THROWBACK #17. Morfina, pogryziona poduszka i noga jak po kontakcie z rekinem. Wzruszająca rozmowa z Marcinem Wasilewskim

fot. Philippe Crochet /Photonews via Getty Images

Mam przepastne archiwum i nie zawaham się go użyć. W kilku segregatorach leżą teksty, jakie napisałem przez ponad 15 lat pracy w zawodzie dziennikarza. Setki rozmów i dziesiątki delegacji – to się nie może zmarnować. W każdą niedzielę jedna z takich historii na newonce.sport. Dziś o pierwszym wywiadzie, jakiego Marcin Wasilewski udzielił po koszmarnej kontuzji.

Jakoś w poniedziałek wieczorem, 14 września 2009 roku, wyjechałem z budynku Canal+, kiedy przyszedł esemes. „Mogę już gadać”. Ponad dwa tygodnie wcześniej jego nadawca, polski obrońca Anderlechtu Bruksela, Marcin Wasilewski, został sfaulowany przez Axela Witsela w meczu ze Standardem Liege, starciu, jakie obfitowało w ostrą grę od dekad. Trudno to jednak nazwać faulem, raczej egzekucją z zimną krwią. Wasyl wykonywał wślizg, a Belg stanął na jego nodze. Słychać było tylko suchy trzask kości.

SZAŁ NA PARKINGU

Dla dziennikarza to są trudne momenty. Przynajmniej dla mnie. Zawsze to była taka cecha mojego charakteru, która przeszkadzała mi w wykonywaniu tego zawodu – niechęć do męczenia innych telefonami. Z jednej strony twoim obowiązkiem jest informowanie czytelników na bieżąco, z drugiej – masz świadomość, że po drugiej stronie jest człowiek. A kiedy przeżywa taki dramat jak Wasyl, zwyczajnie głupio jest mu zawracać głowę. Wykonałem oczywiście ze dwa telefony, nie odbierał, więc napisałem wiadomość z życzeniami powrotu do zdrowia i zaznaczyłem, że wywiad nie jest najważniejszy, byle tylko poczuł się dobrze i znów mógł grać. Uszanowałem jego prywatną przestrzeń, jakiej wtedy potrzebował, szczególnie, że belgijscy dziennikarze nachodzili jego żonę w domu i potem pisali artykuły z jej wypowiedziami, chociaż niczego im nie powiedziała. Może dlatego po wyjściu ze szpitala zadzwonił.

Znałem Marcina jeszcze z polskich boisk, parę razy przecięliśmy się na różnych szlakach, piłkarskich eventach, wigiliach, w mixed zone’ach i zawsze miałem dla niego mnóstwo sympatii, a jako w Brukseli był naprawdę kocurem, zdarzało mi się tam nawet dwa razy zajrzeć.

Raz miało to miejsce przed meczem z Belgią, za kadencji Leo Beenhakkera. Nikt nie znał rywali lepiej niż Marcin, który grał w ich lidze. Spotkaliśmy się nieopodal stadionu Anderlechtu, w jednej z małych kafejek, otaczających obiekt wielokrotnych mistrzów kraju. Z tamtej delegacji zapamiętałem Wasyla jako szczerego, trochę introwertycznego faceta, do którego trzeba mieć specjalny klucz. Kiedy wejdziesz na odpowiednie rejestry, zaczyna mówić z entuzjazmem.

Zabawnie było, kiedy opuściliśmy kawiarnię, a Marcina otoczyła grupa kilkudziesięciu dzieciaków, proszących autografów. On to lubił, ale odniosłem wrażenie, że popularność go krępuje i tak bardzo chciał się przemknąć niezauważony do auta. Śmiał się wtedy, że nie może spokojnie pójść do centrum Brukseli ze względu na charakterystyczny wygląd. Spacery z rodziną zamieniały się w kolejne przystanki na zdjęcia z kibicami, którzy go kochali.

Na tym samym parkingu, tyle że już otoczeni zmrokiem, staliśmy po meczu z Bayernem Monachium, sromotnej klęsce Fiołków, w której Wasyl otrzymał czerwoną kartkę, jedną z nielicznych w karierze. Wracałem akurat z Anglii, z meczu Ligi MIstrzów pomiędzy Chelsea a Olympiakosem, z innym polskim obrońca w składzie, Michałem Żewłakowem i zahaczyłem o Belgię.

CHCIAŁO GO STOKE CITY

Dwukrotnie odwiedziłem też Wasyla w Leicester City, raz kiedy Lisy broniły się przed spadkiem z Premier League, drugi raz, gdy pojechałem tam prywatnie po serii skomentowanych dla Canal+ meczów. Zawsze było bardzo miło, długo gadaliśmy o piłce, o życiu, oczywiście przy niegazowanej wodzie mineralnej.

Co ciekawe, Marcin mógł trafić do Anglii wcześniej. Tuż przed bestialskim atakiem Witsela miał ofertę, o ile dobrze pamiętam ze Stoke City. The Potters widzieli w silnym jak tur obrońcy reprezentacji Polski idealnego kandydata do ich walecznego stylu. Nigdy jednak nie miał zostać legendą miasta, w którym – jak już głosi legenda – śmiałkowie chcący podbić Wyspy Brytyjskie mają się sprawdzić w deszczowy, poniedziałkowy wieczór.

I dobrze się stało. Czasem myślę, że los wynagrodził Wasylowi to całe cierpienie, jakiego zaznał w szpitalu w Brukseli i pozwolił mu zostać mistrzem Anglii. Ale sam los nigdy by nie wystarczył. Chyba w historii polskiej piłki nie ma drugiej opowieści o takiej determinacji, sile, o pragnieniu powrotu do zawodowego futbolu, jak w przypadku Wasilewskiego.

REKLAMÓWKA LEKARSTW

W rozmowie, jaką przeprowadziłem z nim we wrześniowy wieczór 2009 roku, bardzo otwarcie mówił o cierpieniu, jakie go spotkało. Ale – jak to Wasyl – nie żalił się nawet przez sekundę. Oto kilka fragmentów:

„Oglądałeś film z tamtego zdarzenia?

Raz. Było już późno, zasypiałem i jakoś mnie naszło, żeby sobie popatrzeć. Co ja mam powiedzieć, wyglądało to strasznie. Dokładnie tak jak na boisku. Wiesz, dali mi tyle morfiny, że granica pomiędzy zapobieganiem bólowi a przedawkowaniem była już cienka”.

„Nie wiem, czy gdybym grał w Polsce, to by się tak wszystko skończyło. Doskonale wiedzieli co robią, nie zamykali rany, poczekali aż wszystko się wyjaśni. Nie pozwolili, żeby wdało się jakieś zakażenie. Jezu, to przecież byłaby chwila – brudne getry, wapno z linii bocznej. Ale jakoś się udało”.

„Za mną koszmarne dwa tygodnie. Miałem cztery operacje, cztery razy mnie usypiano. Straciłem już poczucie pewności, że to co robią lekarze ma sens. Dręczyły mnie pytania: czy to już na pewno ostatnia operacja? Moja żona, Asia, mówiła mi, że z bólu gryzłem poduszkę. Ludzie mówią, że wrócę do dawnej sprawności, ale ja patrzę na swoją nogę, która wygląda jakby ją pogryzł rekin. Kupiłem reklamówkę lekarstw. Czeka mnie długa droga”.

Na szczęście w tej historii był happy end w hollywoodzkim stylu. Jak mawia bohater powyższej opowieści: szac.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.