Telepatia w Premier League. Duety, które niszczyły defensywy rywali dzięki świetnej współpracy

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
kane-son-e1600634634564.jpg
fot. Andrew Boyers - Pool/Getty Images

Harry Kane i Heung-Min Son od paru lat znakomicie ze sobą współpracują, ale obecny sezon jest pod tym względem wyjątkowy. Jeśli nadal będą rozumieć się tak dobrze, to jeszcze w tym sezonie pobiją osiągnięcie najbardziej wydajnego duetu w erze Premier League, czyli Franka Lamparda i Didiera Drogby.

Son i Kane, czy jak kto woli Kane i Son to już druga najlepsza para w historii tych rozgrywek, jeśli chodzi o liczbę wypracowanych wspólnie goli. Anglik i Koreańczyk zrównali się pod tym względem z takimi tuzami jak Sergio Aguero i David Silva oraz Thierry Henry i Robert Pires – wszystkie te pary wypracowały sobie wspólnie po 29 trafień. Tylko w tym sezonie, a przecież za nami dopiero kilka kolejek, ich nić porozumienia na boisku dała Tottenhamowi dziewięć ligowych bramek. W klubie z Północnego Londynu zdarzały się w przeszłości duety, które wykręcały taką liczbę, tyle że... na przestrzeni całego sezonu. Z pewnością więc rekordy klubowe Teddy’ego Shernighama i Darrena Andertona, a także Sheringhama i Chrisa Armstronga zostaną pobite.

U MOURINHO JESZCZE LEPSZY

Kane zaczął ten sezon jak maszyna. Przed tym weekendem napastnik reprezentacji Anglii miał na koncie 5 bramek i 8 asyst. Ten tekst powstaje na kilka godzin przed meczem z Brighton and Hove Albion, niewykluczone zatem, że wyniki uległy poprawie. Fakty są takie, że od kiedy Kane wrócił po kontuzji do podstawowego składu, siła rażenia Spurs wzrosła niebotycznie. Anglik wystąpił w piętnastu kolejnych meczach w wyjściowej jedenastce, a w obecnej kampanii ma 8 asyst i 5 bramek – czegoś takiego w Premier League sześciu kolejkach jeszcze nie oglądano. Idąc dalej: od połowy lipca Kane imponuje skutecznością do tego stopnia, że jego średnia zdobytych bramek przekracza jedną na mecz. W lidze i pucharach napastnik zagrał w tym okresie 14 spotkań i strzelił 15 goli.

To jednak nie bramki, a asysty upodobał sobie szczególnie w ostatnich tygodniach. Z ośmiu podań, jakie otworzyły kolegom drogę do bramki, aż 7 kluczowych zagrań zanotował przy trafieniach Sona (1 do Lucasa Moury). To już ponad osiem lat, o d kiedy Kane nęka bramkarzy Premier League. Od sierpnia 2012 roku tylko Aguero strzelił więcej goli, ale niewykluczone, że wkrótce wyprzedzi Argentyńczyka, bo różnica jest naprawdę niewielka (148:157).

Na pewno przyjście Jose Mourinho miało korzystny wpływ na Kane’a, choć warto pamiętać, że u Mauricio Pochettino też prezentował stały, wysoki poziom. Gdy jednak Portugalczyk zaczął prowadzić Tottenham, Kane zrobił jeszcze malutki krok do przodu. Niektórzy mogli się obawiać, że u „Mou” liczby spadną, a zapędy tego menedżera do stawiania autobusów i irytowania przeciwnika brutalnymi kontrami, może odbić się negatywnie na wynikach indywidualnych Kane’a. Niepotrzebnie. Efekt ich współpracy jest na razie piorunujący. Kane miał udział w 26 bramkach Spurs, 18 zdobył sam, przy ośmiu asystował. Drugi w tej klasyfikacji, za kadencji Mourinho, jest oczywiście Son.

JAK W GAMBICIE KRÓLOWEJ

Koreańczyk to zupełnie inny typ piłkarza, być może dlatego tak dobrze się uzupełniają. Ich akcja po stałym fragmencie w trudnym meczu przeciwko Burnley pokazuje dobitnie, że repertuar, jaki mają w zanadrzu, jest praktycznie nieograniczony. Kane to zabójca pola karnego, który często gra jednak głęboko od bramki. Gdybyśmy mieli zastosować terminologię wojenną, można go porównać do supernowoczesnej łodzi podwodnej, mogącej zaszkodzić zarówno torpedą z dystansu, jak i bezczelnym wyburzeniem się blisko brzegu.

