Szukanie białych rękawiczek. Dlaczego Niemców (jeszcze) nie ma w Superlidze?

Zobacz również:Znów podlecieć bliżej słońca. Dylematy Borussii Dortmund wokół Luciena Favre'a
Der Klassiker
Roland Krivec/DeFodi Images

Superliga nie miałaby sensu bez przedstawicieli najludniejszego i zakochanego w futbolu kraju w Europie. Wśród jej założycieli niemieckich klubów jednak nie ma. To nie znaczy, że Bundeslidze udało się uchronić przed chciwością prywatnych właścicieli. To znaczy tylko, że kluby niemieckie potrzebują w tej sprawie odegrać rolę sceptyków. Wymuszają to na nich ich struktury.

Wystarczy mieć choćby oględne pojęcie o europejskiej demografii, by wiedzieć, że proklamowana Superliga nie jest jeszcze w pełni dopracowanym produktem. Wszak jej dwanaście klubów założycieli pochodzi z ledwie trzech krajów. UEFA i FIFA, rozszerzając w ostatnich dekadach turnieje, którymi władają, nauczyły już, że logika rynku nakazuje zaangażować w dane rozgrywki kibiców z jak największej liczby krajów. Jeśli Superliga powstaje tylko dla pieniędzy, okrojenie jej do tylko trzech rynków nie miałoby sensu. Nawet jeśli jej głównym odbiorcą nie ma być kibic europejski, lecz globalny. Czyli przede wszystkim amerykański i może także azjatycki. O tym, że kryteria sportowe nie mają tu nic do rzeczy, nie trzeba też nikogo przekonywać. Obecność Arsenalu, Tottenhamu czy Milanu sama o tym świadczy. Superliga bez zaangażowania Niemiec i Francji, czyli dwóch najludniejszych krajów leżących w całości w Europie, nie miałaby sensu. To byłoby odcinanie od nowych rozgrywek potencjalnych 150 milionów klientów z krajów zakochanych w futbolu. Superliga, jeśli ma być naprawdę super, potrzebuje klubów z tych krajów.

POTRZEBNI NIEMCY

Z Francji pewnie ostatecznie go dostanie, bo Paris Saint-Germain nie ma żadnych powodów, oprócz aktualnego osobistego sojuszu jego właściciela z szefem UEFA, by być wierne europejskiemu systemowi. Kluczową niewiadomą pozostaną więc tylko kluby niemieckie. Raczej dwa, choć sportowo do elity Borussia Dortmund pewnie nie powinna należeć, skoro do przyszłorocznej Ligi Mistrzów może się nie zakwalifikować, a w tym sezonie zagościła w ćwierćfinałach po czteroletniej przerwie. Ale nawet Superlidze obrazki 80-tysięcznego tłumu z Dormtundu dobrze zrobią wizerunkowo, a poza tym 80-milionowy rynek niemiecki zasługuje na odpowiednie dopieszczenie. Obecność Bayernu wśród najlepszych i największych nie podlega dyskusji. To klub w mediach społecznościowych popularniejszy od wielu założycieli Superligi. Od Interu, Atletico, czy Tottenhamu nawet dwukrotnie. Nie ma wątpliwości, że wywrotowcy będą o niemiecką dwójkę mocno zabiegać.

PODEJRZANA NIEOBECNOŚĆ

Samo to, że niemieckich klubów nie ma wśród dwunastki rewolucjonistów, już może zaskakiwać. Przecież w przeciekach ze spotkań, do których w tej sprawie od dawna dochodziło, zawsze była mowa o piętnastce założycieli i były wśród nich zarówno Bayern, jak i Dortmund oraz PSG. Przecież Bayern, którego prezes Karl-Heinz Rummenigge był przez wiele lat prezesem Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA), w poprzednich latach należał do zwolenników Superligi. A Hans-Joachim Watzke z Borussii Dortmund nigdy planów dotyczących jej powstania nie potępiał w czambuł. Wyrażał wątpliwości, ale zawsze pozostawiał jakąś niedopowiedzianą furtkę. Nie znalazłszy się w gronie dwunastu założycieli, największe kluby Bundesligi zostały medialnie ustawione w pozycji obrońców tradycyjnego porządku i strażników solidnych fundamentów. To kusząca perspektywa, jednak wydaje się, że dokładnie o to władzom obu niemieckich klubów chodziło. O to, by nie musiały od początku stawiać się w roli entuzjastów Superligi.

NIETKNIĘTA LIGA

Niemcy nie czują się w rewolucyjnych planach pominięci. Jeśli już, czują się raczej utwierdzeni w przekonaniu, że ich porządek futbolu w kryzysowym momencie okazał się słuszny. Opłacił się. Po to kluby Bundesligi broniły się przez lata przed napływem amerykańskich, chińskich, rosyjskich i wszystkich innych prywatnych właścicieli, by nie przyłożyć ręki do wywrócenia europejskiej piramidy piłkarskiej. Podczas gdy Serie A, Premier League czy La Liga stoją dziś przed dylematami, co zrobić z separatystami, Bundesliga może się toczyć stałym rytmem, pozostając całkowicie nienaruszona. Jednak to zbyt utopijna wizja.

