To oni „odzyskali hip-hop”. 10 płyt, które pozwalają wkroczyć w świat Griseldy

Zobacz również:Czy Griselda Records to label, który jest ostatnią ostoją prawdziwego ulicznego rapu?
Griselda
Johnny Nunez/WireImage

Pod koniec grudnia ukazał się materiał Conwaya the Machine'a na beatach Wun Two. Teraz wyszedł świetny Boldy James z Nicholasem Cravenem. Dlatego to idealny czas, żeby wstąpić (bądź wrócić) do dusznego, ciemnego mikrokosmosu GxFR.

Artykuł pierwotnie ukazał się w październiku 2023 roku

Międzyszkolny tercet egzotyczny w osobach Westside Gunna, Conwaya the Machine’a i Bennyego the Butchera przez lata ze swadą szedł po swoje, aż z podziemnego fenomenu przerodził się w jeden z najbardziej opiniotwórczych nurtów we współczesnym rapie. Kontrakty z Shady Records i Roc Nation, wspólne numery z tuzami środowiska i nadprodukcja wydawnictw z charakterystyczną logówką Griselda Records w mig zbudowały legendę.

Benny z buta wdarł się na podium najlepszych MC’s na scenie, Conway od początku był najbardziej legit, a Westside Gunn… FlyGod to postać zupełnie osobna – król adlibów, kurator sztuk wszelkich i jedna z tych nielicznych kreskówkowych wręcz postaci w grze, z których śmiać się nikt by nie miał czelności. A, że od samego początku otaczał ich ścisły krąg równie barwnych mistrzów (oraz jednej mistrzyni) ceremonii i – przede wszystkim – zupełnie osobnych, rozpoznawalnych w mig producentów, to nikogo raczej nie powinno dziwić, że zbudowali movement, który jest wprost encyklopedyczną definicją tego terminu. Postawiony na fundamencie barwnych biografii, ciężkiej pracy i autorskiego podejścia do fachu – niewzruszony pomnik kultury. Kultury, która nigdy nie oglądała się na to, czy ktoś jest ze szkoły starej, czy nowej. O ile w ogóle kiedyś chodził do szkoły.

Każdy, kto kiedykolwiek był związany z Griseldą ma tymczasem co najmniej profesurę z podwórkowej bajery, ulicznych koneksji i plucia w mikrofon równie często i sprawnie, jak wciągająco i stylowo. Griselda by Fashion Rebels.

1
Armani Caesar – „THE LIZ”

Niggas think they can do a bitch dirty in Warsaw / That'll get you done dirty with the sawed off / This shit a game, take your dame, cut your balls off / Now you tryna apologize, nigga, it's a lost cause / I hate to be the crazy bitch. To pierwsze wersy padające z ust Armani Caesar na jej debiutanckim albumie, wydanym w 2020 krążku, THE LIZ. I choć bardzo mnie ciekawi ów lokalny, polski kontekst, najważniejszym wersem w tej piątce wydaje mi się ostatni. Pierwsza dama Griselda Records robi bowiem w gangu z Buffalo za femme fatale i biada tym, którzy będą w niej widzieć tylko broszkę do podwórkowego garnituru GxFR, bo bez szczególnej przyjemności, ale odjebie ich raz-dwa. Tytułowa LIZ w podziemiu działała już przecież ponad dekadę, wcześniej należąc do ścisłego kręgu najbliższych współpracowników duchowego patrona Griseldy, przedwcześnie zmarłego DJ-a Shaya. Nawet przelotny odsłuch jej pierwszego krążka dowodzi tymczasem, że styl ma własny i równie dobrze czuje się na ascetycznych produkcjach Camoflauge Monka, klasycznych biciorach DJ-a Premiera i południowym lo-fi JBMG czy Bone8. To jak bardzo eklektycznym – a jednocześnie spójnym – krążkiem jest THE LIZ dla wielu twardogłowych psychofanów Griseldy było zresztą te trzy lata temu nie lada zaskoczeniem; niechcianym przez nich zwrotem w stronę syntetycznych brzmień, które w dyskografiach Conwaya, Bennyego i Gunna również zaczęły się pojawiać coraz częściej.

