Fani w Nowym Jorku wreszcie widzą światełko w tunelu. Knicks wracają na mapę NBA

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
New York Knicks
Fot. Mike Stobe/Getty Images

Po raz pierwszy od ośmiu lat New York Knicks mogą się podobać. Wciąż daleko im do tego, by nawiązać do sukcesów lat 90. ubiegłego wieku, ale po latach upokorzeń i rozczarowań wreszcie w Nowym Jorku jest nadzieja. W jaki sposób się ona zrodziła?

Ostatni naprawdę dobry sezon Knicks to rozgrywki 2012/13. Na parkiecie m.in. Carmelo Anthony, Tyson Chandler czy Jason Kidd, na ławce trenerskiej Mike Woodson, a w dorobku 54 zwycięstw. Zabrakło sukcesu w fazie play-off – po tym klub jakby momentalnie się rozpadł. Kolejne lata przyniosły pasma porażek, złe decyzje kadrowe i kompletnie nieudaną przygodę Phila Jacksona w roli prezydenta klubu. Nie pomagał także właściciel James Dolan, którego określa się jako jednego z najgorszych w całej lidze.

Na domiar złego z prowadzeniem zespołu kolejno nie radzili sobie Derek Fisher, Kurt Rambis, Jeff Hornacek i David Fizdale. W międzyczasie zdawało się, że Knicks mijają się z każdą wielką gwiazdą, jaka pojawia się na rynku. Kibicom zostało już tylko tęsknić do lat 90. poprzedniego wieku, kiedy Knicks coś jeszcze w NBA znaczyli. Ich drużyna zeszła na margines i musiała zacząć od niemal zera.

PORZĄDKI NA GÓRZE

Zatrudnienie byłego agenta Leona Rose’a na stanowisku prezydenta klubu – na początku marca 2020 roku – było sporą niespodzianką. W dawnej roli był lubiany i szanowany, ale podejmował się zupełnie nowego wyzwania. Mówiono jednak, że to najmądrzejsza osoba w zarządzie Knicks od lat. Z jednej strony pochwała dla Rose’a, z drugiej przykry obraz jego poprzedników.

Nowy zarządzający szybko wziął się do pracy, porzucając słowa na rzecz czynów – do tej pory nie udzielił choćby jednego wywiadu. Do Nowego Jorku wziął ze sobą dwóch zaufanych pracowników: Williama Wesleya oraz Brocka Allera, którzy dołączyli do generalnego menadżera Scotta Perry’ego. Do kompletu brakowało trenera, który będzie w stanie uporządkować drużynę na parkiecie.

WYMARZONA PRACA

Tu w równaniu pojawił się Tom Thibodeau, którego Rose niegdyś reprezentował. Thibs był bez pracy i wielu myślało, że NBA mu uciekła. Że ewentualny powrót będzie musiał odbyć się nieco inaczej – najpierw rola asystenta, dopiero potem awans na główne stanowisko. Zamiast tego Rose mu zaufał i zaoferował wymarzoną od dawna pracę. Thibodeau wracał przecież do Nowego Jorku.

To tam już w 1996 roku – po epizodach w Minnesocie, San Antonio i Filadelfii – dołączył do sztabu Jeffa Van Gundy’ego. Prowadzenie Knicks było więc na szczycie jego listy marzeń, dlatego bez wahania przystał na propozycję. Nie bał się nawet Dolana, z którym od lat 90. ma całkiem dobre relacje. Po kilku latach Thibs wracał więc do NBA, choć wątpliwości wokół jego osoby nadal było dużo.

Thibodeau zaczynał w Chicago, gdzie po raz pierwszy otrzymał szansę sprawdzenia się w roli głównego trenera. Wcześniej zasłynął w Bostonie jako znakomity asystent Doca Riversa od defensywy. Jego przygoda w Wietrznym Mieście była jak najbardziej udana (wśród sukcesów m.in. finały konferencji już w pierwszym sezonie), choć nieporozumienia z zarządem klubu doprowadziły do smutnego jej końca.

Z CHICAGO DO MINNEAPOLIS

Thibs znalazł sobie jednak nowe miejsce, a tam nie musiał już martwić się zarządem – sam stał się osobą decyzyjną, przyjmując posadę szkoleniowca oraz menadżera Timberwolves. Już po pierwszym sezonie sięgnął więc po starego znajomego Jimmy’ego Butlera, który w Minneapolis miał wychować młody trzon drużyny. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, a skrzydłowy po roku zażądał transferu.

