TOKIJSKIE NADZIEJE #7. Jak nie teraz, to kiedy? Siatkarze jadą po medal do miejsca, od którego wszystko się zaczęło

Zobacz również:TOKIJSKIE NADZIEJE #12. Atak z drugiego rzędu. Jak przebić lekkoatletyczny szklany sufit?
Reprezentacja Polski siatkarzy
Fot. Anna Klepaczko / 400mm.pl

Dwukrotni mistrzowie świata, którzy składem mogliby obdzielić niejedną zagraniczną reprezentację i to bez uszczerbku na własnym. Kraj, w którym siatkówka rozwija się z roku na rok coraz bardziej, a mimo to wciąż brakuje ostatecznego potwierdzenia siły na arenie międzynarodowej, bowiem ostatni medal na igrzyskach olimpijskich reprezentacja Polski zdobyła 45 lat temu. Tymczasem nadchodzi kolejna, niepowtarzalna wręcz szansa.

Sukcesy męskiej siatkówki w XXI wieku zaczęły się dla nas… w Japonii, od wicemistrzostwa świata w 2006 roku i stąd też nawiązanie w tytule artykułu. Dodajmy do tego fakt, że pierwszy medal olimpijski w tej dyscyplinie zdobyły panie na igrzyskach w… Tokio, w 1964 roku i mamy już całkiem mocną podstawę symboliczną, by twierdzić, że może tym razem nam się poszczęści. Szczęściu trzeba będzie jednak pomóc, i to wydatnie.

KLĄTWA ĆWIERĆFINAŁU

Z jednej strony symbolika jest po stronie polskich siatkarzy, ale z drugiej ciąży na nich pewna klątwa. Z ostatnich czterech edycji siatkarskich mistrzostw świata (2006-2018) dwukrotnie wracali jako mistrzowie i raz jako wicemistrzowie globu. Na mistrzostwach Europy mają w XXI wieku trzy medale, z czego jeden złoty (2009). Od 2011 roku nie schodzą z podium na Pucharach Świata, po drodze wygrali Ligę Światową, a i w zastępującej ją Lidze Narodów radzą sobie bardzo dobrze. Czego brakuje w tej wyliczance? Igrzysk olimpijskich, na których polscy siatkarze są regularni jak nigdzie indziej.

Problem w tym, że nie jest to regularność na poziomie medalowym. W XXI wieku reprezentacja Polski wzięła udział we wszystkich możliwych olimpijskich turniejach. W każdym z nich, niezależnie od aktualnego stanu kadry, kończyła przygodę na ćwierćfinale. W 2004 roku szybka i spodziewana porażka z Brazylią, w 2008 absolutny thriller z Włochami, przegrany na przewagi w tie-breaku, w 2012 rozczarowanie po słabej fazie grupowej (porażka z Australią!) i łomot od Rosjan, a w 2016 bolesnej lekcji udzielili nam Amerykanie. Co ciekawe, takie sytuacje jak brak spodziewanej formy (jak w 2012) czy brak wykończenia meczu (jak w 2008) i tak mogły skończyć się inaczej, gdyby Polakom dopisało choć trochę szczęścia.

Na igrzyskach w Atenach (2004) i Pekinie (2008) mieli bowiem identyczne bilanse zwycięstw i porażek w fazie grupowej z dwiema innymi drużynami, jednak za każdym razem zabrakło setów i „małych punktów”. W pierwszym przypadku niewiele zabrakło do drugiego miejsca, by ostatecznie skończyło się na czwartym. W drugim zajęli trzecie miejsce, mimo że pierwsza Brazylia także miała bilans 4-1. Dało nam to teoretycznie trudniejszych rywali w decydującym o być albo nie być ćwierćfinale.

