The German team. Borussia Moenchengladbach spełnionym snem niemieckiego kibica

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
 Bundesliga
Christian Verheyen/Borussia Moenchengladbach via Getty Images

Historia, jaką przeżył w ostatniej dekadzie ten legendarny zespół, to realizacja wszystkich marzeń fanów piłki w Niemczech. O tym, jak powinny funkcjonować kluby, by skutecznie rywalizować na arenie międzynarodowej. I nie sprzedać przy tym duszy.

Cztery lata temu jeden z pubów w Glasgow podbił media społecznościowe zdjęciem swoich zmagań z nazwą kolejnego rywala Celticu. Na tablicy ktoś kilkakrotnie próbował napisać kredą Moenchengladbach. W końcu jednak się poddał i napisał po prostu: „a German team”. Borussia, wykazując się poczuciem humoru, na jakiś czas zmieniła wówczas nazwę twitterowego profilu. Gdyby dzisiaj któryś z pubów w Glasgow chciał zapowiedzieć transmisję meczu Borussii z Interem Mediolan, powinien napisać: „the German team”. Bo Gladbach nie jest jakimś niemieckim klubem. Jest najbardziej niemieckim. Nie pod względem narodowości piłkarzy, lecz odpowiedzi na narodowe tęsknoty. Historia, jaką przeżyła w ostatniej dekadzie, to spełnienie wszystkich marzeń niemieckiego kibica o tym, jak powinny funkcjonować kluby, by skutecznie rywalizować na arenie międzynarodowej, nie sprzedając jednocześnie duszy.

LATA WYMIANY ELIT

Lata 90. były w niemieckim futbolu czasem wielkiej wymiany elit. Kluby, które grały w Bundeslidze „od zawsze”, przestawały nadążać za galopującą komercjalizacją piłki i stopniowo popadały w niebyt. To wtedy pierwsze w historii spadki zaliczyły 1. FC Koeln, 1. FC Kaiserslautern, VfL Bochum, Eintracht Frankfurt, czy właśnie Borussia Moenchengladbach. Równolegle do głosu zaczynały dochodzić kluby, które wcześniej nie miały wiele do powiedzenia, ale które wydawały się lepiej przygotowane na nowe czasy. Finansowo, jak Bayer Leverkusen czy VfL Wolfsburg, za którymi stały wielkie koncerny, Hertha Berlin, która po zjednoczeniu miasta i uczynieniu z niego stolicy zjednoczonych Niemiec, dostała potężny zastrzyk rozwojowy. Ale też merytorycznie, jak SC Freiburg, który jako pierwszy wprowadzał do Niemiec nowe wzorce taktyczne oraz dotyczące prowadzenia klubu. Proces zapoczątkowany wtedy trwa do dziś. Pojawili się nowi gracze z wielkimi pieniędzmi jak TSG Hoffenheim czy RB Lipsk. Nowi z mądrymi pomysłami na siebie jak FSV Mainz czy FC Augsburg. Ale też nowe zasłużone kluby, które wpadły w problemy. W lidze nie ma Hamburgera SV, na krawędzi spadku kilka razy balansował Werder Brema, teraz jest tam Schalke 04. O tym, że kluby takie jak Bochum, TSV 1860 Monachium, Karlsruhe, czy Kaiserslautern kiedyś grały w Bundeslidze, można już powoli zapominać.

DROGA DO ZAPOMNIENIA

Borussia Moenchengladbach też była na takiej drodze. Na przełomie wieków spadła z ligi dwa razy. Jej przestarzały stadion nie przyciągał takich tłumów jak większe ośrodki. 260-tysięczne miasto nie dawało potencjału ekonomicznego, z którego mogą czerpać metropolie w rodzaju Berlina, Hamburga, Monachium, czy Frankfurtu. Wszystko wskazywało na to, że „Źrebaki”, jak od lat 70. nazywano Borussię ze względu na jej świeży i porywający styl, mają zapisane w gwiazdach bycie kolejnym klubem, który wszystko, co najlepsze, już przeżył. W którym naprawdę wielki futbol mieli okazję oglądać tylko dziadkowie. Ich wnuki widzieli go tylko raz w roku, gdy do miasta przyjeżdżał Bayern Monachium.

