THROWBACK #13. Łzy Terry’ego, wygłodniałe psy i prostytutki w fast foodzie – witaj Moskwo

Zobacz również:Płuca, serce i mózg w jednym. Donny van de Beek wniesie do Manchesteru United talent, energię i charakter
fot. Alex Livesey/Getty Images

Mam przepastne archiwum i nie zawaham się go użyć. W kilku segregatorach leżą teksty, jakie napisałem przez ponad 15 lat pracy w zawodzie dziennikarza. Setki rozmów i dziesiątki delegacji – to się nie może zmarnować. W każdą niedzielę jedna z takich historii na newonce.sport. Dziś o angielskim finale Ligi Mistrzów w Moskwie.

W 2008 roku musiałem się zameldować w stolicy Rosji, bo przecież doszło do wyjątkowego zdarzenia – w finałowym starciu Champions League spotkały się dwie angielskie ekipy, Chelsea i Manchester United. Zameldować się jednak było ciężko, bo angielscy kibice wykupili dosłownie WSZYSTKIE miejsca w hotelach, zostało mi więc rozpaczliwe szukanie noclegu przez znajomych. Co prawda sam takowych w Moskwie nie miałem, ale znajomy miał znajomego, który miał znajomego i tak oto wylądowałem w starym bloku, obok stacji metra Tulskaja.

WÓDKA I PLACKI

Kiedy gospodarz przyjechał po mnie na lotnisko Szermeitiewo terenową Hondą, pomyślałem, że oto zaraz ruszymy do jakiegoś nowoczesnego apartamentu, ale nic bardziej mylnego. Powiózł mnie do jakiejś klity, którą odziedziczył po zmarłej babce, tam też zakotwiczył ze swoją partnerką. Duch babci wyraźnie unosił się w powietrzu, czułem go dosłownie na sobie, a przybrał chyba po reinkarnacji postać moli, które zamieszkały w starym kocu i chciały mnie w nocy zjeść. Fajny był też prysznic – kiedy już wygoniłeś stamtąd starego, ohydnego kocura, mogłeś do woli się kąpać. Zero kabiny, zasłony, woda leciała po całej łazience, mierzącej dwa metry na dwa.

Odświeżywszy się, zasiadłem do konsumpcji placków ziemniaczanych i wódki z gospodarzami, a mój rosyjski był coraz lepszy, aż doszedłem do perfekcji z klasy maturalnej, kiedy to biegle gawariłem pa ruski. Następnego dnia pojechałem na konferencję Avrama Granta i sir Aleksa Fergusona na Łużniki, wcześniej zaglądając do McDonald’s, przybytek ten wszak był jedynym, w którym stać mnie było na jedzenie.

Założyłem czystą koszulę, spakowałem laptopa, poczułem się jakoś lepiej, tak światowo. Zamówiłem sobie zestaw Big Mac i kiedy już przystąpiłem do śniadaniowego rytuału, stanęły nade mną dwie niewiasty. Brunetka i blondynka. Zagaiły, czy przypadkiem nie studiowaliśmy razem, na co ja, że nie, że skąd, że ja z Polski, no i one młodsze, no gdzie my studia razem. Nie zniechęciło ich to. Jedna spytała więc: – Are you American?

Ja znów, że Polsza i tak dalej. A one stoją.

Co jest?

To jakiś tutejszy zwyczaj? Mam im kupić po hamburgerze? Nie kumam. Zjadłem w pośpiechu wszystko co miałem, dławiąc się frytkami i wyszedłem stamtąd. Dzwonię do kolegi, który był w Moskwie parę razy, a on ze stoickim spokojem: – Eeee, to prostytutki.

W polskich McDonaldsach jesteśmy jednak bardzo do tyłu, bo takiego zestawu, jak dwie urocze diewoćki nigdy nie spotkałem ani w Warszawie, ani w Katowicach.

PISTOLET PRZY GŁOWIE

Pamiętam, że z tej delegacji wysłałem duży tekst o Romanie Abramowiczu. Mój rosyjski kolega opowiedział mi sporo ciekawych historii i pojechaliśmy nawet zerknąć, jak wygląda Rublowka, czyli przedmieścia Moskwy, kraina blichtru, gdzie wypoczywali i umierali wielcy wodzowie naszych wschodnich sąsiadów. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem po powrocie do Polski, że z tekstu na kilka tysięcy znaków, napakowanego ciekawostkami reportażu, wydawca zostawił pasek na dole strony, krojąc to do trzech akapitów.

Sam mecz był super, jeśli chodzi o skalę emocji. Łzy Cristiano Ronaldo, a potem już płakał tylko John Terry, który się poślizgnął i jeszcze pechowiec Anelka. Roman Abramowicz tak bardzo chciał wygrać na swojej ziemi, ale się nie udało. Zapamiętam na pewno moment, w którym pojechałem na lotnisko. Mój lot powrotny do kraju był zaplanowany na popołudnie, ale wolałem od godzin nocnych czekać na niego w hali odlotów, niż wracać do moli i kocura. Zresztą, wcześniejszej nocy, kiedy to wracałem spokojnie do swojej kwartiry, spędziłem kilka godzin w... krzakach. Okazało się bowiem, że pod klatką grasuje sfora bezpańskich psów. Nie byłem nigdy wagowo łakomym kąskiem, ale pomyślałem, że raczej nie pogardzą.

Moskwa wydała mi się strasznie wroga. To inny rodzaj wielkości niż Londyn, przytłaczający. Kolega z innej gazety opowiadał mi, że kiedy szedł do metra, terenowy wóz potrącił gościa z wózkiem, sprzedawcę lodów. Kierowca wyszedł z auta i przystawił mu broń do głowy, na oczach tłumu.

Kiedy dotarłem na lotnisko (mój gospodarz był zdumiony, czemu chcę prosto ze stadionu jechać tam, skłamałem, że mój lot jest wcześnie), moim oczom ukazał się tłum kibiców. Spali w czerwonych i niebieskich koszulkach., Jedni pijani z rozpaczy, drudzy ze szczęścia. Wcześniej, w mixed zone pojawił się Frank Lampard, który poprosił dziennikarzy, by to jemu, nie Terry’emu, zadawali pytania. Kapitan Chelsea wyglądał jak wrak człowieka, zapłakany, z czerwonymi oczami, przemknął przez tę strefę niczym duch. Klatka, którą zapamiętałem do dziś.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.