W Londynie (2012) i Rio de Janeiro (2016) z kolei, Polacy zajmowali drugie miejsca w swojej grupie, dzięki czemu w 1/4 mogli liczyć na teoretycznie słabszego przeciwnika. Rzecz w tym, że teoretycznie słabszym przeciwnikiem okazały się Rosja (mistrz olimpijski z tego turnieju!) i Stany Zjednoczone, dwie – obok Brazylii – najmocniejsze drużyny świata. Nie zapominamy oczywiście, że to przez własne potknięcia reprezentacja Polski znalazła się akurat w tych miejscach, ale i tak los mógł być nieco łaskawszy.

POWTÓRKA Z ROZRYWKI?

Znaczna większość fanów wciąż wierzy, że ciągle mocna reprezentacja Polski w końcu przełamie słynną ćwierćfinałową niemoc i oczywiście mają do tego silne przesłanki. Są też jednak tacy, którzy po kilku podobnych przeżyciach stwierdzili, że „oni to już chyba nigdy nie przejdą tego ćwierćfinału”. I ta mała grupa również znajdzie coś na potwierdzenie swojej teorii.

Tym czymś jest fakt, że Polska ma w Tokio… bardzo łatwą grupę. Paradoksalnie bowiem to oznacza, że mamy większą szansę na kolejnego trudnego przeciwnika w ćwierćfinale. W grupie A zagramy z Włochami, Japonią, Iranem, Wenezuelą i Kanadą. Jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego (vide ta nieszczęsna Australia w Londynie), to siatkarze Vitala Heynena powinni walczyć o pierwsze miejsce w grupie z Włochami.

Tymczasem w grupie B mamy Brazylię, USA, reprezentację uprzednio znaną jako Rosja, Francję, Argentynę i Tunezję. Nawet pierwsze miejsce w naszej grupie oznacza w 1/4 finału prawdopodobnie mocną Francję lub nieprzewidywalną Argentynę (drużyny są dobierane na zasadzie 1A – 4B, 2A – 3B itd.). Ewentualna porażka z Włochami z dużym prawdopodobieństwem skończy się dla nas kolejnym meczem z kimś z „wielkiej trójki”. W dodatku mogą się zdarzyć niespodzianki, jak na każdym olimpijskim turnieju. Wystarczy, że Francja, a może nawet Argentyna, zamiesza w jednym czy dwóch meczach i okaże się, że z czwartego miejsca w grupie B mogą wyjść nawet Brazylia czy Stany Zjednoczone.

Takich przykładów nie trzeba daleko szukać. W Rio Brazylijczycy zdobyli mistrzostwo wychodząc z grupy właśnie z czwartego miejsca. Jeden wynik na niekorzyść faworyta (a takie są zawsze) i w obu grupach robi się chaos przed najważniejszym meczem w turnieju. Najważniejszym, ponieważ ćwierćfinał jest jedynym meczem w turnieju olimpijskim, który bezpośrednio wyrzuca drużynę z igrzysk. W fazie grupowej jeden mecz nic nie zmieni, porażek trzeba mieć więcej, a odpadnięcie z półfinału daje miękkie lądowanie w meczu o 3. miejsce.

ARGUMENTY ZA

Odrzucając jednak wszelkie klątwy i brak szczęścia, musimy stwierdzić, że jeśli w jakimkolwiek turnieju możemy sobie pozwolić na patrzenie przede wszystkim na siebie, to właśnie w tym. Mamy skład złożony w dużej mierze z mistrzów świata (9 z 12 graczy było w składzie na mistrzostwa w 2018 roku), do których dołączają rewelacja tego sezonu, Kamil Semeniuk, jeden z kluczowych siatkarzy ZAKSY Kędzierzyn-Koźle w drodze po Ligę Mistrzów oraz inny podstawowy zawodnik kędzierzynian – Łukasz Kaczmarek.

