Superliga się skończyła, nim zdążyła się zacząć, ale to nie koniec. Powrót dawnego układu nie jest triumfem (KOMENTARZ)

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Prezydent UEFA Aleksander Ceferin
Fot. Paul Murphy/UEFA via Getty Images

Gdy w nocy z niedzieli na poniedziałek gruchnęło oficjalną informacją o powstaniu Superligi, sami pytaliśmy w naszym tekście: czy to koniec futbolu w dotychczasowym kształcie, czy jednak tylko straszak? Po 48 godzinach wyszło na to drugie. Perspektywa rozgrywek dla finansowej elity się oddaliła, jednak dawne problemy zostały. Upadek ESL to odpowiedni moment, by rozliczyć wszystkie strony sporu.

Spoczywaj w pokoju, Superligo.

To były dwa dni pełne zwrotów akcji, buzujących emocji, protestów i gestów, zakończonych ostatecznie rezygnacją z mocarstwowych planów. Futbol – zdaniem wielu – został jednak ostatecznie uratowany. Trudno jednak ratowaćgo przed czymś, co jeszcze nie powstało i choć pozytywnym obrazkiem jest to, że upadek Superligi to wsłuchanie się w głos fanów, to tak naprawdę nie rozwiązuje on niczego.

Ale od początku. Zaczęło się od doniesień o tym, że kilku członków Superligi – po tym, jak odebrała ją opinia publiczna – zaczęło mieć wątpliwości. Dowiedzieliśmy się m.in., że niektóre kluby nie były w pełni przekonane do idei, ale ostatecznie podpisały porozumienie. Rzekomo były to Chelsea i Manchester City, co miałoby sens, biorąc pod uwagę, że wszystko zaczęło się od londyńczyków.

Kibice The Blues zebrali się pod Stamford Bridge przed wtorkowym meczem z Brightonem, blokowali klubowy autokar i łagodzić sytuację musiał świeżo upieczony dyrektor Chelsea, Petr Cech. W nagraniach słychać, jak przekonuje kibiców, że potrzeba czasu, niejako sugerując, że zaraz to wszystko się zawinie. Miał rację. Za chwilę podano, że klub Romana Abramowicza wypisuje się z zabawy, za chwilę taką samą decyzję podjął Manchester City, następnie Atletico, a do północy o rezygnacji z udziału w Superlidze poinformowały wszystkie angielskie kluby, jakie w niedzielę podpisały oświadczenie, a wraz z nimi kolejne.

Cała sytuacja zakrawa o farsę. Nie dlatego, że do utworzenia Superligi ostatecznie nie dojdzie, a z uwagi na to, jak całe przedsięwzięcie się odbyło. Dwanaście klubów, które podpisały niedzielne ustalenie, przeszło drogę niczym ten pies z memów – od napiętej klaty i muskułów, pokazywania swojej siły i pozycji ponad resztą do skulenia się w sobie i rezygnacji po 48 godzinach. Florentino Perez dopiero co mówił, że być może mecze muszą być krótsze, by futbol zyskał widzów i cel osiągnął – Superliga okazała się najszybszymi rozgrywkami w historii.

To były przedziwne dwa dni. Rozzłoszczonej opinii publicznej na pożarcie rzucono piłkarzy i trenerów, a oficjalne klubowe strony nawet nie cytowały ich odpowiedzi na pytania o Superligę. Ole Gunnar Solskjaer miał o wszystkim dowiedzieć się kilkanaście minut przed pierwszym gwizdkiem niedzielnego spotkania z Burnley i nawet nie wiedział, co odpowiadać dziennikarzom, którzy w trakcie meczu śledzili rozwój wypadków w mediach społecznościowych. Nikt o niczym nie uprzedził zawodników, ci dopiero po pewnym czasie zaczęli wyrażać swoje zdanie, a panowie w garniturach, którzy o wszystkim postanowili, schowali się w ciszy. Brylował tylko Florentino Perez.

Trudno powiedzieć, czy tu był jakiś plan. Jak na rzekome długie miesiące negocjacji i ustaleń, których efektem było niedzielne oświadczenie, rozsypało się to wszystko bardzo szybko, gdy tylko pojawiły się pierwsze groźby UEFA i FIFA oraz sprzeciw kibiców. Potężny sojusz miliarderów przetrwał tylko chwilę, okazało się, że nic tu nie zostało przygotowane i cały projekt wyglądał niczym spisany na kolanie. Z drugiej strony przecież Superliga miała mieć zapewnione finansowanie przez bank JP Morgan, umowę na transmisje z DAZN i chciała ruszać w sierpniu – to całkiem ambitne założenia jak na coś, co uznano za prowizorkę. Przepięknym podsumowaniem jest środowa okładka Corriere dello Sport z zajawką wywiadu z Andreą Agnellim, który tłumaczy zalety Superligi.

