THROWBACK #21. Mały pokoik w Lokeren i kilka magicznych godzin z legendą. „Chce mnie Real Madryt”. „A co na to powie Moskwa?”

Zobacz również:THROWBACK #9. Maracana, szalony przewodnik wycieczek i żongler bez nogi, czyli karnawał w Brazylii
FOT. WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Mam przepastne archiwum i nie zawaham się go użyć. W kilku segregatorach leżą teksty, jakie napisałem przez ponad 15 lat pracy w zawodzie dziennikarza. Setki rozmów i dziesiątki delegacji – to się nie może zmarnować. W każdą niedzielę jedna z takich historii na newonce.sport. Dziś o wizycie u wielkiego napastnika reprezentacji Polski, Włodzimierza Lubańskiego.

Życie dziennikarza ma ten spory atut, że pozwala poznać ludzi, o których w dzieciństwie słyszało się niesamowite historie. W moim rodzinnym domu najlepszy piłkarz wszech czasów do dziś jest jeden. Nazywa się Włodzimierz Lubański.

Nakarmiony przez tatę opowieściami o fruwającym nad murawa aniele, który nie męczył się, nie brudził i strzelał gole jak chciał, wiele lat później postanowiłem lepiej poznać legendę pana Włodka.

Pracując w „Fakcie” przedstawiłem prosty pomysł: pojadę do Lokeren i tam spotkam się z Lubańskim, by opowiedział mi swoją historię, pokazał przy okazji archiwalne fotografie i potem spisałem to formie mini-biografii w odcinkach.

MILION OD KRÓLEWSKICH

Początki naszej znajomości nie były udane. Lubański pracował jako agent piłkarski, ja byłem praktykantem w „Przeglądzie Sportowym” i ktoś ze starszych dziennikarzy mnie wypuścił. Tworzyliśmy tekst o menedżerach działających na polskim rynku i jeden z kolegów powiedział, żeby pan Włodek zdradził mi ile bierze prowizji od transferu. Oczywiście tylko ja nie wiedziałem ile, bo wszyscy w dziale piłkarskim – jak najbardziej. 25 procent.

– Zadzwoń po komentarz do Lubańskiego, to super facet!

Rozmówca był dość szorstki, z tego co pamiętam rzucił coś w stylu: – Takie są warunki, na jakie się dogadano.

I miał rację, wszak piłkarze wiedzieli co podpisują i nikt ich do tego nie zmuszał.

W Lokeren było miło, ale też rozmawialiśmy tylko o futbolu, o karierze, i tak pięknej, ale takiej, która mogła być jeszcze większa.

W pokoiku budynku klubowego na stadionie spędziliśmy fajny czas. Pan Włodek opowiadał mi o zdjęciach, jakie przywiózł w starych albumach, a potem zaprosił na środek murawy na pamiątkowe zdjęcie, którego – żałuję bardzo – nie mogę dziś nigdzie znaleźć.

Lubański opowiedział mi jak chciał go kupić Real Madryt. Królewscy proponowali kwotę miliona dolarów. Od zwierzchników piłkarza, klub owych i zarazem partyjnych, bo takie to były czasy, usłyszał: „Co na to powie Moskwa”. – A skąd ja miałem wiedzieć – wzruszył ramionami pan Włodek.

Miał wtedy 22 lata i dużą szansę, by rzucić piłkarską Europę na kolana. – Dla dzisiejszego kibica to brzmi pewnie jak absurd, ale na grę w Madrycie namawiali mnie dwaj piłkarze: Amancio i Velazquez. Nie było potężnych agencji menedżerskich. To się odbywało przy piwie, po meczu reprezentacji Europy, w którym razem zagraliśmy – wspominał.

BABCIU, BĘDĘ ZARABIAŁ NA PIŁCE

Lubański bardzo się denerwował – czas pokazał, że słusznie – kiedy w Dawidzie Janczyku widziano podobieństwo do niego. – O mnie mówiło się w Polsce, gdy miałem szesnaście lat, nie dwadzieścia. Ja chciałbym z niego zrobić drugiego Lubańskiego w Lokeren, ale dużo mu brakuje. To życzeniowe myślenie. Z całym szacunkiem, nie ma podstaw, by tak myśleć – mówił.

Lubański od dziecka wierzył w swój wielki talent. Babci powiedział, jeszcze w Gliwicach, że będzie zarabiał grą w piłkę na życie. Nie uwierzyła. Miał dziesięć lat i już wkrótce został największym talentem w Polsce. Jako 14-latek potrafił zagrać trzy mecze jednego dnia, dwa kategoriach juniorskich, a następnie wszedł z ławki rezerwowych trzeciej lidze. Futbolem oddychał 24 godziny na dobę.

Jerzy Pilch mawiał, że Górnik z czasów Lubańskiego to była ekipa Marsjan. Nie chodziło tylko o sposób, w jaki grali w piłkę, ale też szyk, styl i klasę poza boiskiem. Z późniejszą żoną poznał się na prywatce, zaprosił ją na mecz, a tam cały stadion skandował jego nazwisko. – Może to chwyciło ją za serce? – zastanawiał się po latach.

Zapytałem go w Lokeren, czy on i Johan Cruyff poradziliby sobie we współczesnej piłce, bo często słyszymy przecież, że dawny futbol to inne realia, wolniejsze obroty, czas na myślenie. – Za Cruyffa nie mogę odpowiadać – odparł Lubański. – Ale ja nie widzę problemu, poradziłbym sobie.

Kiedy po latach pan Włodek wpadł do naszego wydawnictwa, by promować autobiografię, zadzwonił do mnie i poprosił, żebym na chwilę przyszedł.

– Mówiłeś, że tato mnie cenił, chciałem mu podarować książkę z dedykacją – powiedział.

Pamiętał. Akurat zbliżały się urodziny ojca, więc to był strzał Lubańskiego w samo okienko.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.