drugiego rzędu. Jak przebić lekkoatletyczny szklany sufit?
Mateusz Rudyk
Fot. Piotr Kucza / 400mm.pl

W ostatnich latach polskie kolarstwo na brak osiągnięć narzekać nie może. Dwa medale na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro są tego najlepszym potwierdzeniem, ale i poza nimi osiągnięcia gromadzą się jedno na drugim. W większości jednak mówimy o kolarstwie szosowym i górskim, a przecież jest jeszcze jedna odnoga tej dyscypliny, w których możemy się pochwalić pewnymi tradycjami.

Prawdopodobnie gdybyśmy spytali przeciętnego kibica sportu, jakie olimpijskie sukcesy mamy w kolarstwie torowym, to w odpowiedzi nie usłyszelibyśmy zbyt wiele. Nie jest to chociażby tak popularna dyscyplina jak jej szosowy odpowiednik, a i nie ma tu innych (poza igrzyskami) prestiżowych zawodów, które mogłyby się przebić do ogólnonarodowej świadomości. Kolarze torowi nie wygrają prestiżowego wyścigu etapowego czy pojedynczego etapu Tour de France. Mogą przede wszystkim zdobyć medal olimpijski, a tego w Polsce nie mieliśmy od bardzo dawna.

Nie można jednak powiedzieć, że brakuje w tej dyscyplinie tradycji. Józef Lange, Jan Łazarski, Tomasz Stankiewicz i Franciszek Szymczyk zdobyli… pierwszy w historii naszego kraju medal olimpijski. Srebro w drużynowym wyścigu na 4000 metrów na igrzyskach w Paryżu (1924) przeszło do historii jako numer jeden całego polskiego sportu i tego nikt torowcom nie zabierze. Poza tym do ogólnego dorobku dołożyli się jeszcze Janusz Kierzkowski (brązowy medal w wyścigu na 1000 metrów w 1968 roku) i tandem Andrzej Bek i Benedykt Kocot (brąz na 2000 metrów w 1972). Od tamtej pory podobnego sukcesu nie było.

NAUCZYĆ SIĘ Z TYM ŻYĆ

Kolarstwo torowe w Polsce w ostatnich latach znacząco się rozwinęło. Większe dofinansowanie dyscypliny czy budowa toru w Pruszkowie (dla dobra i pozytywnego wydźwięku tekstu o nadziejach olimpijskich pominiemy aferę związkową i komornika, który chwilowo zajął tor), mimo sporych problemów, pomogły w stworzeniu naprawdę zdolnego pokolenia, które regularnie przywozi do kraju medale mistrzostw świata, zarówno w konkurencjach olimpijskich, jak i nieolimpijskich. W tych pierwszych najlepiej spisuje się Mateusz Rudyk, który swoją regularnością sprawił, że możemy mówić o realnej szansie medalowej.

W Rio nie wystąpił, bo wciąż był jeszcze młodzieżowcem na fali wznoszącej, ale jeszcze w tym samym roku zdobył z kolegami złoto mistrzostw Europy w sprincie drużynowym. Indywidualnie zaczął się pokazywać nieco później, odpadając w ćwierćfinale sprintu na mistrzostwach świata w roku 2018.

Mateusz Rudyk
Fot. Piotr Kucza / 400mm.pl

Rudyk jest wyłącznie sprinterem. Sprinterem, który – jak wielu kolarzy torowych – zaczynał w dzieciństwie od jazdy na szosie, jednak w karierze pokroju Rafała Majki czy Michała Kwiatkowskiego przeszkodziła mu cukrzyca. Dowiedział się o niej będąc bardzo młodym chłopakiem i diagnoza była bolesna – nie ma opcji, żeby uprawiać tak wydolnościowy sport, jakim jest kolarstwo szosowe, gdzie często jeździ się tysiące kilometrów w bardzo krótkim czasie.

Początki były trudne, jak dla każdego, kto dowiaduje się o czymś takim, szczególnie bardzo młodego sportowca, który na dobrą sprawę dopiero zaczynał „wkręcać się” w swoje nowe hobby. Z wiekiem jednak sytuacja się ustabilizowała, a sam Rudyk wielokrotnie wspominał, że nauczył się z tym żyć. Cukrzyca, mimo że uciążliwa, jest już częścią jego kariery. A on został ambasadorem walki z nią i pokazuje, że mimo takich problemów można być zawodowym sportowcem. I to na wysokim poziomie.