NIEUFNA DUSZA KIBICA

Ratunkiem i wyzwoleniem dla tego rodzaju klubów za granicą może czasem być pojawienie się inwestora z grubym portfelem. Zasada 50+1, uniemożliwiająca prywatnym podmiotom przejmowanie całych klubów, w Niemczech na to jednak nie pozwala. Zdarzają się oczywiście historie takie jak w Hercie, gdy z dnia na dzień pojawia się mniejszościowy inwestor, pompujący w klub ćwierć miliarda euro, czy w Hamburgu, gdzie Klaus-Michael Kuehne przez lata zasypywał notorycznie powiększającą się dziurę budżetową. Niemieccy kibice takich historii jednak nie lubią. Nie lubią Gazpromu pojawiającego się na koszulkach Schalke. Nie lubią zależności od właściciela. Boją się, że ktoś będzie z tylnego siedzenia dyktował, jak ma być prowadzony klub. Traktują to, jak zaprzedanie duszy. We wszelkich dyskusjach o zlikwidowaniu 50+1, zawsze pojawia się ktoś, mówiący o organicznym rozwoju. O stopniowym zwiększaniu przychodów. O wzroście bez zastrzyków. Krok po kroku.

ORGANICZNY WZROST

Udane przykłady, że tak się w ogóle da, zdarzają się jednak bardzo rzadko. Niewątpliwie zdarzył się w Dortmundzie, co wielokrotnie już zostało opisane, choć tamtejsza Borussia – jeszcze do niedawna, gdy mówiło się w Niemczech „Borussia”, chodziło o Moenchengladbach. Dortmund wymagał doprecyzowania, jak w Polsce wymaga doprecyzowania Wisła Płock – miała jednak odrobinę łatwiej. Pochodzi z dwa razy większego miasta, ma dwa razy większy stadion i czasy jej wielkości przypadały na końcówkę lat 90., a nie 70. Dortmund organiczny wzrost zaliczył szybciej i bardziej spektakularnie, ale Moenchengladbach zrobiło to bardziej niespodziewanie. Bo jeszcze niedawno ten klub był znacznie bliżej niebytu niż fazy pucharowej Ligi Mistrzów.

DYREKTOR PRZEJEŻDŻAŁ NA ROWERZE

W kończącą się dekadę Borussia wchodziła na ostatnim miejscu w Bundeslidze, zmierzając do trzeciego spadku. Nie było to nic niespodziewanego. Gdy w 2008 roku dyrektorem sportowym zostawał Max Eberl, Berti Vogts, legenda Gladbach i były selekcjoner reprezentacji Niemiec, mówił: „Sam pewnie nie wie, jak doszedł do miejsca, w którym jest. Chyba akurat przejeżdżał przypadkiem na rowerze”. Vogts, wraz ze Stefanem Effenbergiem, inną legendą Gladbach, uruchomił wtedy projekt „Initiative Borussia”, który miał dokonać w klubie rewolty. Pozbawić władzy „nieudaczników” u władzy, inwestować więcej pieniędzy w drużynę, a nie w infrastrukturę, stawiać na wychowanków. W nowym rozdaniu Effenberg miał zostać dyrektorem sportowym. Członkowie klubu nie poparli jednak opozycji, która przepadła w głosowaniu. I w 2011 roku, po trzech latach władzy Eberla, mogła gorzko gderać, że trzeba było ją posłuchać.

SKUTECZNY OSTATNI NABÓJ

Podobnie jak w historii Dortmundu, gdzie dyrektor sportowy Michael Zorc też znajdował się pod poważnym ostrzałem i zatrudniając Juergena Kloppa, powiedział mu „jesteś moim ostatnim nabojem”, także w przypadku Eberla ostatni nabój przyniósł strzał w środek tarczy. Zatrudnienie Szwajcara Luciena Favre’a pozwoliło napisać piękną historię sukcesu. Obecny trener Dortmundu w znakomitym stylu utrzymał zespół w lidze po barażach, a rok później finiszował już na czwartym miejscu, wchodząc do Europy po dwudziestu latach przerwy i otwierając kompletnie nową epokę. Taką, w której Gladbach to znów czołowy klub w Niemczech. Nie zdobył w tym czasie żadnego trofeum, ale trzy razy wchodził do Ligi Mistrzów, zawsze finiszował w górnej połowie tabeli, co udało się jeszcze tylko Bayernowi i Dortmundowi i zgromadził mniej punktów jedynie od czołowej dwójki oraz Bayeru Leverkusen.

