THROWBACK #11. Piramida Legii i gorączka na stadionie Wisły, czyli jak Kłos stał się Baszczyńskim

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
fot. WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Mam przepastne archiwum i nie zawaham się go użyć. W kilku segregatorach leżą teksty, jakie napisałem przez ponad 15 lat pracy w zawodzie dziennikarza. Setki rozmów i dziesiątki delegacji – to się nie może zmarnować. W każdą niedzielę jedna z takich historii na newonce.sport. Dziś o meczu Wisła – Legia, który na długo zapamiętałem.

Bycie na pierwszej linii frontu to jak praca na polu minowym. Kiedy jesteś zziajanym, wiecznie zawalonym pracą reporterem, musisz popełnić w końcu błąd. Najgorzej jednak, gdy wcale go nie popełnisz, a wygląda z boku na to, że dałeś ciała.

Już wyjaśniam, o co chodzi. Gdy zajmowałem się Legią i przemierzałem za nią Polskę i Europę, wszerz i wzdłuż, zawsze starałem się o jedno: rzetelność informacji. Zaczynało się od ustalenia składu. Nie wyobrażałem sobie podania przewidywanego składu Legii z choćby jednym błędem. Dziś trochę się z tego śmieję, myślę też, co muszą czuć dziennikarze z Anglii zajmujący się Manchesterem City – ich przewidywania są pozbawione jakiegokolwiek sensu – ale wtedy to naprawdę była śmiertelnie poważna sprawa.

TYLKO BEZ PANIKI

Nie ukrywam, że pomagały mi znajomości z samymi zawodnikami. Trener mówił na odprawie: zagramy tak i tak, ja zaś dzwoniłem do chłopaków i oni mi to powtarzali. Przez lata część kolegów z branży myślała, że to była Darek Dudek, brat Jurka, ale tak naprawdę moich wtyczek było kilka. Znaliśmy się i mieli do mnie maksymalne zaufanie. Wiedzieli, że nie puszczę pary.

Kiedy więc Legia walczyła o mistrzostwo Polski z Wisłą i jechała na Reymonta do Krakowa na ważny mecz, musiałem oczywiście znać skład. Nie było to łatwe, bo piłkarze Legii sami nie wiedzieli, jakie ustawienie przygotuje Jacek Zieliński.

3A81ED94-C193-4B8C-BB73-3ACA497E5714.jpeg

Ostatecznie udało się jednak ustalić, że warszawski zespół zaatakuje „piramidą”, a w rolę jedynego napastnika ma pełnić Marek Saganowski. Było to o tyle ciekawe, że drużyna zawsze grała duetem Saganowski – Włodarczyk. Pierwsza część operacji została wykonana. W redakcji było duże ciśnienie na ten mecz, więc człowiek nie chciał niczego zawalić.

Drugi etap to praca przy samym spotkaniu. Ustaliliśmy, że nie usiądę na trybunie prasowej, jak zwykle, by napisać relację, ale stanę pomiędzy ławkami rezerwowych i opiszę reakcje obu trenerów – Henryka Kasperczaka i Jacka Zielińskiego. Mecz rozgrywany był w piątek wieczorem, co oznaczało, że po ostatnim gwizdku jest w redakcji gorąco. Deadline goni, a materiały muszą schodzić sukcesywnie do produkcji. Zdecydowałem więc, że rozmowę z bohaterem spotkania podyktuję szybko maszynistce – pani, która siedziała w redakcji i spisywała w ekspresowym tempie nasz słowotok.

W przerwie ustaliliśmy, że porozmawiam z Tomaszem Kłosem, strzelcem jednego z goli. Miałem o tyle ułatwione zadanie, iż piłkarze, schodząc do szatni, musieli mnie minąć. Nie trzeba było zatem czekać aż pojawią się w mixed zone, już po wzięciu prysznica. Następnie miałem szybko pobiec do biura prasowego i napisać reportażyk. Trudne, ale wykonalne. Byłem już wtedy na tyle zaprawionym w bojach dziennikarzem, że radziłem sobie z presją. Nic nie mogło pójść źle.

– Nie mogę, sorry – rzucił Tomek Kłos, spiesząc się po ostatnim gwizdku do szatni. – Mam czat w Interii, byłem z nimi wcześniej umówiony – dodał i zniknął.

Tylko bez paniki.

Złapałem Marcina Baszczyńskiego, dziś mojego redakcyjnego kolegę z Canal+.

– Można parę zdań?

