To Brzęczek zdecyduje, jak zapamiętamy kadencję Bońka. Ostatni moment na zmiany (KOMENTARZ)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
LewandowskiBrzeczek191118PYK0023.jpg
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Zwykle zapamiętujemy ludzi z ich ostatnich dokonań, ostatnie wrażenia bywają decydujące tak jak ostatni mecz. Zbigniew Boniek nie lubi przyznawać się do błędów, więc cały czas stoi murem za swoim wyborem na selekcjonera Jerzego Brzęczka. Przy takim nastawieniu społeczeństwa, to decyzja rzeczywiście odważna, bo przez pryzmat jego pracy zostanie zapamiętane zarządzanie federacją przez Bońka, który będzie prezesem PZPN-u do 30 września 2021 roku. Euro 2020 i kwalifikacje do mundialu, czyli dwie wielkie imprezy Polaków pozostają w rękach aktualnego selekcjonera.

Starcie z Holandią (1:2) miało być meczem ostatniej szansy dla Jerzego Brzęczka. Powszechna presja sprawiała, że rzeczywiście rozpoczęła się debata, czy na stanowisku selekcjonera nie jest konieczna zmiana. Mało prawdopodobne, ale jednak nie był to temat poruszany po kątach, a w poważnych gabinetach. Reprezentacja Polski finalnie przegrała, ale nie na tyle wstydliwie jak ostatnio z Włochami czy Holandią, by dać pieczątkę pod dymisją. Przegrała, nie ożywiła nadziei, ale nie było tak beznadziejnie jak za ostatnim razem. Czyli można powiedzieć, że na dobre pogodziliśmy się ze swoim miejscem w szeregu i zakładamy, że na więcej po prostu naszej drużyny narodowej nie stać.

„Nadal potrzebujemy czasu” – apelował Brzęczek przed spotkaniem w Chorzowie, mimo że czas weryfikacji powinien przyjść prawie pół rok temu w czerwcu, gdyby wydarzenia na świecie nie przełożyły mistrzostw Europy. Ponad dwa lata pracy to wystarczający czas, by ocenić, na co stać naszą kadrę. Na pokorne przyjmowanie porażek z silnymi rywalami oraz szarpaninę o punkty z tymi, których wyraźnie przewyższamy potencjałem piłkarskim. Wystarczy prześledzić nasze rywalizacje za kadencji Brzęczka z potęgami, by wyciągnąć wnioski.

Włochy – 1:1 (w celnych strzałach 4-2, posiadanie piłki 40-60) Portugalia – 2:3 (w celnych strzałach 3-7, posiadanie piłki 46-54) Włochy – 0:1 (w celnych strzałach 3-6, posiadanie piłki 32-68) Portugalia – 1:1 (w celnych strzałach 2-1, posiadanie piłki 49-51) Holandia – 0:1 (w celnych strzałach 1-4, posiadanie piłki 37-63, szanse bramkowe 0-4) Włochy – 0:0 (w celnych strzałach 2-2, posiadanie piłki 39-61, szanse bramkowe 0-3) Włochy – 0:2 (w celnych strzałach 0-4, posiadanie piłki 39-61, szanse bramkowe 0-2) Holandia – 1:2 (w celnych strzałach 2-6, posiadanie piłki 46-54, szanse bramkowe 2-5)

Podsumujmy: 8 meczów, 0 zwycięstw, 3 remisy, 5 porażek. Bilans bramkowy: 5-11. Na wielkim turnieju będzie to oznaczało głęboką defensywę w niskim pressingu oraz wyczekiwanie potencjalnej dogrywki i rzutów karnych (o ile zameldujemy się w 1/8 finału). Ktoś powiedziałby, że podobnie jak na Euro 2016 ze Szwajcarią oraz Portugalią, ale tam jednak częściej utrzymywaliśmy piłkę i mieliśmy więcej sytuacji podbramkowych. Teraz zbyt często zdarza się, że nie potrafimy wyjść z własnej połowy. To kwestia meczu – zwykle u siebie jeszcze dajemy radę w stawianiu oporu, natomiast koszmarnie wygląda to na wyjazdach. Portugalczycy czy Włosi to dziś poważni kandydaci do wygrania Euro 2020, obu zatrzymaliśmy, ale realnie jesteśmy na etapie wyliczania, ile spotkań na dziesięć takich rywalizacji bylibyśmy w stanie skończyć bez porażki. Jedno albo dwa? Nastawienie nie jest pozytywne.

Mimo korzystnych rezultatów Brzęczka m.in. w eliminacjach Euro czy sparingach, opinię publiczną bardzo uwiera niemoc kadry w meczach z silnymi przeciwnikami. W tej Lidze Narodów dopiero w ostatnim meczu z Holandią udało się poważnie zagrozić bramce rywali. Przecież nikt nie oczekuje dominacji, prowadzenia gry ani większej liczby ataków, po prostu można jakoś oprzeć się temu wrażeniu, że na boisku pozostajemy jedynie statystami. Tak jak w pierwszych meczach za kadencji Brzęczka, zaoferować coś więcej, czy to poprzez kontratak, czy stały fragment gry, ale nie być sparaliżowanym przy kontakcie z piłką. Tak zwana kultura gry, której zbyt często brakuje.