favre.jpg

NOGI I KAMIENIE

Początkowo sukcesy przypisywano głównie Favre’owi, który w krótkim czasie wypromował do Borussii Dortmund Marco Reusa, do Bayernu Dantego, a do Barcelony Marca-Andre ter Stegena. Z czasem stało się jednak jasne, że to cały klub zaczął funkcjonować świetnie. Oddany w 2004 roku nowy stadion, pasujący do XXI wieku, znów regularnie się wypełniał. Eberl od zawsze podkreślał, że Borussia ma inwestować w „Beine und Steine”, czyli w nogi oraz kamienie, dlatego 10% rocznych przychodów przeznaczała na projekty infrastrukturalne. Unowocześniono akademię, która wydała na świat późniejszych reprezentantów Niemiec ter Stegena, Mahmouda Dahouda czy Patricka Herrmanna. Zbudowano przy stadionie hotel oraz klubowe muzeum. Cała Borussia miała przestać być byłym klubem. Eberl zwierzał się kiedyś, że w zespół inwestuje tylko to, co zarobi w europejskich pucharach.

KLUB ZA 47 MILIONÓW

Dobrze to widać po transferowym bilansie zysków i strat. W czasach Eberla Borussia wydała tylko o czterdzieści siedem milionów euro więcej, niż zarobiła. Wystarczyło to jednak do zamienienia klubu z jednego z najgorszych w Niemczech, w taki, który prowadzi w grupie Ligi Mistrzów przed Realem Madryt i Interem Mediolan. Jeśli ogra Inter, po raz pierwszy od 42 lat dojdzie do 1/8 finału najważniejszych klubowych rozgrywek. W dobiegającej końca dekadzie Borussia już zdobyła ponad dwieście punktów więcej niż w poprzedniej. A przecież 47 milionów to przy obecnych realiach cena za jednego bardzo dobrego zawodnika. To właściwie niemożliwe, by za takie pieniądze tak mocno odmienić drużynę i jeszcze zbudować infrastrukturę.

LATA IMPROWIZACJI

Stabilność nowej konstrukcji po raz pierwszy została wystawiona na poważną próbę w 2015 roku, gdy po fatalnym starcie Favre wymusił dymisję. Eberl, który wszystko lubi planować na pięć ruchów do przodu, nagle musiał w panice szukać nowego trenera. Zadania nie ułatwiło mu to, że Andre Schubert, trener rezerw, którego absolutnie nie traktował jako poważnego kandydata na następcę Favre’a, jako tymczasowy szkoleniowiec wygrał sześć meczów z rzędu, co nie udało się jeszcze nikomu w historii Bundesligi. Nawet jeśli dyrektor sportowy nie miał przekonania, po prostu musiał dać Schubertowi kontrakt. Kiedy jednak wszystko równie nagle przestało funkcjonować, znów działał pod presją czasu, stawiając na Dietera Heckinga, trenera solidnego, ale raczej nieosiągającego wyników ponad stan. Mówi się o nim, że każdą drużynę w Bundeslidze potrafiłby doprowadzić do siódmego miejsca. Borussia miała z nim spokojne trwanie w górnej części tabeli, w granicach pozycji premiowanych Ligą Europy. Ale wielkie ambicje całego miasta zostały już rozbudzone poprzednimi latami. Otoczenie chciało czegoś więcej niż walki o miejsca 7-8.

