Sztuka odnajdywania w sobie ognia. Simeone zamierza spędzić ponad dekadę w Atletico (KOMENTARZ)

Zobacz również:Cena na metce działa na głowę. Złoty chłopiec wraca tam, gdzie zaczynał
Liverpool FC v Atletico Madrid - UEFA Champions League Round of 16: Second Leg
Fot. Julian Finney/Getty Images

Co roku powraca dyskusja, czy formuła pracy Diego Simeone się nie wyczerpała i czy tej grupie nie przydałyby się nowe bodźce. Barcelona tłumaczy swoją zapaść sezonem przejściowym, a Argentyńczyk co chwilę traci fundamentalne postaci i nie przyjmuje wymówki o okresach przejściowych. Zawsze musi stawać na wysokości zadania. Na tak dobrej drodze do mistrzostwa nie był już dawno i zapewne wkrótce przedłuży kontrakt z ekipą z Wanda Metropolitano. Prawdziwe dziedzictwo Simeone dojstrzeżemy jednak dopiero, kiedy ten związek się skończy. Przykłady Arsenalu czy Manchesteru United pokazują, aby doceniać wieloletnie projekty, bo utrzymywanie zespołu na tym samym poziomie tyle lat to wyzwanie arcytrudne.

Latami kibice Arsenalu wzdrygali się na żarty – swoją drogą prześmieszne – z czwartego miejsca. Lista zakupów: 2. makaron, 3. marchewka, 4. Arsenal etc. Powtarzały się identyczne argumenty, że Arsène Wenger to relikt przeszłości, że najlepsze osiągnięcia już za nim, że marnuje potencjał tej grupy, a z pewnością nowy szkoleniowiec wzniósłby Kanonierów na szczyt. Tak jesteśmy wychowani i nauczeni, że zawsze chcemy więcej. Pewnie gdyby jego następca zdobył dwa wicemistrzostwa z rzędu, też nie trzeba byłoby długo czekać na ogień wokół jego stanowiska. Albo zdarzyłby się sezon gorszy nawiązujący do wcześniejszych, albo narastałoby rozczarowanie, że mistrzostwo jest poza zasięgiem. Do takiego momentu nie doszedł ani Unai Emery, ani Mikel Arteta. Smutna rzeczywistość Arsenalu, będącego na 15. miejscu, przegrywającego mecz za meczem, toczonego problemami na wielu płaszczyznach, pozwala zatęsknić za bezpiecznym miejscem w wielkiej czwórce czy za Ligą Mistrzów. I docenić przeszłość, bo za rogiem zawsze może czaić się gorsza.

Lepsze jest wrogiem dobrego. Kibice Manchesteru United też coś o tym wiedzą. Zresztą nie oni jedni, jest multum klubów, które przeżywało takie zapaści. I trudno nie odnieść wrażenia, że identycznie może być z Atletico Madryt po odejściu Diego Simeone. Co roku wysłuchuje, że nie był w stanie wspiąć się na szczyt, a zarazem utrzymuje drużynę na poziomie, o jakim wcześniej można było pomarzyć. Największym jego sukcesem nie są finały Ligi Mistrzów czy mistrzostwo z 2014 roku, największym osiągnięciem jest zmiana retoryki, bo w Hiszpanii zaczęto mówić o „trzech wielkich”, a nie dwóch jak wcześniej. Zmienił renomę klubu. Wniósł go na wyższą półkę i sumienną pracą utrzymał tam. Globalnie Atletico urosło do gigantycznych rozmiarów.

Aby uzmysłowić jego wpływ na klub z Madrytu, trzeba wrócić do tego, co było. Wiadomo, że swego czasu zasady kwalifikacji do Ligi Mistrzów były inne, stanowiła bardziej elitarne grono, ale przed przyjściem Simeone Atletico zakwalifikowało się tam 8 razy w całej historii. Z argentyńskim trenerem dokonała tego samego – 8 razy awansowała do Champions League, a 1 stycznia Simeone będzie świętował 9. rocznicę rozpoczęcia pracy. To on stoi za całą transformacją i budową tej machiny, mimo że rok w rok wysłuchuje o skazaniu na trzecie miejsce i brakującym trofeum LM.

Teraz kiedy rozsiadł się na miejscu lidera ligi hiszpańskiej, panowie Andrea Berta i Enrique Cerezo szykują dla niego propozycję przedłużenia kontraktu. Chcą, aby został z nimi dłużej niż do 2022 roku, ma w Atletico świętować dekadę pracy i jeszcze dłużej. Wszyscy przyzwyczaili się do jego metod pracy, do specyficznego podejścia, do wiecznego wymagania, bo widzą, jakie efekty dostają na koniec sezonu, a jak łatwo dziś zdestabilizować projekty warte setki milionów euro.

Wydaje się, że nie ma nic trudniejszego niż odnajdywanie w sobie tego samego ognia sezon po sezonie. Ile to razy trenerzy tracą pracę, bo po 2-3-4 sezonach brakuje chemii w szatni, a formuła współpracy się wyczerpała. Spędzili zbyt dużo czasu w jednym miejscu i potrzeba nowej energii. A Simeone pracuje z tymi samymi ludźmi tyle czasu i co roku jest w stanie ich pobudzać do działania. Mimo że na zewnątrz opowiada te same śpiewki, że najważniejszy jest najbliższy mecz, do wielkich to oni nie mają podjazdu, a zbawi ich jedynie ciężka, sumienna praca. W środku, w szatni, na pewno szuka nowych pomysłów i zmienia swoje podejście, bo inaczej dawno straciłby znudzoną szatnię, ale jego autorytet jest tak znaczący, że ciągle ma posłuch. Pewnie dawny Cholo nie przystałby na rzucanie butelkami przez Joao Feliksa, fochy Saula Nigueza czy nerwowe reakcje po zmiane, ten współczesny wie, że młodzi zawodnicy mogą więcej. I stara się podejść ze zrozumieniem do takiej formy ekspresji. Płacili za Portugalczyka 126 milionów euro, bo jest kimś wyjątkowym, a nie dzieciakiem, którego trzeba uczyć wychowania.

Doceniajmy Simeone, bo jego pracę ujrzymy dopiero, kiedy go zabraknie. On cały czas ewoluuje. Po odpadnięciu z Lipskiem w Lidze Mistrzów uświadomił sobie, że potrzebuje wyraźnego kroku w przód. Zmienia formacje, testuje systemy, otwiera się na ewolucje piłkarzy, czego najlepszym przykładem jest Marcos Llorente. Daje drugą szansę, co widzimy po Carrasco, nie skreśla zdołowanych, co pokazuje nam odrodzenie Lemara. Jest wyrozumiały i ma ojcowskie podejście, co przyzna Joao Felix. I co roku utrudniają mu pracę, przecież sam tracił Griezmanna, Rodriego, Godina, Thomasa, Juanfrana czy Filipe Luisa, ale nigdy nie zasłaniał się konkretniej sezonem przejściowym. Nie zawsze będzie z nim najlepiej, ale nigdy nie będzie źle. 9 lat na takim poziomie to naprawdę szalony wyczyn.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.