Szczęście sprzyja przygotowanym. Mino Raiola i jego przepis na Haalanda

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Award Football Leader 2018
Fot. Paolo Manzo/NurPhoto via Getty Images

Mino Raiola zaczyna zabawę. Będzie latał, zwodził, będzie nawijał frazą tak zaborczą, że zaraz znowu ktoś nazwie go grubym palantem. Kiedyś powiedział: nie mam wizytówki, bo wizytówką jest moja praca i moi piłkarze. Przez trzy dekady widział w tej branży wszystko. A potem pojawił się Erling Haaland.

Pieniądze lubią ciszę, ale bez przesady. Raiola już dawno porzucił skromność. Głowę ma jak kalkulator. I co chwilę powtarza, że to on stworzył ten rynek, dając mu kolor, gębę bez kłódki i piłkarzy, co potrafią zawładnąć wyobraźnią milionów. Ostatnio znowu o nim głośno, bo sprzedaje Haalanda. Był w Barcelonie, w Madrycie, zaraz poleci do Anglii. Wirtualna gra trwa, a nikt nie gra w nią lepiej niż „ten jakiś Luigi” jak określił go kiedyś Leo Beenhakker.

Obsadził się w swojej roli doskonale. Nie ma tabunu ludzi jak Mendes. Nie buduje biur na pięciu kontynentach w stylu Barnetta. Wystarczy mu prawnik i naładowany telefon. Raiola jest Raiolą, bo wypracował własny styl. Schlebia mu bycie milionerem w japonkach i rozciągniętej koszulce z bębnem na wierzchu. Nie chodzi w garniturach, chociaż w biurze na ścianie ma wielkiego Jamesa Bonda. Tutaj, przy Boulevard des Moulins w Monaco, pięćset metrów od słynnego kasyna też można obstawiać: gdzie zagra Donnarumma? Jak daleko zajdzie De Ligt? Za ile zostanie sprzedany Haaland? Raiola mówi, że rok temu był za ostrożny, gdy dał go do Dortmundu. Już wtedy był gotowy na większe kluby.

Gdziekolwiek teraz nie zerkniemy, będą nas atakować. Tam, gdzie jest Raiola, tam dzieją się opery mydlane. Nie kocha go Guardiola, i nie kochał Ferguson. Nie cierpi De Laurentis nazywając „wrzodem na dupie”. Niemieccy dyrektorzy sportowi mówią wprost: „Mino, kto?”. A on się śmieje, bo to oni robią z siebie durniów, udając, że nie kojarzą faceta, którego kojarzy cała branża. Kiedyś niczym Ludwik XIV powiedział: Nie pracuję na tym rynku, to ja jestem rynkiem. On wywołuje transferowe lawiny. On wpływa na ruchy tektoniczne w klubach. I ma jeszcze czelność mówić, że piłka to jedyna tak wielka branża, gdzie na wysokich stanowiskach pracuje tylu idiotów.

KASA Z MCDONALDA

Ta historia zaczyna się w Haarlemie, 15 kilometrów od centrum Amsterdamu. Do dziś można śmiało podążyć jej śladami - zajrzeć do restauracji „Napoli” przy Grote Markt i spytać kelnerów, czy młody Mino naprawdę piekł tutaj kiedyś pizzę. Różne rzeczy o nim piszą, ale to akurat nieprawda. Rodzice, emigranci z południowych Włoch, dopuszczali nastolatka do biznesu jedynie w roli kelnera i zmywacza. Jeden z najpotężniejszych agentów świata do dziś mówi, że zmywanie naczyń uczy satysfakcji z natychmiastowego efektu. Nigdzie nie poznasz ludzkich zachowań tak dobrze jak w knajpie. Poza tym w życiu trzeba umieć służyć innym, nawet gdy na koncie masz już miliony i mógłbyś leżeć do góry brzuchem. Ważne są też kobiety. To one zamieniają błoto w złoto. Raiolę wychowała babka, matka, ciotki i zawsze starsze partnerki. Innych nie miał.

Kiedyś pewnie to wszystko spisze w formie autobiografii. Raiola nie wygląda jak profesor, ale w wywiadach lubi uczyć życia. Babcia, analfabetka, wpoiła mu troskę o innych, rodzice nauczyli ciężkiej pracy, on do tego dołożył sprzyjające holenderskie środowisko i to że w rodzinie najlepiej znał język. Już jako 15-latek prowadził rachunkowość restauracji. Szybko założył firmę, która pomagała holenderskim przedsiębiorcom nawiązywać kontakt z włoskimi dostawcami. Pierwszy duży strzał zrobił zaraz po skończeniu 19. urodzin. Kupił upadający McDonald i sprzedał go z zyskiem deweloperowi. Przez chwilę bawił się w dyrektora lokalnego klubu piłkarskiego i chciał nawet kupić Bergkampa, gdy Bergkamp nie był jeszcze tym Bergkampem.