Wolves z Butlerem w składzie byli jednak co najmniej bardzo dobrym zespołem. Można to zresztą powiedzieć o wszystkich drużynach Butlera w ostatnich latach, który przecież kilka miesięcy temu poprowadził Heat do finałów. Głównie dzięki niemu Wilki po raz pierwszy od 2004 roku wróciły do fazy play-off. Gdy grał – Wolves wygrywali (bilans 37-22), ale gdy pauzował przez kontuzje, to nie było już tak różowo (bilans 10-13).

Thibodeau nie potrafił stworzyć w Minneapolis dobrej obrony, a do tego Tiiczbmberwolves patrzyli tylko, jak niemal cała liga wyrywa się do przodu z coraz większą liczbą trójek oddawanych w każdym meczu. Thibs w tej nowej rzeczywistości nie potrafił się odnaleźć. Doszły do tego problemy wewnątrz klubu (także z właścicielem Glennem Taylorem) i Timberwolves pożegnali się z trenerem/GM-em w połowie sezonu 2018/19.

KOMUNIKACJA TO PRIORYTET

Rękę do swojego byłego klienta wyciągnął Rose i w ten sposób Knicks zyskali nową tożsamość, a nowy prezydent Knicks skompletował swoją grupę ludzi. Wesley jako człowiek od relacji, Aller jako człowiek od myślenia strategicznego. No i Thibs jako trener, który ma dużo do udowodnienia. Razem z tą trójką podjął się trudnego wyzwania – tym bardziej że w ostatnich latach to Brooklyn Nets byli „tym lepszym” nowojorskim zespołem.

W tej grupie zaufanych przyjaciół nadal zdarzają się kłótnie, choć sam Thibodeau twierdzi, że takiego poziomu komunikacji nie doświadczył nigdzie indziej. – Rozmawiamy w zasadzie codziennie o wszystkim, co dotyczy teraźniejszości i przyszłości klubu – powiedział szkoleniowiec NYK w rozmowie z ESPN. Ostatecznie decydujące słowo i tak należy do Rose’a, który nadal wykorzystuje koneksje zdobyte w trakcie pracy w agencji CAA.

Po części także z tego powodu do Nowego Jorku w ubiegłorocznym drafcie trafili Obi Toppin (reprezentowany przez CAA) oraz Immanuel Quickley (z uniwerku Kentucky, którego trenerem jest John Calipari, czyli kolejny klient CAA). Thibodeau z kolei do Nowego Jorku wziął ze sobą zaufanych asystentów, w tym Andy’ego Greera, z którym współpracował już w Chicago, jak również swoją prawą rękę w osobie Daisuke Yoshimoto.

Do dyspozycji ma też znajomych weteranów, czyli Taja Gibsona i Derricka Rose’a. To dla nich w 2011 roku ściągał do Bulls doświadczonych graczy w typie Kurta Thomasa czy Briana Scalabrine’a. To oni mieli stanowić przedłużenie sztabu trenerskiego i objąć opieką młodych wtedy zawodników Bulls. Dziś natomiast to Gibson i Rose zatoczyli pełne koło i przejęli rolę mentorów dla nowojorskiej młodzieży.

RANDLE W CENTRUM

Na ławce trenerskiej nowojorskiego zespołu pojawił się również Kenny Payne, były asystent Calipariego w Kentucky, który w dużej mierze stoi za sukcesem Juliusa Randle'a w trwających rozgrywkach. Sam zawodnik mocno starał się zresztą o to, by Payne przyjął posadę w Knicks (skrzydłowy współpracował z nim właśnie na uniwersytecie Kentucky w sezonie 2013/14), a dziś obaj zbierają tego owoce.

Randle w pierwszej połowie marca zadebiutował w Meczu Gwiazd, rozgrywając najlepszy jak do tej pory sezon w karierze. Umieszczony przez Thibodeau w centralnym miejscu ofensywy Knicks – tak jak swego czasu Joakim Noah w Chicago – znakomicie odnalazł się w nowej roli. Pomogła praca nad ciałem, zmiana diety oraz poprawa rzutu, co otworzyło 26-latkowi znacznie więcej możliwości.

