Stłumiona radość City. Dortmund pokonany, ale demony wciąż krążą nad Guardiolą

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Liga Mistrzów
Matt McNulty - Manchester City/Manchester City FC via Getty Images

Rywalizacja, która wydawała się dla lidera ligi angielskiej spacerkiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak odmiennie radzą sobie obie drużyny w swoich krajach, okazała się znacznie bardziej wyrównana. Manchester City ma minimalną zaliczkę, ale do Dortmundu poleci nie przypieczętować awans, lecz dopiero go wywalczyć. A to ma prawo wywoływać w kibicach tej drużyny niemiłe skojarzenia z poprzednich lat.

Były w ostatniej dekadzie lata, w których Manchester City niekoniecznie byłby faworytem starcia z Borussią Dortmund. Ale nie było ani jednego momentu, w którym obie drużyny byłyby od siebie oddalone bardziej niż obecnie. Podczas gdy Anglicy mkną po mistrzostwo, omijając wszelkie kryzysy, zachwycając lekkością i mając najmniej problemów spośród najpoważniejszych kandydatów do wygrania Ligi Mistrzów, o tyle Niemcy powoli żegnają się mentalnie z udziałem w kolejnej edycji tych rozgrywek. Są w lidze na piątym miejscu, ze stratą siedmiu punktów do czwartej pozycji. W lecie będą musieli sprzedawać gwiazdy. Nowy trener i nowy dyrektor sportowy rozpoczną pracę od działania ze związanymi rękami. A w mediach zadawane są pytania, czy model Borussii, oparty na ściąganiu utalentowanych młodych piłkarzy z całego kontynentu i wypuszczaniu ich na najwyższą półkę, właśnie do takich Manchesterów, nie dobrnął właśnie do ściany.

DORTMUND NA WYŻYNACH

Magia futbolu, nawet pandemicznego, toczonego przy pustych trybunach i nawet współczesnego, potęgującego nierówności, polega jednak na tym, że tu historia księcia i żebraka jest odgrywana dość często. Podczas gdy wielu spodziewało się podobnego spacerku City, jak w poprzedniej rundzie z Borussią Moenchengladbach, rozbitą w dwumeczu czterema bramkami, dortmundczycy wznieśli się w Manchesterze na wyżyny. Pokazali, że wciąż potrafią. Może nie tydzień w tydzień. Może nie w każdych okolicznościach. Ale są takie dni, gdy nadal są w stanie stanąć naprzeciw jednej z najlepszych drużyn w Europy i rzucić jej wyzwanie. Jednocześnie pokazali też jednak, dlaczego są w lidze na piątym miejscu i dlaczego mają tak wielkie problemy. To właśnie te braki sprawiły, że na końcu cieszył się jednak Manchester.

ZŁE WSPOMNIENIA

Jedynym, co w jakikolwiek sposób mąciło przedmeczowy spokój kibiców „The Citizens”, była niedawna przeszłość. Świadomość, że to, co w lidze, u Pepa Guardioli w ostatnich latach niekoniecznie przekłada się na to, co w Europie. Co z tego, że Borussia nie wyglądała na przeszkodę, której trzeba by się wielce obawiać? Olympique Lyon jedną, Tottenham dwie, Liverpool trzy i AS Monaco cztery edycje temu też przed wejściem na boisko na takie nie wyglądały. Jako że ta zadziwiająca niemoc dopadała City wcale nie w zaawansowanych fazach Ligi Mistrzów, lecz właśnie na poziomie ćwierćfinałów, lub nawet wcześniej, stanowiło przestrogę, by Borussii nie lekceważyć. Z drugiej jednak strony, by nie uczynić jej silniejszą, niż jest. W poprzednich latach właśnie przekombinowanie trenera, nagłe zmienianie składu lub taktyki, niby w celu zneutralizowania atutów rywala, ale w rzeczywistości wytrącające własne, stanowiło dla City największy hamulec. I już samo to, że Hiszpan wystawił na Dortmund ten sam skład, co w poprzedniej rundzie, mogło podziałać na kibiców kojąco.

