THROWBACK #1. Edek w Legii, czyli jak w stolicy miało zapachnieć dużym futbolem (ale nikt niczego nie poczuł)

Zobacz również:Najlepszy piłkarz ekstraklasy wraca. Poważne zbrojenia mistrza Polski
FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Mam przepastne archiwum i nie zawaham się go użyć. W kilku segregatorach leżą teksty, jakie napisałem przez ponad 15 lat pracy w zawodzie dziennikarza. Setki rozmówi i dziesiątki delegacji – to się nie może zmarnować. W każdą niedzielę jedna z z takich historii na newonce.sport

Kiedy przez pewien czas zajmowałem się jako dziennikarz warszawską Legią, najbardziej lubiłem te momenty, w których do klubu przychodził obcokrajowiec, bo często ciągnęła się za nim ciekawa opowieść. Im bardziej egzotyczny był kierunek, z jakiego nadciągał przybysz, tym lepiej.

Trudno Anglię nazwać futbolową egzotyką, ale w kwestii piłkarzy występujących na boiskach ekstraklasy – z pewnością tak. Eddie Stanford, który przyleciał do Warszawy w 2004 roku to szczególny przypadek – podczas kilkuletniej kariery (dobiegła końca w 2010 roku) zaliczył łącznie w kilku klubach tyle występów, co kot napłakał. W Polsce najwięcej w barwach Ruchu Chorzów – „aż” dziewięć w lidze.

KONTROWERSYJNY OJCIEC

Jeśli wierzyć brytyjskiej Wikipedii, Eddie został po latach szkoleniowcem w akademii Blackburn Rovers. Nad Wisłę przyjechał jako zawodnik, który miał za sobą jeden występ – dokładnie nieco ponad kwadrans – w pierwszym zespole Coventry City. Będąc fanem angielskiej piłki bardzo się tym ekscytowałem, choć z perspektywy lat zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego.

W Legii wystąpił raz. Dziś ma 35 lat i od dekady nie zanotowano jego obecności w żadnym klubie. Tym ostatnim był, cokolwiek to znaczy, Clitheroe.

Ten urodzony w Blackburn zawodnik przeszedł przez system szkoleniowy Coventry, nie miał warunków fizycznych, które dekadę wstecz dawałyby mu jakiekolwiek przywileje na Wyspach Brytyjskich. Mierzący 170 centymetrów lewy pomocnik lub lewy obrońca został ściągnięty do Polski za kadencji Dariusza Kubickiego w Legii. Jego dziadek pochodził ze Lwowa, tata ze Szkocji, a mama z Polski. Ojciec mówił na Stanforda „Edek” i był dość kontrowersyjną postacią. W wywiadzie, jakiego udzielił mi przed szesnastoma laty, opowiadał takie rzeczy, że poważnie zastanawialiśmy się nad wydrukowaniem tego w „Przeglądzie Sportowym”.

Tata Eddiego wydał w Anglii książkę „Soccer Coaching Book” i uważał, że za to, iż krytykował w niej angielski futbol i tamtejszy system szkolenia, „Edek” zapłacił wysoką cenę – nie chciały go zatrudniać kluby. Ciężko wytłumaczyć, czy szkodliwa działalność tej książki wpłynęła również na polskie niepowodzenia Stanforda, ale zachodzi podejrzenie, że chodziło jednak o umiejętności piłkarskie. Widziałem Eddiego w paru meczach sparingowych i na treningach – zupełnie niczym się nie wyróżniał. To nie był poziom Legii, z całą pewnością.

NA OKŁADCE ZAMIAST SHEARERA

Pan Stanford senior w udzielonym mi wywiadzie mówił m.in., że nie chciał posyłać syna na siłownię w wieku kilkunastu lat, żeby nie zrobić z niego drugiego Wayne’a Rooneya (szkoda jednak chyba, że nie zrobił), albo chwalił się swoimi kompetencjami, nabytymi w trakcie pracy w – uwaga – Warcie Sieradz. Dowiedziałem się bowiem, że szkockie korzenie nie przeszkadzają mu tak naprawdę nazywać się Marcin Bidziński. Wszystko to było trochę jak mieszanka „Archiwum X” z „Latającym Cyrkiem Monty Pythona”, ale w trakcie rozmowy bawiłem się przednio.

– Amerykanie już zgłosili się do mnie, by wydać ponowną edycję książki. Wyjdzie także wersja na DVD, na której Eddie pokazuje swoje świetne wyszkolenie techniczne. Syn znajdzie się także na okładce nowej książki. Kiedyś był na niej sam Alan Shearer, ale postanowiłem, że teraz to będzie mój Edek – opowiadał z wypiekami na twarzy.

No cóż, w stolicy Polski miało zapachnieć dużym futbolem, prosto z jego kolebki. Niestety, nikt niczego nie poczuł. Shearer jest podobno do dziś zdruzgotany, że Mr. Stanford wyrzucił go z okładki swojej książki, zaś całe pokolenie angielskich talentów, takich jak Phil Foden czy Jadon Sancho wyrosło na przekór ojcu Eddiego. – Z takim szkoleniem, z odrzucaniem moich pomysłów na rozwój młodych graczy, angielska piłka wkrótce nic nie będzie znaczyć! – grzmiał.

Podziel się lub zapisz
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.