Edwin Struis doskonale pamięta tamte czasy. Pracował w lokalnej gazecie i często spotykał się z „pulchnym, niskim nastolatkiem, który już wtedy mówił jakby rządził światem”. Raiola zawsze wiedział pod kogo się podczepić, żeby zrobić krok naprzód. Struis w rozmowie ze szwedzkim „Expressen” opowiadał, że na początku kariery lubił przypisywać sobie zasługi za transfer Bergkampa do Interu, chociaż poleciał do Włoch tylko w roli tłumacza.

Podobnie było z transferem Bryana Roya do Foggi. Raiola spędził siedem miesięcy pomagając Holendrowi w malowaniu domu i załatwianiu najprostszych spraw. Nie był jeszcze samodzielnym agentem, ale już wtedy godzinami rozmawiał o piłce ze Zdenkiem Zemanem, trenerem Foggi. Wiedział, że zaraz pójdzie na swoje. I że musi mieć gracza, który będzie dla niego sprężyną. Olśnienia doznał, gdy zobaczył Pavla Nedveda. Dogadał się ze Spartą Praga. Zadzwonił do Zemana. Innymi słowy: stworzył w Italii piłkarza, który od tej pory w barwach Lazio był jego banerem reklamowym.

PRZESIADKA DO FIATA

Raiola nie lubi słyszeć, że miał w tym wypadku szczęście. Od dawna twierdzi, że szczęście sprzyja przygotowanym, a on przygotowywał się latami. Na pewno pomogło to, że na początku lat 90., zaraz po Euro 88’ kwitła moda na holenderskich piłkarzy. Gullit, van Basten albo Rijkaard robili poruszenie we Włoszech. On to bacznie obserwował i stał się łącznikiem między dwoma światami. Mając Nedveda mógł dowolnemu piłkarzowi z Holandii mówić: „Spójrz, też możesz grać w Serie A”. Tak poznał Zlatana Ibrahimovicia w 2004 roku.

Polecił mu go holenderski dziennikarz, Thijs Slegers. Zlatan usłyszał, że Raiola to „mafioso” i stwierdził, że to tym lepiej, bo to znaczy, że wie jak układać klocki w biznesie. Spotkali się w hotelu Okura w Amsterdamie. Szwed spodziewał się gościa w garniturze w prążki, a zobaczył grubego niechluja jakby żywcem wyciągniętego z rodziny Soprano. Raiola nie mówił długo, już po pięciu minutach wyciągnął kartkę z nazwiskami Vieriego, Inzaghiego i Trezegueta. „Każdy z nich ma ponad 20 goli. A ty ile masz? Pięć?” - śmiał się. To była rozmowa pełna napięć. Kto by pomyślał, że po prawie dwóch dekadach dalej będą razem i że obrobią świat piłki. Zlatan mówi, że nie byłoby go bez Raioli. Ale i Raiola ma świadomość, że bez Zlatana też by daleko nie pojechał.

Już podczas drugiej rozmowy Włoch kazał mu zdjąć złoty zegarek i zająć się pracą. Zlatan w autobiografii pisał, że nagle z Porsche Turbo przesiadł się do Fiata Stilo. Chodziło o to, by nie czuł się nasycony. Ale gdy kilka miesięcy później zmarnował karnego i odpadł z ćwierćfinału Euro, znowu wyładował złość na agencie. Raiola sprzedał go wtedy do Juventusu. Dogadał się z Luciano Moggim, który jeszcze dekadę temu mówił o Mino, że ten nigdy żadnego transferu do Włoch nie zrobi. Wściekł się, bo młody miał czelność zwrócić mu uwagę, że nie szanuje czasu innych ludzi. W latach 90. Moggi umówił się z nim na 11:30 i nigdy nie otworzył drzwi do biura.

RESTAURACJA MILIONERÓW

Pod tym względem Raiola reprezentuje drugi biegun. Szanuje czas piłkarzy i ich rodzin. Zawsze powtarza, że najważniejsza jest matka piłkarza. I że trzeba czynić ludzi weselszymi niż są. Rodzice chcieli, żeby był lekarzem. Astrolog powiedział mu, że zostanie kimś, kto da innym szczęście. Rody Turpijn, były piłkarz Ajaxu mówi, że Raiola nigdy nie patrzył na największych. Dla niego liczy się każdy zawodnik - nawet ten Turpijn, co przy negocjacjach z De Graafschap powiedział „Nikt mnie nie chce, to jest świetna pensja”. Wtedy Mino odparł: „Chyba żartujesz. Wiesz ile tutaj zarabiają inni?” i wstając od stołu, a po 20 minutach do niego wracając, załatwił mu kontrakt na resztę życia.

