Święto półtora roku po klęsce. Dwa mecze, które spięły klamrą odbudowę Milanu

Zobacz również:Osobowość, pewność siebie, technika. Sebastian Walukiewicz i rok na wielki skok
Serie A
Marco Luzzani/Getty Images

Kompromitujące 0:5 przeciwko Atalancie wprawiło w ruch procesy, które wreszcie pchnęły podupadającego mediolańskiego giganta na dobre tory. Ciężko wywalczone 2:0 przeciwko Atalancie na tym samym stadionie ukoronowało znakomitą pracę, jaką rossoneri wykonali w ciągu osiemnastu miesięcy dzielących te dwa mecze.

Ta opowieść zaczęła się tuż przed wigilią 2019 roku na Gewiss Stadium w Bergamo. Odbijający się przez lata od jednego upokorzenia do drugiego, AC Milan tamtego wieczoru przekonał się, jak bardzo daleko odjechała mu już nie tylko europejska, ale i włoska czołówka. Gracze Atalanty fruwali nad boiskiem, od którego oni nie potrafili oderwać nóg. Pięciobramkowa klęska podsumowała koszmarne miesiące mediolańskiego klubu, który tamte święta spędził na jedenastym miejscu w tabeli. Nie tylko za największymi, lecz także za Cagliari, Parmą, Bolonią, czy Torino. Czternaście punktów za strefą Ligi Mistrzów, za którą mediolańczycy tęsknili od 2014 roku. Historia odbudowy Milanu symbolicznie zaczęła się wtedy. W momencie osiągnięcia dna. Kilkanaście dni później nowy trener Stefano Pioli dostał do odmłodzonej drużyny wsparcie dwóch charyzmatycznych liderów. Zlatana Ibrahimovicia z przodu i Simona Kjaera z tyłu. Półtora roku później na tym samym stadionie ta opowieść znalazła szczęśliwy finał: na Gewiss Stadium w Bergamo Milan przypieczętował powrót do europejskiej elity. Nie kuchennymi drzwiami, poprzez przystąpienie do samozwańczej Superligi. Sportowo, na boisku, poprzez pozbawienie Atalanty szansy na pierwsze wicemistrzostwo w historii i zgarnięcie samemu miejsca za plecami Interu.

ZWYCIĘSKI RAUSZ

Przybycie tamtej zimy Ibrahimovicia i Kjaera wprawiło tamtą drużynę w wielomiesięczny zwycięski rausz. Milan, zamiast zbierać kolejne oklepy, stał się na niemal rok nietykalny. Pomiędzy marcem a listopadem nie przegrał w żadnych rozgrywkach meczu, choć grał częściej niż jakakolwiek włoska drużyna, przebijając się od wczesnych rund eliminacji Ligi Europy. Najpierw ekipa wspierała się na potężnych barkach Ibrahimovicia, ale gdy Szweda zaczęło opuszczać zdrowie, jego dzieciaki radziły sobie i bez niego. Nawet gdy zespół zaczęły dopadać plagi kontuzji, eliminujące czasem po kilku ważnych graczy jednocześnie, Milan parł do przodu. W Serie A liderował nieprzerwanie przez cztery miesiące, dodając prawdziwości słowom Zlatana, który pod koniec poprzedniego sezonu stwierdzał, że gdyby był w Mediolanie od początku, jego zespół grałby o scudetto. Gdyby tytuły rozdawano za lata kalendarzowe, mistrzem Włoch 2020 byliby rossoneri. Nawet to, że w końcu zatrzymało ich w Lidze Europy rewelacyjne Lille, w niczym nie zachwiało ich pewnością siebie. W Serie A pierwszą od marca 2020 porażkę ponieśli dopiero na początku stycznia kolejnego roku. Wtedy nie pytano, czy Milan wróci do Ligi Mistrzów, lecz czy wytrzyma narzucone przez siebie tempo i naprawdę powalczy o mistrzostwo.

KONIEC BAJKI

Bajka zaczęła się jednak zderzać z rzeczywistością, a drużyna Piolego z każdym tygodniem krwawiła coraz wyraźniej. Zwycięstwa przychodziły jej z coraz większym trudem i były coraz rzadsze. Po pierwszej porażce nastąpiły kolejne. W ciągu pięciu tygodni od przegranej z Juventusem Milan przegrał cztery razy. O ile niepowodzenia z Interem i Atalantą jeszcze można było wytłumaczyć siłą rywali, o tyle lutowa porażka w La Spezii była już wyraźnym sygnałem, że Milan zaczyna jechać na oparach. A do mety pozostawało jeszcze sporo.

WIOSENNE SPOWOLNIENIE

O ile Milan z pierwszej połowy sezonu był zbieraniną młodych chłopców, którzy chcieli grać ofensywnie, z polotem i wyraźnie cieszyli się tym, co robią, o tyle w drugiej musiał błyskawicznie zejść na ziemię. Wciąż miewał bardzo dobre mecze, jak wyjazdowe z Romą, Juventusem, czy Torino, zresztą w skali całego sezonu na obcych boiskach nie miał sobie równych, ale przeplatał je coraz częstszymi wpadkami. W tabeli za 2021 rok od szczytu jest już bardzo daleko, zajmując dopiero szóste miejsce i mając na koncie aż siedem porażek. Tyle, ile Torino, które niemal do samego końca musiało drżeć o byt w lidze. Wszystko dało się jeszcze spokojnie załatwić, gdyby udało się przed tygodniem ograć u siebie niewalczące już o nic Cagliari. Ale Milan bezbramkowo zremisował z Sardyńczykami i doprowadził do znacznie bardziej, niż zamierzał, emocjonującego finiszu walki o Ligę Mistrzów.