Być może selekcjoner reprezentacji ma rację, mówiąc, że z każdym spotkaniem jego drużyna się rozwija. Tego mu nie odmówimy, ale problem w tym, że przeciwnicy idą do przodu w zdecydowanie szybszym tempie. Widzimy, co stało się z Włochami, którzy mieli z nami kłopoty dwa lata temu, a później nie przegrali przez 22 mecze z rzędu. Widzimy, że Portugalczycy dzisiaj dumnie i poważnie mówią o obronie tytułu mistrza Europy. A my zastanawiamy się, czy aby na pewno uda się ograć Szwecję, bo w zasadzie rywalizację z Hiszpanią będzie trzeba spisać na rozpaczliwą, głęboką defensywę. Nie chodzi o to, by stawiać się z wymienionymi w jednym szeregu, ale też nie przyjmować pokornej postawy, jakby porażka była jedynym przeznaczeniem. Nie stwierdzimy, czy reprezentacja ma jakiekolwiek kompleksy, ale czasem przebieg gry sugeruje, jakby one rzeczywiście istniały.

Wyjazd na mistrzostwa Europy to jak modlitwa o wyjście z grupy, kwalifikację do najlepszej 16 turnieju, a później oddanie się losowi. Albo modlitwa o korzystnego, przeciętnego przeciwnika, albo (co bardziej prawdopodobne) starcie z poważną reprezentacją, z którą przecież nic więcej nie dało się zrobić. Kibice mają dość narracji o naszym miejscu w szeregu. Mimo że mamy ciekawsze pokolenie niż cztery lata temu (przede wszystkim przez większe zaplecze zawodników), nikt dzisiaj nie powiedziałby odważnie, że Portugalczycy nie są nadzwyczajnym zespołem, a ze Szwajcarią w zasadzie trzeba awansować. Brakuje nam tego poczucia pewności siebie wynikającego z gry oraz wiary, że sukces naprawdę jest na wyciągnięcie ręki przy dobrej dyspozycji dnia. Teraz trzymamy gardę i liczymy na jak najmniejszą krzywdę.

Ostatni moment na tąpniecie i zmiany jest właśnie teraz. Jeśli nie dojdzie do reakcji w listopadzie, najpewniej nic się już nie zmieni. I to scenariusz najbardziej prawdopodobny. Teraz po intensywnej jesieni reprezentacja ma ponad cztery miesiące spokoju. Skora nie gra, zrobi się ciszej. Zawsze to boisko dolewa najwięcej oliwy do ognia. Gdy przyjdzie czas Euro 2020, będziemy już na półmetku rywalizacji o wyjazd na mundial. Weryfikacja całej kadencji Jerzego Brzęczka może przyjść w połowie przyszłego roku.

Często mówi się o tym, że Zbigniew Boniek nie zrezygnowałby z aktualnego selekcjonera, bo nie lubi przyznawać się do błędu. Prezes PZPN-u jest nieustępliwy i nie przyjmuje perspektywy pomyłki, wytłumaczenie znajdzie nawet na najgorsze spotkania reprezentacji. Czasem to cechy godne pochwały, bo przynajmniej nie zmienia kierunku przy każdym podmuchu wiatru. Ale czasem takie zaślepienie może prowadzić do klęski. Bo sygnały ostrzegawcze dostaje co chwilę. Trzeba przyznać, że taką postawą ryzykuje bardzo wiele. Raczej nie pojedziemy na Euro 2020 z wielkimi planami, tylko obawami o to, jak długo oraz ile meczów potrwa nasz udział w turnieju połowy Starego Kontynentu.

Pamiętajmy, że Boniek kładzie na szali nie jeden, a dwa wielkie turnieje, bo chociaż Brzęczek awansował na mistrzostwa Europy, to będzie jeszcze odpowiedzialny za awans lub jego brak na mundial w Katarze. To, co wydarzyło się na Euro 2016, może zostać szybko przykryte, gdyby trzy kolejne turnieje z rzędu okazały się niewypałem. Zwłaszcza mając w kadrze Piłkarza Roku UEFA, najlepszego napastnika świata i pokolenie zdolniejsze niż cztery lata temu. Brak Kuby Błaszczykowskiego czy Łukasza Piszczka jest odczuwalny, jednak więcej ciekawych nazwisk dobija się do jedenastki reprezentacji.

Jesteśmy na takim etapie i z takim potencjałem ludzkim, że nie można zadowalać się samym awansem. Półka średnia, jednak z wyższymi ambicjami. I nie jest powiedziane, że nie możemy wychodzić na największych rywali jak Ukraina czy Szwajcaria, by stawiać im czoła jak równy z równym. By rzucić odważnie rękawicę i zagościć kilka razy pod bramką. Polacy są w dziwnym położeniu, bo cały czas trzymają się elity, ale wyraźnie widać, że nie pasują tam tak dobrze jak pozostali.

Zawsze za wielkimi sukcesami stoi rozsądny przywódca. Tyle wątpliwości wokół Jerzego Brzęczka to nie element narodowej zmowy, po prostu mijają kolejne miesiące, a my możemy w ciemno obliczać, co nas czeka. Dwa lata pracy dały wystarczający ogląd na sufit tej reprezentacji. Jeśli reakcji nie będzie, świadomie piszemy się na to samo, co po mundialu w 2018 roku. Może czas rozliczy takie opinie, ale dwuletnie obserwacje wskazują, że pojedziemy na Euro 2020 unikać silnych przeciwników. Stawką dwie wielkie imprezy, które oddajemy trenerowi budzącemu mnóstwo wątpliwości. Oby finalnie nie mieli ich sami piłkarze, bo wtedy scenariusz będzie nam lepiej niż znany.

Podziel się lub zapisz
Dominik Piechota
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.