Raiola nie zmienił się zbytnio od czasów Amsterdamu. Mentalnie dalej jest w pizzerii. Zmienił się tylko zasięg jego oddziaływania. No i klientami nie są zjadacze spaghetti, tylko milionerzy w krótkich spodenkach. Raiola traktuje agencję jak restaurację. Zaprasza do stołu rodzinę, czyli piłkarzy. I potrafi nawijać z nimi całymi dniami, przełączając się między siedmioma językami. Czasem dzwoni Pogba, pokazać na Face Time nową nieruchomość. A czasem - to już historia sprzed lat - Mario Balotelli, spytać co robić, bo dom zaczyna mu płonąć. Raiola nawet w takich sprawach musi interweniować i mówić, żeby zadzwonił po straż pożarną. W rozmowie ze „Sport Tribune” opowiadał: „Nedved dzwonił raz na trzy miesiące. Zlatan pięć razy dziennie, a Mario dzwoni trzy razy w ciągu 10 minut”.

Każdy wywiad przynosi to samo. Mianowicie pytania o wizerunek, czyli o to, że - jak sam mówi - jest najbardziej oczernianym człowiekiem w Holandii zaraz po pedofilach. Z drugiej strony ta sama Holandia rok temu wybrała go najbardziej wpływową osobą w ich piłce, dalej byli Koeman i Cruyff, który choć nie żyje, wciąż jest klasyfikowany. Raiola wie, że polaryzuje. Ale wiedział to już jako dzieciak, gdy ojciec mówił mu: „Zawsze przygotuj się na najgorsze!”. Na walkę z Platinim i Blatterem, którego nazwał obłąkanym starcem. I na dzisiejsze tarcia z FIFA. On sam mówi, że jedyna FIFA, jaką uznaje, to ta z konsoli. Kilka dni temu wytoczył działa, mówiąc, że trzeba tę organizację zlikwidować. On i inni superagenci nie są dziećmi. Mają dziś większy wpływ na futbol niż kiedykolwiek i nie dadzą się tak łatwo temperować.

DOM AUKCYJNY LIVE

Mówił o tym Raiola w dyskusji z Jonathanem Barnettem, agentem m.in. Garetha Bale’a na łamach „The Athletic”. Oto, na jednym Zoomie w dwóch równoległych okienkach pojawili się wielcy branżowi gracze i wprost powiedzieli, co im leży na sercu. Raiola mówi: „Nie mogę znieść tego, że organizacja, której ludzie siedzą w więzieniu, chce regulować moje życie i interesy”. Zapowiada mocną walkę. I - już bardziej w żartach - mecz w pay-per-view między swoją stajnią a stajnią Barnetta. Gravenberch mógłby zagrać na Camavingę, Zlatan wyszedłby w ataku razem z Haalandem, a cały mecz - zdaniem Mino - obejrzałoby więcej ludzi niż finał większości dyscyplin.

Pięknie też opowiada Raiola o konstrukcji biznesu. Że zarabia dużo, ale nie za dużo, jeśli spojrzy się na cały rynek. Piłka rośnie wykładniczo. Jego ojciec był najlepszy w swojej branży, ale żył w bańce tysięcy guldenów, on żyje w świecie milionów i raczej euro. „Jeśli The Avengers zarabia dwa miliardy w jedenaście dni, to czy dziwi cie to, że główny aktor zgarnia 75 mln? Mógłby być dwa razy lepszym aktorem w Limburgu i nie zarobiłby nic. Nie liczy się to jak dobry jesteś, tylko to w jakim świecie funkcjonujesz” - mówił parę lat temu w „Voetbal International”.

Za chwilę znowu rozbije bank, to już pewne. Wraz z ojcem Erlinga Haalanda w czwartek przez 3 godziny i 40 minut rozmawiał w Barcelonie. Pobyt w Madrycie tego samego dnia trwał według Hiszpanów 28 minut krócej. Oni to wszystko liczą, relacjonują, puszczają fotki w świat, a miliony kibiców z oczami w smartfonie wędrują z nimi. W piątek ten sam trick miał zostać powtórzony w Londynie, ale angielskie restrykcje powiedziały „stop”.

Nie ma wątpliwości: to będzie wojna cenowa. Francesc Aguilar z „El Mundo Deportivo” napisał: „Najlepiej od razu postawcie tego Haalanda w domu aukcyjnym i zróbcie licytację na żywo!”. W świecie piłki tylko Raiola mógłby podchwycić ten pomysł. Póki co samolot z ojcem Haalanda wciąż lata nad Europą.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.