Randle pozostaje najlepszym graczem Knicks, ale wokół niego siebie ma bardzo ciekawą mieszankę młodych talentów i doświadczonych weteranów. W zasadzie co mecz błyszczy ktoś inny – począwszy od 21-letniego Quickleya, przez o rok młodszego RJ Barretta, aż do 32-letniego Rose’a, który znacząco wpłynął na poprawę ofensywy zespołu. Dość powiedzieć, że od czasu transferu atak NYK plasuje się dokładnie w połowie stawki.

Knicks sięgając zresztą po byłego MVP pokazali, że wcale nie chcą zatankować po niski wybór w tegorocznym drafcie. Wręcz przeciwnie – dla Nowojorczyków liczy się walka o fazę play-off, a docelowo także budowa odpowiedniej kultury wewnątrz klubu. Tej z pewnością brakowało w ostatnich mocno rozczarowujących latach, co objawiło się także kolejnymi niepowodzeniami w staraniach na rynku wolnych agentów.

DEFENSYWA PRZEDE WSZYSTKIM

Thibodeau zaczął budowanie tej kultury od tego, co swego czasu potrafił najlepiej: zbudowania dobrze funkcjonującej obrony. Nie jest to łatwe zadanie, mając w zespole sporo młodych zawodników, lecz gracze Knicks z chęcią przyjęli wyzwanie. W składzie znalazło się kilku bardzo charakternych graczy, którzy szybko pokochali styl Thibsa. Liderem został Randle po znakomicie przepracowanym okresie letnim.

Pociągnął za sobą młodych, w tym wspomnianych już Quickleya (fantastyczny floater) czy Barretta (znaczna poprawa rzutu), ale też na przykład Mitchella Robinsona. Skoczny podkoszowy ostatnio zmaga się jednak z problemami zdrowotnymi. Pod jego nieobecność defensywa Knicks jest nieco mniej efektywna, ale w przekroju całego sezonu NYK i tak wciąż mogą pochwalić się obroną z TOP 10 ligi.

PRZEWIDYWANIA DO KOSZA

Nowojorczycy nadal nie rzucają zbyt wiele za trzy. Pod względem średniej trójek plasują się pod koniec trzeciej dziesiątki, choć w marcu ten trend nieco się zmienia. Z bilansem oscylującym w okolicach 50 procent zwycięstw nadal liczą się w walce o fazę play-off. To dlatego mało minut (lub wcale) dostają Toppin czy Kevin Knox, a Thibs ufa przede wszystkim tym zawodnikom, którzy pomagają drużynie wygrywać tu i teraz.

Jest w tej grupie także 20-letni ledwie Barrett, który średni spędza na parkiecie około 34 minut na mecz. Nadal zdarzają mu się słabe występy, ale leworęczny obrońca z Kanady z tygodnia na tydzień wygląda coraz lepiej. Wszystko to sprawia, że Knicks prawie pobili już przedsezonowe zapowiedzi bukmacherów, którzy typ over/under na liczbę ich wygranych w tym sezonie ustawili na poziomie ledwie 21 wiktorii.

Oczywiście droga do rywalizacji z najlepszymi na Wschodzie jeszcze daleka. Ale od czegoś trzeba było w Nowym Jorku zacząć, by światełko w tunelu w ogóle zobaczyć. Knicks musieli przestać być chłopcem do bicia i odzyskać znaczenie, jakie niegdyś w NBA mieli. Powrót do fazy play-off to krok w dobrą stronę. W związku z tym dodanie Rose’a to może nie być ostatni ruch Nowojorczyków przed trade deadline, które przypada na 25 marca.

Najważniejsze i tak będzie jednak przyciągnąć do Wielkiego Jabłka więcej talentu – i to takiego z najwyższej półki. Już nie tylko młodych, ale przede wszystkim uznanych zawodników, którzy pozwolą drużynie wejść na kolejny poziom. Pomóc w tym mogą wybory w drafcie (dziewięć w pierwszej rundzie na przestrzeni kolejnych siedmiu lat) oraz sporo miejsca w salary cap, czyli dwie kolejne rzeczy, które kibicom Knicks dają dużo optymizmu.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.