Dwunastkę uzupełnia Wilfredo Leon. Jeśli jeszcze nie słyszeliście tego pojawiającego się często porównania – to tak, jakby Leo Messi postanowił zagrać dla reprezentacji Polski. Cudowne dziecko siatkówki, które wyjeżdżając do Europy zamknęło sobie drogę powrotu na rodzimą Kubę, ze względu na panujący tam ustrój. Po pięciu latach gry dla tamtejszej reprezentacji rozpoczęła się siedmioletnia przerwa, w trakcie której Leon był m.in. kuszony dużymi pieniędzmi, by zagrać w reprezentacji Rosji. Postanowił jednak, że jeśli już ma grać dla kogokolwiek poza Kubą, to będzie to drużyna z kraju, z którym wiąże go coś więcej. Z Polski jest jego żona, jego menadżer, sam Wilfredo mówi dobrze w naszym języku, a w dodatku niejednokrotnie podkreślał, że to właśnie Polska jest jego domem i planem na to, co po karierze.

A tej jeszcze mu trochę zostało, mimo tego że przyjmujący w świadomości kibiców siatkówki istnieje – jak mogłoby się wydawać – niemal od zawsze. Po raz pierwszy pokazał się światu w 2007 roku. Dla niektórych szokującym jest więc fakt, że Leon w momencie otwarcia igrzysk w Tokio będzie miał… niecałe 28 lat. W reprezentacji Kuby zadebiutował bowiem w wieku 14, kapitanem został mając 17, a skończył w niej grać dwa lata później – cały cykl i to jeszcze w wieku nastoletnim.

Mamy więc czołowego siatkarza świata w najlepszym wieku dołożonego do grupy mistrzów świata ze zwariowanym, ale niezwykle skutecznym trenerem w postaci Vitala Heynena, który niejednokrotnie pokazał, że wie co robi. Tak dobrej mieszanki nie mieliśmy w XXI wieku ani razu.

ARGUMENTY PRZECIW

Inna sprawa, że rywale również nie śpią. Możemy mieć największą głębię składu na świecie, ale ostatecznie i tak na boisku znajduje się tylko sześciu graczy. A tu już dużo łatwiej znaleźć dla nas porównanie, wystarczy spojrzeć na zawsze potężną Brazylię. Wallace, Ricardo Lucarelli, Bruno Rezende, Lucas, Mauricio i ich własny kubański „zaciąg” w postaci Joandry’ego Leala mogą mierzyć się z nami jak równy z równym, a w części przypadków, jak w finale Ligi Narodów, jak lepszy z wyraźnie słabszym. Amerykanie z kolei na igrzyskach olimpijskich zawsze grają minimum o poziom wyżej niż gdziekolwiek indziej, bo inne turnieje aż tak bardzo ich nie interesują (nie tylko w siatkówce zresztą).

Mówiąc w skrócie – łatwo nie będzie, bo na igrzyskach tak po prostu być nie może. Jednak jeśli nie teraz, nie z tym pokoleniem, to kiedy? Jeśli nie w Japonii, tak dla nas siatkarsko szczęśliwej, to gdzie? To jest ten moment, by ostatnim pięknym olimpijskim wspomnieniem w siatkówce nie był rok 1976 i złoto ekipy Wagnera. By słynne słowa Wojciecha Zielińskiego „Czernyszow… i aut! Aut, nie było bloku!” zamieniły się na inny, nowszy cytat. Może nie z udziałem robiącego błąd przeciwnika, ale przy okazji akcji którejś naszych gwiazd – Bartosza Kurka, Michała Kubiaka czy właśnie Wilfredo Leona.

Nikt nie nakłada tutaj presji złota, bo w tak mocnej stawce byłoby to nierozsądne, ale czas w końcu przełamać tę medalową klątwę. Polska siatkówka (i ogólnie sporty drużynowe) niezwykle tego potrzebuje.

*****

NAJPOWAŻNIEJSI RYWALE: Brazylia, USA, siatkarze znani uprzednio jako Rosjanie, Francja, Włochy

LUŹNY TYP NEWONCE.SPORT: Przełamana klątwa ćwierćinału, ale srebrny medal

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.