2
Hall and Nash – „Griselda Ghost”

Na lata przed tym, jak podpisali intratne kontrakty, po raz pierwszy wyjechali z Buffalo i zmienili oblicze współczesnego rapu, Westside Gunn i Conway – czy też Hall and Nash, jak się często wówczas mianowali – nagrali ten nieoszlifowany, acz wielokaratowy diament. W całości wyprodukowany przez enigmatycznego producenta (a wcześniej blogera), ukrywającego się pod aliasem Big Ghost Ltd. album ukazał się w 2015 roku i dla wielu diggerów okazał się być nostalgicznym powrotem do złotych lat ninetiesowego thug rapu z nowojorskich komunalnych blokowisk w rodzaju Queensbridge. I choć beaty na tym krążku były jeszcze zbyt klasyczne, by traktować je jako coś więcej niż retromanię, to całe dnie spędzający wówczas na winklu, wciąż żyjący z handlu towarem bracia Worthy – jak w dokumentach mają zapisane Gunn i Con’ – nieraz już tu udowadniali, że są inni niż reszta. Paski mieli z aligatora, siedzenia w furach tapicerował im Fendi, a mózgami swoich przeciwników korytarze malowali jak Basquiat. Modowi rebelianci – FlyGod i Machine, gdyby rządzili światem, to kilo koki wciąż by kosztowało osiemnaście tysięcy dolarów jak w 2005 roku.

3
Rome Streetz – „KISS THE RING”

Żeby bronić zdobytego terytorium i prowadzić dalszą ekspansję, każda armia potrzebuje posiłków. Gdy więc kariery Gunna, Conwaya i Bennyego – nomen omen – wystrzeliły, Griselda rozpoczęła pobór. Jednym z raperów, którzy pomyślnie przeszli werbunek był urodzony w Londynie, a wychowany przez nowojorskie ulice, bar-man znany pod aliasem Rome Streetz. Z dotychczasowymi reprezentantami GxFR łączy go lubość do celnych, zaskakujących punchline’ów, nienaganny etos pracy i twardy, podwórkowy wychów. Wpisując się w długą linię ulicznych techników w rodzaju Big L-a, Big Puna, LOXów i Dipsetów, autor niebywałej liczby drugoobiegowych mixtape'ów, namaszczenie FlyGoda wykorzystał do cna i swoim adwersarzom pierścień nakazał ucałować nie tylko w tytule debiutu z logiem wagi. Jego – wyprodukowany w przeważającej części przez Conductora Williamsa – longplay z 2022 roku nie dość bowiem, że świetnie się wpisał w rozbrzmiewający seriami z broni palnej, napędzany kokainą (pół)światek Griseldy, to jeszcze otworzył w nim nową komnatę – nieco bardziej ciemny i mistyczny zakątek, w którym Balenciagi są brzydkie, szampanem się płacze, a nad całością unosi się duch diabelskiego syna, Lamonte’a Colemana.

4
Griselda – „WWCD”

Podpisując papiery z Shady Records, trzech króli z Buffalo dobrze wiedziało, co robią. I choć większości raperów podobny ruch wydałby się absurdem, zakończenie tego kontraktu ledwie kilka lat później, również było świadomą, przemyślaną decyzją. Wydany w międzyczasie jedyny, oficjalny album pełnego składu Griseldy jest natomiast tym rzadkim przypadkiem, w którym bezlitosne tryby wielkiej wytwórni – Shady znajduje się pod parasolem Interscope, które z kolei należy do Universalu – nie zmieliły ziarna w mąkę i pozwoliły zachować ów charakterystyczny, surowy, podziemny acz filmowy sznyt. Poza zupełnie odklejoną, zawstydzającą zwrotką Eminema na remiksie Bang, ten wyprodukowany w całości przez kowali brzmienia GxFR – Daringera i Beat Butchę – krążek może posłużyć za wprost idealny wstęp do świata Lotnego Boga, Maszyny i Rzeźnika. Kiedy bowiem album nazywa się na cześć przedwcześnie zmarłego, zabitego w strzelaninie brata (Bennyego) – WWCD = What Would ChineGun Do? – to po prostu nie można iść na żadne kompromisy. Trzeba z wysoko uniesioną gardą i wzrokiem skupionym na celu, hardo iść po swoje. We don't play, we on offense / Stick you and throw your chains in the garbage / They know we the hardest, use your brain before they torch it / Lock and load, and aim for the target / My niggas the hardest. Let's go!

5
Stove God Cooks – „Reasonable Drought”

Griselda nie istnieje w próżni. I nie piszę tu o licznych poplecznikach i ogromnej liczbie bardziej lub – zwykle – mniej kreatywnych naśladowców, ale o gęstej siatce ludzi, którzy podział na szkołę starą i nową od lat misternie plączą i zacierają. DJ Muggs i Alchemist są chyba najczęściej przywoływanymi, sztandarowymi przykładami tego, jak wprowadzić ninetiesowe koncepcje w obecnie nam panujące standardy brzmień, temp i kompozycji. Ale cała ta neo boom-bapowa (sic!) wolta nie miałaby szans się wydarzyć, gdyby nie Roc Marciano. I choć Reasonable Drought ląduje w tym zestawieniu trochę psim swędem, bo Stove God Cooks jest luźno związany z GxFR (acz jego pięć gościnek na And Then You Pray for Me może zwiastować zacieśnianie kręgów), jest on niekwestionowanym bogiem cocaine rapu, którego definicję Gunn, Conway i Benny w ogromnym stopniu ukształtowali. Rzeczony krążek tymczasem wyprodukował w całości właśnie Roc Marci – cichy don całego tego ruchu – i jest to krążek wybitny. Od samego tytułu, przez każdy z tych ascetycznych, pełnych beatów, aż po wszystkie linijki, które śpiewnym flow kładzie ten pyrexowy kucharz – jest to płyta-pomnik. Ulepiona z prochu sklejonego krwią, potem i łzami, opowieść z miejsc, w których dzieci robi się po awanturach (My daddy made me after a fight / Momma didn’t wanna fuck/ That’s the shit I’m product of; ufff), własnych ojców lepiej nigdy nie poznawać, a dilerzy zawsze się spóźniają.