SŁABSZA POZYCJA

Niemieckie kluby w takich wywrotowych planach muszą być zdecydowanie ostrożniejsze od sąsiadów z innych krajów. O ile Joel Glazer, czy Andrea Agnelli mogą z dnia na dzień zdecydować o przyszłości Manchesteru, czy Juventusu, Rummenigge czy Watzke nie mogą tego zrobić. Ich strukturalna pozycja w organizacjach, którymi zarządzają, jest znacznie słabsza. Ich władza znacznie mniejsza. Nie mówimy o właścicielach klubów, tylko o prezesach spółek zarządzających klubami. To kolosalna różnica. Właścicielem większościowego pakietu akcji Bayernu Monachium nie jest Adidas, Audi, czy Allianz, lecz stowarzyszenie Bayern Monachium, zrzeszające trzysta tysięcy opłacających składki członków. Płacąc składkę członkowską — w zależności od wieku; od trzydziestu do sześćdziesięciu euro rocznie — zyskuje się prawo do wzięcia udziału w walnym zebraniu członków. A więc także do wybierania zarządu i bycia wybieranym do niego.

GŁOS LOKALNYCH FANÓW

W Borussii macierzyste stowarzyszenie ma tylko pięć procent akcji spółki, jednocześnie jednak zachowuje sto procent prawa głosu. Zarząd odpowiada więc przed kibicami opłacającymi składki. Prezesi pozostałych europejskich klubów mogą kalkulować, że miejscowi fani pokrzyczą, aż w końcu przestaną, a wszelkie niedogodności zrekompensuje kibic zamorski. Watzke i Rummenigge muszą znacznie mocniej wsłuchiwać się w głos fana z Bawarii i Zagłębia Ruhry, bo ostatecznie to on powierza im stanowisko. A lokalny kibic woli Bayern i Borussię w Bundeslidze, nie w Superlidze.

watzkeglowne.jpg
TF-Images/Getty Images

30 DNI NA DECYZJĘ

Władze Dortmundu i Bayernu znalazły się więc w arcyniezręcznej sytuacji. Z jednej strony zdają sobie sprawę, że jeśli Superliga faktycznie wystartuje, ich kluby muszą w niej być, jeśli nie chcą zostać zmarginalizowane na arenie międzynarodowej (a nie chcą). Z drugiej, nie mogą wobec nowego tworu wykazać ani krzty entuzjazmu. Z ramowego planu Superligi opublikowanego w poniedziałek przez “Der Spiegel” wynika, że dokument – datowany na 17 kwietnia, a więc bardzo świeży — wlicza Dortmund, Bayern i PSG jako członków założycieli rozgrywek. Oba niemieckie kluby mają zostać do nich włączone jak najszybciej, a na podjęcie wiążącej decyzji mają dostać 30 dni.

SZPAGAT NIEMCÓW

Można spekulować, że obu klubom przypadnie teraz rola mediatorów. Na razie jedni (separatyści) zrzucili bombę, a drudzy (UEFA) wypowiedzieli im wojnę. Bayern i Dortmund mogą wejść na scenę jako łagodzący atmosferę. Chcący uczestniczyć w Superlidze, ale absolutnie niechcący rezygnować z Bundesligi. Przed swoimi kibicami muszą odegrać rolę Rejtanów. Jednak takich, których po wyłączeniu kamer inni członkowie Superligi podniosą z ziemi i pomogą zapiąć koszulę. Carsten Cramer, dyrektor marketingu Borussii i prawa ręka Watzkego, mówił kiedyś na spotkaniu w Katowicach o nieustannym szpagacie, w którym stoi jego klub. Pomiędzy kibicem z Zagłębia Ruhry i z Dalekiego Wschodu. I właśnie ten szpagat Borussia musi teraz odegrać na tyle wiarygodnie, by ani jeden ani drugi kibic się od niej nie odwrócił.

ZMIĘKCZANIE STANOWISK

Bayern i Borussia po ogłoszeniu powstania Superligi ustawiły się więc w pozycji tych, którzy nic nie wiedzą, w niczym nie uczestniczyli i niczym nie są zainteresowani, jednak można się spodziewać, że najbliższe tygodnie spędzą, lobbując u jednej i drugiej strony, by trochę złagodziły stanowiska, a w lokalnych mediach przedstawią Superligę jako coś, dla czego nie ma alternatywy. Superliga potrzebuje najlepszych niemieckich klubów. Najlepsze niemieckie kluby też potrzebują w niej być. Muszą tam jednak zostać wciągnięte. Będą odgrywać rolę nieprzekonanych, wymuszą na obu stronach pewne kompromisy i dopiero wtedy, z hasłem “Nie chcem, ale muszem” przystąpią do Superligi. W tej sprawie nie ma dobrych i złych. Są tylko tacy, którzy mogą jawnie wyciągnąć rękę po pieniądze i tacy, którzy potrzebują do tego białych rękawiczek.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.