– Jasne.

No i się zaczęło.

W WARSZAWIE MNIE NIE LUBIĄ

Sześć pytań, sześć odpowiedzi, natychmiast po telefon do maszynistki. Dyktafon przy jednym uchu i odsłuchiwanie zdań rozmówcy, a telefon przy drugim i dyktowanie ich do Warszawy.

– Słuchaj, tylko to nie jest Kłos, okej? – krzyczałem do słuchawki. – Nazwij plik Baszczyński.

Na wszelki wypadek zadzwoniłem potem do kogoś do redakcji i powiedziałem, że Kłosa nie będzie. Jeszcze tylko reportaż i do domu.

Spałem wtedy u rodziców, w Czeladzi. Kiedy się obudziłem, miałem kilkanaście nieodebranych połączeń, w tym od Romana Kołtonia, wówczas naczelnego „PS”. Powiedział mi, że krakowscy dziennikarze są zdziwieni moją rozmową z Kłosem, bo Kłos z nikim, poza gośćmi czatu na Interii, nie gadał. Wyjaśniłem mu całą sytuację, jednocześnie ubierając się, by pobiec do kiosku.

Otworzyłem gazetę, a tam jak wół: „Ustawiłem spotkanie. Zdaniem Kłosa Legia już nie dogoni Wisły”. Pomijam już sam wydźwięk nagłówka, w czasach początków trąbienia o korupcji w polskiej piłce, ale wiadomo – chodziło o gola, który pomógł kontrolować Wiśle mecz. Najgorsze jest to, że czułem pretensje, po części ze strony wszystkich, choć niczego nie zrobiłem źle.

Obiecałem Romkowi, że zadzwonię do Marcina Baszczyńskiego, bo on i Kłos musieli być najmocniej zdziwieni takim artykułem.

– Witam, z tej strony Przemek Rudzki. Panie Marcinie... – i tutaj opowiadam, opowiadam, a kiedy już uznałem, że wystarczy, „Baszczu” odparł: – Dobra, dobra, ja wiem, że wy mnie w tej Warszawie nie lubicie!

Sprawy produkcji kolejnych numerów gazety są naprawdę trudne do wytłumaczenia komuś z zewnątrz. Czyha na ciebie sporo pułapek i musisz jakoś omijać te rafy, ale nie zawsze się udaje. Dzisiaj się z tego śmieję, wtedy musiałem przepraszać wszystkich po kolei, ciągle z poczuciem, że nawaliłem. Musicie wiedzieć, że w redakcjach panuje straszna konkurencja i ludzie często czekają aż powinie ci się noga. Telefon korespondentów z Krakowa do naczelnego uznałem za niesmaczny. Przecież mogli zapytać po prostu mnie: – Cześć stary, jak do tego doszło?

– Tak i tak, nara.

KRAKOWSKI PECH

Miałem pecha do wyjazdów na Wisłę. Dwa lata później, po jednym z nich, zginąłbym w wypadku samochodowym. W trakcie meczu Wisły z Legią zaczął padać gęsty śnieg, a ja postanowiłem że zamiast wrócić do Warszawy pociągiem, czy wziąć nocleg w hotelu, zabiorę się z wysłannikiem jednego z portali, bodaj Wirtualnej Polski. Byłem wtedy dziennikarzem „Nowego Dnia”.

Na drogach działy się dantejskie sceny, temperatura spadła, a śnieg zamarzał. Jedziemy, a tu nagle Daewoo Matiz kręci „bączka” i pyk – do rowu. Szok. Jechaliśmy kilka godzin, bardzo wolno. Śnieg wciąż padał i wycieraczki pracowały bez chwili wytchnienia. Zmienialiśmy się za kółkiem, wreszcie, na dojazdówce do stolicy, gdy przyszła moja kolej, zrobiło mi się tak ciepło i przyjemnie, że zasnąłem. To było mgnienie. Gdy się ocknąłem, zrozumiałem, że prowadzę auto. Odruchowo wcisnąłem hamulec i wpadliśmy w poślizg. Pojazd zaczął zsuwać się z drogi, ale nie wpadł do rowu. Inni kierowcy, jadący w kordonie za nami, również zareagowali nerwowo. Kilku z nich miało kłopoty. Mogłem nie tylko zabić nas, ale spowodować karambol. Od tamtej pory nigdy nie wracałem już autem po późno zakończonych meczach, szczególnie, gdy nie pozwalały na to warunki atmosferyczne.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.