„To nie łzy, to wiatr”. Ralph Hasenhuettl – austriacki olbrzym o gołębim sercu, który postawił na Jana Bednarka i już nie boi się Juergena Kloppa

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
fot. Robin Jones/Getty Images

Kiedy sędzia zagwizdał po raz ostatni w poniedziałkowy wieczór na St. Mary’s, Ralph Hasenhuettl nie zamierzał kryć emocji. Jego drużyna pokonała właśnie Liverpool, zaś on sam choć na chwilę mógł odkleić się od bezustannych porównań do Juergena Kloppa. Ponadto Niemiec okładał go bez litości od kilku lat, a teraz Southampton było górą w starciu z jego obrońcami tytułu i to najlepsza puenta do ostatniego roku ciężkiej harówki – stąd tak mocne wzruszenie Austriaka.

W październiku 2012 roku w czwartej rundzie Pucharu Niemiec spotkały się VfR Aalen i Borussia Dortmund. Nie był to mecz, który przeszedł do historii niemieckiej piłki. Ekipa z Westfalii wykonała wyrok – wygrała 4:1 i cześć pieśni. Robert Lewandowski, który kończył spotkanie z dwiema asystami, nie rozmyślał bynajmniej o statuetkach dla najlepszego gracza globu, a trener Aalen, 45-letni były reprezentant Austrii Ralph Hasenhuettl nie był szczególnie zaskoczony smutnym finałem dnia, w końcu mierzył się z jednym z najzdolniejszych trenerów i jedną z najlepszych drużyn Europy.

Nigdy nie ukrywał, że Klopp mu imponuje i choć w Niemczech niektórzy nazywali Ralpha także „austriackim Mourinho”, w kwestii futbolowej rozrywki zdecydowanie bliżej było mu do szkoleniowca BVB. Nie lubił jednak takich porównań, głównie ze względu na skromność, gdzie mu tam było do wielkich, ale przede wszystkim chęć posiadania własnego stylu. Uważał, że kopiuje składowe, chciał być jak didżej, który składa sample w kawałki i potem wprawia w taneczny wir cały tłum. Tamto październikowe lanie od Dortmundu nauczyło go jednej ważnej rzeczy, choć niewykluczone, że akurat wiedział ją już wcześniej – że nic nie niesie ze sobą tak mocnej nauki jak porażka.

MIAŁ BYĆ ARSENAL

4 stycznia 2021 w Southampton, kiedy zobaczył Kloppa w tunelu prowadzącym na murawę St. Mary’s, miał świadomość, że nigdy z tym facetem nie wygrał. Gorzej, nie był w stanie urwać mu choćby punktu. Cztery mecze i cztery porażki, przygnębiający bilans siedział w głowie byłego napastnika Austrii Wiedeń. A zważywszy na to, jakie kluby zatrudniają Niemca, jakie zaś jego, liczba porażek mogła tylko wzrastać.

Najlepszym dowodem na tak postawioną tezę mógł być sam fakt, że jego najlepszy strzelec, Danny Ings, pożegnał się z Anfield i gra teraz pierwsze skrzypce w The Saints. Tym piękniej się złożyło, że to właśnie on zdobył szybko bramkę po podaniu Jamesa Warda-Prowse’a. Dwaj ludzie, którzy mieli coś do udowodnienia – Ings, bo dla niego Liverpool okazał się niespełnionym snem i Hasenhuettl, polujący na skalp Kloppa.

Wymowny będzie pomeczowy obrazek, gdy Niemiec podejdzie do klęczącego Austriaka i mijając położy na chwilę dłoń na jego głowie, jakby chciał powiedzieć do mierzącego 191 centymetrów Ralpha, kulącego się jak dziecko: „Już dobrze, rozumiem”.

Hasenhuettl miał być trenerem innego angielskiego klubu. Kiedy jasnym stało się, że Arsene Wenger opuści Arsenal, kandydatura Austriaka miała wysokie notowania, a najlepiej poinformowani brytyjscy dziennikarze wymieniali go jako jednego z potencjalnych następców długowiecznego Francuza. Ostatecznie podpisał jednak kontrakt na St. Mary’s, gdzie od paru dobrych lat poszukiwano stabilizacji.

Drużyna przez kilka sezonów zajmowała dobre, wysokie miejsca w Premier League, ale jednocześnie klubowy kasjer nie nadążał z księgowaniem kolejnych kwot na koncie. Głównie z Anfield, bo Liverpool upodobał sobie graczy z południa, że wspomnę tylko o Sadio Mane, jako jednym z wieloosobowego zaciągu.