6
Conway the Machine – „Reject 2”

Potęga GxFR została zbudowana na mixtape'ach, czyli najbardziej ulicznej formie dystrybucji muzyki. I choć nie ma tu miejsca, żeby wymienić wszystkie – dziesiątki! – drugoobiegowych wydawnictw, które noszą emblemat wagi i miecza, to w przypadku Conwaya długo się nie zastanawiałem, po który krążek z jego dyskografii sięgnąć. O ile bowiem God Don’t Make Mistakes jest najbardziej osobiste, a From King to a GOD czy WON’T HE DO IT najskrzętniej dopracowane, wszystkie cierpią na tym, że Maszyna nie ma najlepszego ucha do beatów i niejednokrotnie się w selekcji omsknął. Reject 2 jest tymczasem w całości wyprodukowane przez Daringera i jako jeden z pierwszych projektów wydanych przez Griseldę może służyć za wzorzec brzmienia nowej klasyki z Buffalo. Gęste acz surowe, retro-progresywne podkłady i upstrzone adlibami, pauzami i innymi detalami, kokainowe opowiastki Conwaya to wprost gotowy materiał na film. Mamy tutaj bowiem nie tylko ścieżkę dźwiękową i scenariusz, ale też wiarygodną obsadę, namacalną wręcz scenografię i powolne, duszne tempo, na którym rehabilitujący się wówczas po postrzale w twarz raper mógł wracać do formy.

7
Boldy James – „The Versace Tape”

Bo’ Jackson to jest król. Raper, o którego zwrotkach inni raperzy wypowiadają się z wypiekami na twarzy i zazdrością w serduszku; MC, z którym cały album chciałby nagrać każdy neoklasycystyczny producent; człowiek, którego życia nikt przy zdrowych zmysłach przeżyć by nie chciał. Wydane pod koniec 2020 roku Versace Tape było jego pierwszym krążkiem z logo Griseldy, a jednocześnie też domknięciem trylogii, na którą złożyły się wybitne albumy Manager on McNichols ze Sterling Tolesem i The Price of Tea in China z Alchemistem. To jest Slick Rick naszych czasów – niesłychanie obrazowy, uliczny MC. Wyobraźcie sobie najpiękniejszy talerz z chińskiej porcelany… na którym ktoś dzieli kreski kokainy. To jest właśnie Boldy James – starając się opisać nowego zawodnika w barwach GxFR mówił przed premierą tej płyty Westside Gunn, a wypuszczony chwilę później longplay potwierdzał każde z jego słów. Wyprodukowany w całości przez beatmakera (i youtubera) znanego jako Jay Versace album jest przecież jednocześnie delikatny i stymulujący, klasyczny i bieżący, zdobny i ostry. Ceramic coating on the palette of porcelain / Boxcutter slicin' that silver pack with the scorpion

8
Westside Gunn – „FLYGOD”

To ten krążek zwrócił oczy sceny w stronę – pomijanego dotychczas na rapowych mapach – Buffalo. I choć było to w 2016 roku, a na ponadśrodowiskową popularność żołnierze Griseldy musieli jeszcze chwilę popracować, ten moment należy uznać za zwrotny, historyczny i z dzisiejszej perspektywy wręcz legendarny. Bo na papierze to wszystko nie dawało zbyt wielkich nadziei na sukces. Chłop ma głos jak dziecko i onomatopeje wystrzałów kocha ponad wszystko inne. Nawija głównie o handlu kokainą i luksusowych dobrach, które ten proceder mu zapewnia, a każdy swój nawet najbardziej infantylny, głupkowaty wers nazywa dziełem sztuki. Rapuje do beatów, które z początku będąc typową, ninetiesową retromanią prędko wyewoluowały w zupełnie nową szkołę obchodzenia się z samplem i balansowania na granicy tego, co jest klasyczne, a co progresywne. W tym zadaniu wspomogli go najbardziej beatmakerzy, którzy produkowali ten krążek i działają z nim nadal – Daringer i Camouflage Monk (plys nieobecny na FLYGOD Beat Butcha), a do tego liczne szeregi zupełnie różnych reprezentantów sceny z podziemia i mainu, Wschodu i Zachodu, old i newschoolu. Bo chłop ten – jak po wielokroć zaznaczał – robi to wszystko dla kultury i kocha hip-hop do tego stopnia, że za pieniądze z dilerki zapłacił Q-Bertowi, żeby dograł się do King City. I chyba to właśnie miłość zapewniła mu miejsce, które teraz zajmuje na scenie – ekscentrycznego don dady, który swoje kolejne albumy wydaje kiedy chce, jak chce i z kim chce, a w międzyczasie jeszcze namaszcza kolejnych raperów i buja się z tuzami rapu, designu i high-fashion. Bóg nie człowiek; i to jeszcze bóg fajny, a nie wielkopański.