WIĘCEJ NIŻ MAKSIMUM

Eberl doszedł więc do wniosku, że samo wyciskanie maksymalnego potencjału z kadry nie wystarczy. Borussii nie stać na lepszych piłkarzy, notorycznie traci najlepszych zawodników, w ostatnich latach choćby Granita Xhakę (Arsenal), Thorgana Hazarda (Dortmund), czy Maksa Krusego (Wolfsburg), a jednocześnie musi od czasu bić się o Ligę Mistrzów, by zadowolić otoczenie. Choć więc Hecking osiągał dobry wynik, zajmując piąte miejsce w lidze, Eberl zdecydował się go zwolnić. Tym razem kwestię obsady trenera chciał rozwiązać inaczej niż w poprzednich przypadkach. Nie chciał działać pod presją czasu i wybierać najlepszego trenera z aktualnie dostępnych. Chciał wybrać najlepszego trenera z możliwych. Gdy więc na rynku pojawił się Marco Rose, który z Salzburgiem doszedł w świetnym stylu do półfinału Ligi Europy, wygrawszy wcześniej młodzieżową Ligę Mistrzów, rzucił dla niego wszystko.

POWER FUSSBALL ROSEGO

Rose, były zawodnik Moguncji Juergena Kloppa, zaczynający karierę trenerską przy Thomasie Tuchelu, a rozwijający ją przy Ralfie Rangnicku, był przed dwoma laty jednym z najgorętszych nazwisk młodego pokolenia trenerów w Europie. Dziennikarze notorycznie dzwonili do trenera Liverpoolu po opinię na temat Rosego. A on nie studził entuzjazmu. Mówił, że stać go na prowadzenie każdego klubu w Europie. Do futbolu opartego na posiadaniu piłki, który zaszczepił w Gladbach Favre, miał dodać element fizyczny ze szkoły Red Bulla. Pressing, walkę, energię, sprinty. Power-Fussball, jak nazywa się w Niemczech jego styl gry. Trójkę, która grała w ataku jego Borussii, czyli Breela Embolo, Alassane Pleę i Marcusa Thurama zaczęto nazywać nowym stadem bawołów (nawiązując do frankfurckiego trio Haller-Jović-Rebić), co dobrze oddawało ich styl gry. Najbardziej piłkę Rosego uosabia jednak środkowy pomocnik Dennis Zakaria, który ma tyle samo talentu w stopach, ile siły w mięśniach i pary w płucach.

ATMOSFERA LIVERPOOLU

Nowa Borussia wystrzeliła już w pierwszym sezonie. Przez dwa miesiące była liderem Bundesligi, najdłużej od lat 70. Rundę jesienną kończyła jako wicelider, przed Bayernem Monachium i Dortmundem. Wiosną nie wytrzymała ich tempa, ale finisz w czołowej czwórce trzeba było uznać za wielki sukces. Dolosowaną w Lidze Mistrzów do Realu, Interu i Szachtara Donieck, uznawano ją za skazaną na odpadnięcie po jesieni, z szansami maksymalnie na trzecie miejsce w grupie. Po czterech meczach jest niepokonana. Wygrane z Realem i Interem wypuszczała w ostatnich minutach. – Jesteśmy dużym klubem, który ma atmosferę, jakby był mały. Borussia przypomina mi pod tym względem Liverpool – mówił w „The Athletic” Oscar Wendt, wieloletni lewy obrońca Gladbach.

BUDŻET JAK BURNLEY

Awans do najlepszej szesnastki kontynentu byłby kolejnym niezwykłym osiągnięciem Eberla i jego klubu. Moenchengladbach, rozmiarem podobne do Gdyni, jest dopiero 25. miastem w Niemczech pod względem liczby ludności. W Lidze Mistrzów niewiele gra mniejszych ośrodków. Biorąc pod uwagę kluby z najlepszych lig będące na tym poziomie, można Borussię porównać tylko do Atalanty Bergamo. Finansowo wciąż, nawet w niemieckiej skali, są tylko ambitnym średniakiem. Na pensje wydają tylko trochę więcej niż Burnley. A dwa razy mniej niż Dortmund i trzy razy mniej niż Bayern. Pod względem finansowym nie pasują do elitarnego towarzystwa, które na boisku na razie rozstawiają po kątach. Co powinno dodać im w Niemczech masę nowych sympatyków. Bo bez sprzedawania praw do nazwy stadionu, wpuszczania do akcjonariatu zewnętrznych podmiotów, sprzedawania duszy z lat 70., dają sobie radę w kraju i w Europie. Nawet jeśli ich nazwa nie wszystkim restauratorom jeszcze wbiła się w głowy.

Podziel się lub zapisz
Michał Trela
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.