Ale wyników oczekiwano takich samych lub przynajmniej podobnych. Nie chciano więc menedżera, który ma wielkie nazwisko i jeszcze większe ego, przyjdzie do klubu i poprosi od progu, by wszystko co zarobiono na sprzedaży talentów, teraz wydano na zakup nowych graczy.

Szukano pasjonata, mogącego zgodzić się na nieco słabszą kadrę, byleby zespół wypełniał główne założenie – grał solidną piłkę i potrafił postraszyć największych. Nie przejmowano się szczególnie faktem, iż ten menedżer może chcieć sobie wyrobić nazwisko i przesiąść się później na większy okręt. Proszę bardzo! Skoro mógł tak uczynić Mauricio Pochettino i przenieść się do Tottenhamu, nie ma żadnych przeszkód, by inni szkoleniowcy postąpili podobnie.

WAŻNY MECZ DLA POLAKA

5 grudnia 2018 roku Hasenhuettl podpisał na St. Mary’s umowę, którą przedłużył zaledwie pół roku później. Dobrał sobie sztab, w którym znalazło się miejsce dla Richarda Kitzbichlera, Kelvina Davisa, Craiga Fleminga, Dave’a Watsona i Andrew Sparkesa. 8 grudnia tego samego roku Święci zagrali pod jego wodzą pierwszy mecz, z Cardiff City, przegrali go 0:1, co nie stanowiło dobrej wróżby. To co zaskoczyło kibiców, to fakt, że RH od razu chciał zaznaczyć: buduję po swojemu i proszę mi się nie wtrącać.

Jan-Bednarek.jpg
fot. Robin Jones/Getty Images

W Southampton był wtedy Jan Bednarek, polski obrońca, który przeniósł się na południe Anglii z Lecha Poznań za 5 milionów funtów. Był to dobre określenie, bo na pewno nie spełniał się na boisku. Święci zainwestowali w talent, który właśnie zastanawiał się nad zmianą barw, choćby miało to być wypożyczenie do innego klubu. Miał 21 lat i chciał grać, ale czasem nie mieścił się w meczowej kadrze. Gdyby ktoś powiedział mu, że trener, z którym za chwilę zostanie podpisany kontrakt, natychmiast da mu miejsce w wyjściowej jedenastce, a następnie zagra u tego człowieka 74 spotkania, razem pokonają Liverpool bez straconej bramki, Polak zapewne szybko zadzwoniłby po pogotowie. – Nie pytałem menedżera, czemu nagle zacząłem grać, skoro tak uznał, to przyjąłem, że na mnie liczy i tyle – powiedział mi kiedyś Janek.

On też miał coś do udowodnienia w starciach z The Reds, tak jak Hasenhuettl, przegrał z nimi wszystko – cztery mecze w Premier League na przestrzeni dwóch ostatnich sezonów. A wie doskonale, że jeśli Anglia ma o tobie głośno mówić, gdy jesteś obrońcą, potrzebujesz w konfrontacjach z takimi przeciwnikami czystego konta i kilku dobrych interwencji. I to wszystko w poniedziałek zagrało. Patrząc na wzruszonego Hasenhuettla Bednarek mógł pomyśleć: przeszliśmy przez to razem. Bo Polak stał się żelaznym żołnierzem tego trenera. Nikt u RH nie gra tak często, jak właśnie on.

POD GÓRKĘ

Na St. Mary’s chcieli tego menedżera już wcześniej. Kandydatura Ralpha była rozpatrywana bardzo serio przed zatrudnieniem Ronalda Koemana w styczniu 2016 roku. Ostatecznie postawili jednak na doświadczenie Holendra.

Były piłkarz Grazu, Austrii Wiedeń, Salzburga, Mechelen i Lierse nie składał życia z samych ładnych widoczków. W jego karierze, zarówno jako zawodnika, jak i potem trenera, pojawiło się kilka ważnych punktów zwrotnych, niektóre śmiało możemy określić mianem zakrętów. Jak wtedy, gdy z Lierse trafił do FC Koeln i strzelił tam zaledwie trzy gole w ciągu dwóch lat. Albo ten, kiedy lądował w drugiej drużynie Bayernu, coraz mocniej porzucając ambicje piłkarskie na rzecz rozmyślań o byciu szkoleniowcem.