9
Mach-Hommy – „Pray for Haiti”

Mach-Hommy to kolejny w szeregach Griseldy raper, będący idolem innych – często nieporównywalnie bardziej rozpoznawalnych – raperów. Co też nigdy wystarczająco nie wybrzmiało – to też jeden z założycieli GxFR. Będąc jedną z najbardziej enigmatycznych postaci na scenie – ukrywającym swe oblicze za flagą Haiti, nie dającym zgody na publikację swoich tekstów w necie i handlującym nagraniami na bandcampie za… tysiące dolarów, modelowym wręcz przykładem undergroundowego MC. Autor Pray for Haiti wpływ na scenę ma nieporównywalnie większy niż wielu się wydaje. Jego drugi album z logówką wagi i miecza jest tymczasem jednym z jego najbardziej dopracowanych wydawnictw; współczesnym klasykiem, który zapamiętany zostanie na lata. Wyprodukowany w przeważającej części przez Conductora Williamsa, wycyzelowany w najmniejszych szczegółach, minimalistyczny acz wielopłaszczyznowy, wzorzec tego, czym rap w drugiej dekadzie XXI wieku może w ogóle być. Pośród swoich inspiracji wymieniając... Williama Shakespeara, George’a Orwella i Tomasza z Akwinu, ten haitański emigrant nie zapomina bowiem o tym, że rap musi być przede wszystkim zadziorny i zabawny. Ma bujać łbem, a to, że w głowie tej zaszczepi on przy okazji kilka nowych myśli czy inspiracji, to już… tak się po prostu dzieje. I tutaj bym wrzucił jeden cytat z zachwycającego Kriminel, ale z szacunku dla jego etosu pracy, tego nie zrobię.

10
Benny the Butcher – „Tana Talk 3”

The Butchers is coming! – poprzedzający często jego wejścia, nametag Benny’ego zwiastuje zwykle szesnaście wersów, które nie dość, że technicznie okażą się imponujące, to jeszcze będą miały tę rzadką cechę, że coś w człowieku poruszą. To jest sztuka – powiedziałby zapewne zaraz Westside Gunn i dodał po chwili: to wszystko dla kultury. I zgodziłbym się z nim nie tylko dlatego, że jest postawnym chłopem wychowanym w zaułkach Buffalo. Benny jest bowiem najprawdziwszym MC – nie żadnym Mic Controllerem, ale Mistrzem Ceremonii, z których część jest stypami po przedwcześnie pochowanych braciach, a część – celebracją tego, że jemu się udało. Yo, I know you feel it, but it's realer in person / Where I’m from, young niggas killers, bitches strippers and nurses / Who ever knew they'd want my autograph, scribbled in cursive – nawija kuzyn braci Worthy na swoim oficjalnym debiucie i trzecim Tana Talku, moim ulubionym albumie z jego dyskografii, którą to pozycję podgryza tylko czasem pierwsza część The Plugs I Met. Wyprodukowany w całości przez Daringera i Alchemista, wydany w 2019 roku longplay – podobnie jak cała dyskografia Rzeźnika – jest filmem gangsterskim. W przeciwieństwie do większości rapowych płyt nie jest to jednak produkcja klasy C, którą miło się ogląda z załogą przy bongu i zapomina kolejnego dnia, ale pierdolona klasyka kina. Dawno temu w Ameryce, Ojciec chrzestny czy Chłopcy z ferajny w wersji audio – równie sensacyjna jak uniwersalna opowieść o człowieku w sytuacji granicznej; historia marzeń, celów i przeszkód, które trzeba pokonać by do nich dojść; dzieje przyjaźni i zdrady, rozpaczy i determinacji, życia i śmierci.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz muzyczny, kompendium wiedzy na tematy wszelakie. Poza tym muzyk, słuchacz i pasjonat, który swoimi fascynacjami muzycznymi dzieli się na antenie newonce.radio w audycji „Za daleki odlot”.
Komentarze 0