Czy dało się to przewidzieć? – Niech wszyscy się pozłoszczą, zostawią mnóstwo komentarzy w mediach społecznościowych, kluby niech naczytają się obelg, a później wszyscy spotkają się przy jednym negocjacyjnym stole, uzgodnią nowy format Champions League i odłożą pałkę w postaci Superligi na kilka lat, gdy znów trzeba będzie pogrozić władzom – pisaliśmy w tekście z niedzieli na poniedziałek i to się w jakiejś części sprawdziło. Aleksander Ceferin już powitał kluby, które zrezygnowały z Superligi, „z powrotem w rodzinie UEFA”, a dopiero grzmiał z ambony na poniedziałkowym szczycie federacji. Pomysł pewnie jeszcze odżyje, szczególnie, jeśli wrócimy do dawnego układu, bo dynamika od lat jest taka, że koniec końców Superliga powstanie. Może w 2030 roku, może w 2045, ale kiedyś nas to czeka, o ile nie nastąpi jakiś zwrot.

Zostańmy jednak w 2021, bo upadek tej inicjatywy dziś nie rozwiązuje problemów światowego futbolu. Powrotu do statusu quo nie da się traktować jako sukcesu. To, że nowe rozgrywki przemknęły niczym kometa, to moment triumfu UEFA i FIFA i jeśli w całym tym układzie mamy traktować te dwie federacje jako tę dobrą stronę, to znaczy, że coś zdecydowanie poszło nie tak.

Na razie jednak balonik pękł, a jego huk pociągnął za sobą ofiary. Ed Woodward stracił stanowisko dyrektorskie w Manchesterze United i choć klub podaje, że to wszystko było już zaplanowane wcześniej i do zmiany dojdzie po sezonie, to timing nie mógł być przypadkowy.Można było zacząć łączyć kropki. Przecież obok Agnellego (o którym też pojawiły się informacje, że stracił posadę, ale zostały zdementowane) mieli być obok Pereza najważniejszymi osobami w zarządzie Superligi, a ostatecznie prezes Realu Madryt został ze swoimi barwnymi wypowiedziami jak Jan Himilsbach z angielskim.

Skoro o tym języku mowa, to jest tam takie powiedzenie: put your money where your mouth is. W luźnym tłumaczeniu: poprzyj to, co mówisz, czynami. Nie rób z gęby cholewy. Dlatego jeżeli nasłuchaliśmy się z ust Aleksandra Ceferina o tym, że Superliga zniszczy piłkę nożną i zabije cały romantyzm, to niech szef UEFA nam teraz ten rzekomy romantyzm pokaże. Bo chyba nie miał na myśli, że zawierać go będzie nowy format Ligi Mistrzów, przyklepany w cieniu zamieszania w poniedziałek, który poszerza stawkę z 32 do 36 klubów, zrywa z fazą grupową, przechodzi na system szwajcarski i gwarantuje najmocniejszych w Europie pewne miejsce? Szczególnie, że podobno federacja ugięła się i zaoferuje najbogatszym jeszcze większe wpływy, by ci nie tworzyli swoich rozgrywek. Skoro problemem jest chciwość, to rzucanie tym klubom jeszcze większych pieniędzy nie brzmi jak najlepsze rozwiązanie.

Szybki upadek Superligi to dobry moment, by wcisnąć pauzę. Skoro skończyła się ona zanim się zaczęła, to trzeba faktycznie zabrać się za naprawdę piłkarskich struktur. Całe zamieszanie najdobitniej pokazało bowiem, w jak dużym kryzysie przywództwa znalazł się futbol.

UEFA i FIFA triumfują i karmią nas okrągłym słówkami o zwycięstwie futbolu, a przecież same niszczą go od lat. Kto został przyłapany na skandalach korupcyjnych? Kto rozszerzył międzynarodowe turnieje do 24 (Euro) i 48 ekip (mundial), stworzył gloryfikowane sparingi pod szyldem Ligi Narodów czy podjął decyzję o organizacji MŚ w Katarze? Gdy Gianni Infantino wychodzi przed kamery i mówi, że Katar „poczynił duże postępy w kwestii praw człowieka”, trudno reagować inaczej niż zdegustowaniem.

Skompromitowali się wszyscy. Dwunastu rewolucjonistów chciało pokazać moc i udowodnić, że plany Superligi trzeba traktować serio, tymczasem ich szarżę będziemy wspominać wyłącznie z politowaniem. To samo z UEFA i FIFA. Tylko naiwniak uwierzy w ich szczere intencje. Pod ostrzałem znajdą się także właściciele klubów Big Six i Anglicy zaczną teraz debatować, czy przypadkiem nie popełnili błędu, dopuszczając do Premier League szejków, oligarchów i biznesmenów z amerykańskich lig zawodowych. Już zaczęły się apele, że to owszem dobrze, że wycofali się z tego pomysłu, ale teraz powinni wycofać się całkowicie, bo w oczach wielu kibiców są skończeni. Tyle że trudno to sobie wyobrazić. Chociażby tacy Glazerowie rzucili Woodwarda na pożarcie, wiedząc zapewne, że nie jest popularny wśród fanów MU i znaleźli temat zastępczy, a sami dalej będą mogli doić klubową kasę.

Z całej afery koniec końców wyłania się smutny obraz z UEFA i FIFA na straży jakiejś wymyślonej moralności i czystości piłki. Zwycięstwo najgłośniej proklamują dziś ci, którzy sami doprowadzili do takiego pęknięcia. Niesmaczne jest też kreowane klubów pokroju PSG na zbawców futbolu, podczas gdy same są częścią problemu. Dlatego zakończenie krótkiego żywota Superligi nie będzie żadnym punktem zwrotnym, jeśli nie pociągnie za sobą naprawy dotychczasowego porządku.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.