Jeśli komuś wydaje się, że Hasenhuettl od razu był tym facetem, który stworzył fajną ekipę w Lipsku, gdy przez dwa lata tylko Bayern zdobył w lidze więcej punktów, jest w dużym błędzie. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie zwolnienie go z Unterhaching, dymisja złożona w Aalen, czy praca u boku Wernera Loranta, ale też ciągła ambicja, jaką pokazał szczególnie w chwili, kiedy zdecydował, że nie będzie opiekunem RB Lipsk w oczekiwaniu na przyjście Juliana Nagelsmanna. Austriak zawsze szukał własnej drogi.

POMOGŁA KLĘSKA

W bardzo ciekawym tekście na portalu BBC można było przeczytać, że po porażce 0:9 z Leicester City, która – zdaniem wielu obserwatorów – miała być początkiem końca RH w Southampton, jego relacja z szefem wykonawczym Martinem Semmensem wzmocniła się znacząco. To nietypowe dla dzisiejszych czasów, ale panowie usiedli, by poszukać źródła odbicia od skrajnego niepowodzenia, zamiast ścinać głowę szkoleniowca – rozmawiali. Kiedy więc głębiej przeanalizujemy drogę Austriaka na St. Mary’s, lepiej zrozumiemy jego wzruszenie po poniedziałkowym meczu. Bo tutaj wcale nie chodziło tylko o Liverpool.

hasenhuttlleicester.jpg
Andrew Matthews/PA Images via Getty Images

Semmens powiedział Hasenhuettlowi, że trzeba zdjąć z niego nieco odpowiedzialności, bo ta go przytłacza. Kiedy to już nastąpi i menedżer skupi się na wykonaniu najważniejszych zadań, efekty przyjdą. On sam często analizuje przeszłość. Zastanawia się, co dało mu kopa, a co pociągnęło go w dół. Jeśli jakaś taktyka sprawdzała się dobrze w juniorach Unterhaching, niewykluczone, że ułoży ją na modłę z Ingsem, Bednarkiem i Romeu. – Jego futbol to siła i team spirit. No i to, że nigdy nie mówi: wiem wszystko najlepiej”. Najważniejsze, by ludzie byli blisko siebie, by byli odważni i mieli poczucie humoru – opisuje RH Steffan Galm, dyrektor sportowy Unterhaching, który był kiedyś trenerem młodzieży, jeszcze w czasach, gdy Austriak pojawił się w tym klubie.

KONIEC ZE SZPIEGOWANIEM

Jego byli piłkarze twierdzą, że najważniejsza w taktyce, bez względu na wyjściowe ustawienie, jest u niego agresja i organizacja. Jeśli to zakodujesz, będziesz miał miejsce w składzie. Wybaczy ci błędy, ale nie wybaczy, jeśli się nie przyłożysz. Żałuje jedynie, że stał się na tyle rozpoznawalny, iż nie może sobie pozwolić na rowerowe wycieczki szpiegowskie do ośrodków treningowych innych klubów, jak to czynił w Niemczech.

– Piłka to jego pasja, ale dzięki temu nam gra się lepiej, bo przekłada swoje emocje na drużynę, gra z nami – mówił po zwycięstwie nad Liverpoolem Danny Ings.

hasenhuttlklopp.jpg
John Powell/Liverpool FC via Getty Images

Mistrz Anglii oddał pierwszy celny strzał na bramkę gospodarzy w 75. minucie. Southampton sprzedał wielu swoich utalentowanych piłkarzy w ciągu ostatnich kilku lat, w tym Virgila van Dijka do Liverpoolu, ale zyskał menedżera, który pomógł Bednarkowi stać się piłkarzem Premier League przez duże „P”, z rezerwowego Warda-Prowse’a zrobił kapitana, tchnął nowe życie w Romeu, wykorzystał fantastycznie umiejętności Ingsa i lepi z Che Adamsa napastnika na wielkie kluby. Po meczu przegranym z Manchesterem City Hasenhuettl powiedział, że skoro rywale tak głośno świętowali za ścianą, to znaczy, że jego zawodnicy utrudnili im życie do maksimum, ale zwycięskie pieśni lepiej jednak wykrzyczeć we własnej szatni.

Zupełnie niepotrzebna komukolwiek statystyka mówi, że na piętnaście ostatnich meczów rozegranych w pierwszy dzień tygodnia, Święci wygrali tylko jeden, ale od 4 stycznia 2021 roku nikt już nie powie, że na St. Mary’s nie lubią poniedziałków.

Podziel się lub zapisz
Przemek Rudzki
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.