Son to sprint, dynamit, drybling i zabójczy finisz. Koreańczyka z Anglikiem łączy to, że obaj lubią pracować dla drużyny. Mimo wspaniałych liczb, sami nie należą do egoistów. Son stworzył w tym sezonie aż 16 okazji podbramkowych dla kolegów, a przecież musimy pamiętać, że jest najlepszym strzelcem Tottenhamu. Cały czas zorientowany jest na atak, niczym główna bohaterka „Gambitu Królowej”. Nie interesują go półśrodki. Często wpada w ciągi, na szczęście tylko bramkowe. Potrafi strzelać gole seriami, zazwyczaj jedno trafienie jest zwiastunem kilkutygodniowej wysokiej formy i kolejnych radości Mourinho.

Niedawno na jednym z angielskich portali rozgorzała dyskusja, w którą wciągnięto kibiców. Pytanie brzmiało: „Czy Son jest już na poziomie światowym?”. Debata chyba zupełnie niepotrzebna. 61 goli, 48 asyst – to kosmiczne osiągi Koreańczyka, który nie zawsze sam jest beneficjentem podań Kane’a, czy też na odwrót. Przy ich golach asystują również inni gracze, oni także wypracowują sytuacje pozostałym zawodnikom, jednak najlepiej czują się, kiedy obaj grają u swojego boku w podstawowej jedenastce.

SPECJALIŚCI OD TŁOKU

W Manchesterze City doskonale wiedzą, co to znaczy mieć w składzie takich partnerów. Przez wiele sezonów David Silva i Sergio Aguero demolowali linie defensywne przeciwników, tworząc perfekcyjny duet. Gdy Hiszpan żegnał się z Etihad, Argentyńczyk napisał: „Wiele się od ciebie nauczyliśmy. Każdego dnia. Uczyniłeś Manchester City większym, a nas lepszym. To był zaszczyt, dzielić z tobą wszystko przez lata i razem tyle osiągnąć. Będziemy tęsknić”.

Nic dziwnego, przecież Kun mógł w każdym momencie meczu liczyć na podanie-ciasteczko od filigranowego, bajecznie wyszkolonego technicznie piłkarza z Wysp Kanaryjskich. Silva słynął z fenomenalnych prostopadłych podań na małej przestrzeni, w każdym gąszczu potrafił odnaleźć drogę do mobilnego Aguero. Kane i Son to rozmach na dużym metrażu, ci dwaj sprawdzali się w tłumie, a nie mieli lekko, bo przecież rywale – od kiedy Manchester City stał się jedną z wiodących sił Premier League – często murowali całym zespołem dostęp do własnej bramki.

– Łatwo było zaliczać asysty przy jego bramkach, bo jednym ruchem otwierał przestrzeń do tych zagrań. Byłem od tego, żeby ułatwić mu życie, ale także on ułatwiał moje – mówił Silva. Manchester City już zapowiada, że obok pomnika Hiszpana przed Etihad Stadium stanie statua Argentyńczyka. Najlepsza byłaby jedna – taka, na której razem świętują kolejnego gola.

SUPERDUETY Z LONDYNU

W czasach wielkości Arsenalu zrodził się jeden z najlepszych duetów w historii tego klubu. Współpraca Roberta Piresa z Thierry’m Henrym stała się przekleństwem dla rywali. Henry trafiał aż 17 razy po podaniach Piresa, zresztą podczas przygody w Północnym Londynie aż czterokrotnie sięgał po tytuł króla strzelców. Sam wypracował Piresowi 12 goli. Wymienność pozycji, świetne zrozumienie, intuicja, co zrobi partner, ale też brak samolubnych zachowań na boisku – to było ich wielką siłą, z której zespół Arsene’a Wengera czerpał garściami. Francja-elegancja!

Także w Londynie narodził się najlepszy jak na razie duet współpracujących ze sobą zawodników. Na Stamford Bridge Frank Lampard i Didier Drogba często ćwiczyli podczas treningów zagrania, którymi zaskakiwali później defensywy przeciwnika. Dało to świetne efekty – łącznie 36 goli tej pary, oczywiście częściej asystował Lampard (24 razy), Drogba tych kluczowych piłek zagrał do Anglika 12. Napastnik z Wybrzeża Kości Słoniowej nie bez przyczyny nazywany był „One-man Army”, czego chyba nie trzeba tłumaczyć.

Obaj przywołują w fanach The Blues najcieplejsze wspomnienia. Lampard, oprócz tego, że znakomicie czytał grę i zawsze był gotów nieść pomoc napastnikom, sam zdobywał mnóstwo bramek, został zresztą jednym z najlepszych strzelców w historii Premier League. Razem z Drogbą poprowadzili zespół do trzech tytułów mistrza Anglii. Lampard, dziś menedżer CFC, wie dobrze, że znalezienie takiego duetu w swojej drużynie może być kluczem do nawiązania do tamtych złotych, tłustych lat.

Podziel się lub zapisz
Przemek Rudzki
Czasem pisze – w poniedziałki Futbolowa Gorączka, a w piątki Tygodniówka na newonce.sport, a czasem gada – w poniedziałki w Kick Off, w czwartki w Futbol i Cała Reszta w newonce.radio. Liga angielska jest najlepsza na świecie. Amen.