SPRINT PRZEZNACZENIEM

Na torze jest o tyle lepiej, że będąc sprinterem, nie trzeba czekać około 200 kilometrów na ostateczną rozgrywkę, bowiem wszystko dzieje się znacznie, znacznie szybciej. Wszystko zaczyna się od jazdy indywidualnej na czas. Po 200 metrach przejechanych z lotnego startu, każdy z zawodników uzyskuje czas eliminacyjny. Potem, zakwalifikowani dobierani są w pary i walczą jeden na jeden w kolejnych etapach, aż do finału. Od ćwierćfinału, żeby wykluczyć dzieło przypadku, rywalizują do dwóch zwycięstw. Łącznie, w czasie całych zawodów, przejeżdżają więc na pełnej prędkości maksymalnie kilka kilometrów. Dla niemogącego pokonywać długich dystansów kolarza mogłoby się to wydawać wręcz przeznaczeniem.

Co więcej, Rudyk okazał się naprawdę utalentowanym zawodnikiem w przeznaczonej mu konkurencji. Na mistrzostwach świata w 2018 roku odpadł w ćwierćfinale, jednak rok później, i to w Pruszkowie, odniósł życiowy sukces, zdobywając brązowy medal. Już wtedy można było pomyśleć, że w Tokio może być ciekawie. Szczególnie, że z mistrzostw Europy przywiózł kolejny brązowy krążek.

Przyszła jednak pandemia i olimpijskie marzenia należało odłożyć o co najmniej rok. Ostatnimi zawodami, które kolarze zdołali rozegrać, były mistrzostwa świata na przełomie lutego i marca 2020. Rudyk medalu nie zdobył, jednak zajął czwarte miejsce, potwierdzając obecność w ścisłej światowej czołówce. Problem w tym, że od tamtego momentu… kompletnie jej nie znamy.

Kolarstwo torowe było jedną z tych dyscyplin, które w trakcie pandemii zamknęły się całkowicie. Żadnych mistrzostw, Pucharów Świata ani żadnej okazji, by najlepsi mogli porównać swoją formę. Inne dyscypliny nadrabiały to nawet w tym roku, chociaż raz czy dwa organizując Puchar Świata, ale torowcy nie otrzymali nic. Pierwszym poważnym startem od półtora roku będą… igrzyska w Tokio.

Skąd więc znać formę – swoją i rywali? Chociażby ze wspólnych treningów, które gdzieś po cichu miały zdarzyć się w maju. Jednak to tylko treningi, a Japonia zweryfikuje wszystko.

Sprint jest w dodatku bardzo nieprzewidywalny w swojej specyfice. Jeden błąd w nieodpowiednim momencie i kandydat do medalu odpada w 1/8 albo utrudnia sobie rozstawienie i szybko trafia na poważnego rywala. A takich jest wielu. Przede wszystkim Holendrzy. Harrie Lavreysen i Jeffrey Hoogland to aktualni mistrz i wicemistrz świata, którzy przed pandemią ogrywali rywali z niezwykłą łatwością. Do tego dochodzą Malezyjczyk Azizulhasni Awang, który pokonał Rudyka w wyścigu o brązowy medal na MŚ 2020, Australijczyk Matthew Glaetzer, który z kolei z Polakiem przegrał brąz 2019 czy też Brytyjczycy i Francuzi, którzy może nie szaleją w okresie międzyolimpijskim, ale na samych igrzyskach zawsze należy od nich oczekiwać wysokiej formy. Mistrzem olimpijskim z Londynu i Rio jest w końcu Jason Kenny, który w Tokio również wystąpi.

CZEGO SIĘ SPODZIEWAĆ?

Kolarstwo torowe może się okazać jedną z najtrudniejszych do przewidzenia dyscyplin na tegorocznych igrzyskach. Brak startów może odbić się negatywnie na faworytach, więć Mateusz Rudyk stara się, by nie doszło do tego w jego przypadku. Dokładnie zaplanował treningi, jak sam twierdzi dobrze przepracował rok i mimo że starty torowców są dopiero w drugim tygodniu igrzysk, on sam jest już na miejscu. Powód? Wspominana już cukrzyca.

Po tym jak na koniec 2019 roku polscy torowcy zaliczyli tour po Azji, Rudyk zauważył, że gwałtowna zmiana czasu bardzo rozregulowuje jego poziom cukru. Pojechał więc wcześniej, by nie było żadnych problemów. Profesjonalizm, który może wydawać się oczywisty, ale znając różne historie innych sportowców – niekoniecznie taki jest.

Wiemy więc, że polski sprinter nie powinien mieć sobie nic do zarzucenia w kwestii przygotowań. Teraz trzeba po prostu wyjechać na tor i z odrobiną szczęścia pokonywać kolejnych utytułowanych przeciwników. Polskie kolarstwo torowe zasługuje na taką historię. NAJGROŹNIEJSI RYWALE: Harrie Lavreysen, Jeffrey Hoogland, Azizulhasni Awang, Jason Kenny, Matthew Glaetzer, Jack Carlin, Sebastian Vigier

LUŹNY TYP NEWONCE.SPORT: Rudyk dojdzie do walki o trzecie miejsce, jak na dwóch ostatnich MŚ. A tam, miejmy nadzieję, nie pozostanie z niczym

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.