GRA W KRZESŁA

Przed ostatnią niedzielą do rozdania były dwa miejsca, o które walczyli trzej chętni. Tańczyli jak na weselnej zabawie, wiedząc, że gdy ktoś wyłączy muzykę, jeden z nich będzie musiał pozostać na stojąco. Wiele wskazywało, że może to być Milan. Zadanie w ostatniej kolejce miał najtrudniejsze: jechał na mecz z Atalantą, dla której możliwość zdobycia wicemistrzostwa była wielką sprawą. Zadania Juventusu i Napoli z niewalczącymi już o nic Bolonią i Hellasem zdawały się znacznie łatwiejsze. Jednak Milan miał przynajmniej nad turyńczykami tę przewagę, że zależał wyłącznie od siebie.

MECZ WALKI

Tylko Juventus załatwił sprawę błyskawicznie i bez wątpliwości, tak, by móc przez resztę meczu grać z radiem przy uchu, czy raczej ze wzrokiem w smartfonie. Ustępujący mistrzowie Włoch potrzebowali potknięcia jednego z rywali, by ich strzelanina w ostatniej kolejce cokolwiek im dała. Milan w Bergamo zaprezentował wiosenną wersję siebie. Bez kluczowych postaci ofensywy. Bez polotu i ofensywnych zapędów, ale z wielką ambicją, dyscypliną i poświęceniem. Podłamana niedawną porażką w finale Pucharu Włoch Atalanta nie była sobą i z rzadka nacierała na bramkę Gianluigiego Donnarummy.

REGIONALNA ROZGRYWKA

Mecz, w którym najsprawiedliwszym wynikiem byłby bezbramkowy remis, rozstrzygnęły dwa spięcia w polu karnym. Najpierw wzięcie w kleszcze Theo Hernandeza, później zagranie ręką Robina Gosensa. Na Francku Kessim, któremu w tym sezonie już zdarzało się mylić z rzutów karnych, ciężar sakwy z pieniędzmi zależącej od jego strzałów, w żaden sposób nie zrobił wrażenia. Dwa razy trafił pewnie. Milan nie tylko awansował do Ligi Mistrzów, ale jeszcze wyrwał wicemistrzostwo po miesięcznej nieobecności na drugiej pozycji. Tak wysoko nie skończył ligi od 2012 roku. Po raz pierwszy od dekady mediolańskie kluby obsadziły dwie pierwsze pozycje. A że trzecia finiszowała Atalanta, Serie A okazała się w tym sezonie wewnątrzlombardzką rozgrywką. Stadiony, na których grają wszystkie trzy czołowe kluby, dzieli tylko sześćdziesiąt kilometrów.

TRZĘSAWKA NAPOLI

Mimo że Milan wykonał trudne zadanie, Juventusowi i tak udało się usiąść na krześle, bo zupełnie niespodziewaną pomocną dłoń wyciągnął do niego Hellas Werona. Zawodnicy Ivana Juricia, kilka poziomów niżej w tabeli, przeżywali podobny sezon jak Milan. W pierwszej części byli rewelacją, w drugiej, jadąc na oparach, trwonili dobre wrażenie. Z trzynastu ostatnich meczów wygrali jeden. Półtora miesiąca temu. W tabeli rundy rewanżowej wyprzedzili tylko trzech spadkowiczów. A jednak zdołali wykorzystać trzęsawkę Napoli w obliczu znakomitej szansy i urwali mu punkty. Gracze Gennaro Gattuso nie potrafili stwarzać żadnego zagrożenia, ale i tak w końcu wyszli na prowadzenie i na kilka minut wypchnęli Juventus spoza czołowej czwórki. Dokładnie na dziewięć, po których upływie goście doprowadzili do sensacyjnego wyrównania.

ASYSTA SZCZĘSNEGO

Znakomity indywidualnie sezon Piotra Zielińskiego ostatecznie nie zaprowadził więc jego drużyny z powrotem do europejskiej elity. Po spotkaniu powody do smutku miał też drugi Polak w nim uczestniczący, bo Paweł Dawidowicz, który w poniedziałek ma się stawić na zgrupowaniu reprezentacji Polski, musiał pod koniec pierwszej połowy opuścić boisko z kontuzją. Cieszyć się mógł za to Wojciech Szczęsny, który wraz z kolegami uniknął katastrofy, jaką byłby brak awansu do Ligi Mistrzów, a przy ostatnim golu sezonu turyńczyków zaliczył pierwszą w tych rozgrywkach asystę. Andrea Pirlo od początku podkreślał, że w jego futbolu bramkarz ma być bardzo ważnym elementem budowania akcji. Nie tylko pod tym względem końcówka rozgrywek uratowała mu sezon.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.