Manchester City v Tottenham Hotspur - Premier League
Fot. Rui Vieira / Pool via Getty Images

PROBLEM DOŚWIADCZONYCH

Długo nie zapowiadało się, że gospodarze mogą mieć jakiekolwiek problemy. Wprawdzie Dortmund zaczął dość odważnie i to on rozegrał pierwszą ciekawą akcję, zakończoną strzałem świetnego Jude’a Bellinghama, ale błyskawicznie objawił się ewidentny słaby punkt Borussii. Tak ewidentny, że drużyna formatu „Obywateli” nie mogła go nie wykorzystać. Wiele mówiło się w ostatnich dniach o strukturalnym problemie Dortmundu, który nie ma sobie równych w diagnozowaniu talentu u nastolatków, natomiast notorycznie pudłuje z transferami piłkarzy mających drużynie dać stabilność i doświadczenie. Stanowczo zbyt wielu ukształtowanych graczy w wieku 25-30 lat, przynosi Borussii więcej problemów niż pożytku. Sprawa tyczy się właściwie każdej formacji. Od zawodzących bramkarzy, przez Nico Schulza, czy Thomasa Meuniera, po Emre Cana, czy Juliana Brandta. To powoduje rozdźwięk w samej drużynie i zaburza hierarchię. Liderami są 20-latkowie, jak Erling Haaland czy Jadon Sancho, a tymi, po których trzeba notorycznie naprawiać szkody, ci, którzy mieli dawać młodszym oparcie i dobry przykład. W Manchesterze jednym z takich problemów po raz kolejny okazał się Can.

ZNAKOMITY BELG

Reprezentant Niemiec zaczął mecz od dwóch fatalnych strat w rozegraniu i natychmiast został przez gospodarzy otoczony wnikliwą uwagą przy zakładaniu pressingu. Przez co mylił się jeszcze częściej. Odbiór Riyada Mahreza na środku boiska, w momencie, gdy większość drużyny rywali była ustawiona do budowania ataku, pozwolił Manchesterowi zaskoczyć Borussię z kontry. Algierczyk, który rozpoczął akcję, sekundy później pomógł ją wykończyć, wystawiając piłkę Kevinovi De Bruynemu. Belg był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem meczu. W końcówce to jego wspaniałe otwierające podanie do Ilkaya Guendogana pozwoliło drużynie uniknąć jeszcze większych stresów przed rewanżem. Już dużo wcześniej powinien był zresztą mieć na koncie asystę, gdy idealnie wystawił piłkę Philowi Fodenowi, który z bliska trafił w Marwina Hitza.

SĘDZIOWSKIE KONTROWERSJE

Gol w pierwszych 20 minutach meczu powinien był Manchesterowi ułatwić zadanie. Ale gospodarze też nie byli do końca sobą. Grali ze świadomością, że na tym poziomie każdy błąd kosztuje i trochę zdjęli nogę z gazu w porównaniu do tego, do czego przyzwyczaili. Niewiele mieli momentów podkręcenia tempa i wciśnięcia rywali do kotła. Wydawało się jednak, że i tak dostaną od przeciwników prezent, bo po zagraniu Cana we własnym polu karnym sędzia początkowo podyktował rzut karny dla gospodarzy. Jednak powtórki pokazały, że o kontakcie nie było mowy. Oczekiwanie na decyzję arbitra oglądającego zapis z kamer wydawało się kluczowym momentem meczu, bo karny na 2:0 na tak wczesnym etapie pewnie zamknąłby emocje. Okazało się jednak, że znacznie ważniejsze i bardziej kontrowersyjne zdarzenie miało miejsce chwilę później. W drugim polu karnym. Opinie w kwestii tego, czy Bellingham zabrał piłkę Edersonowi nieprzepisowo, są podzielone. Ale największe pretensje do rumuńskiego sędziego można w tej sytuacji mieć o to, że przerwał akcję jeszcze zanim piłka wpadła do bramki City, odbierając sobie szansę obejrzenia starcia raz jeszcze.

GROŹNY PORTUGALCZYK

Walcząca z poczuciem krzywdy Borussia wcale nie wyszła jednak na drugą połowę jak na ścięcie. Nie panikowała pod presją rywali. Nie czyhała tylko na kontrataki i stałe fragmenty gry, lecz sama potrafiła czasem przeprowadzić atak pozycyjny. Przez większość meczu miała problem, by dostarczyć piłkę do Haalanda, ale tuż po przerwie w końcu się to udało. Mahmoud Dahoud, rozgrywający kolejny dobry mecz w tej edycji Ligi Mistrzów, genialnym prostopadłym podaniem uruchomił norweską gwiazdę, która przegrała pojedynek z Edersonem. Dortmund pokazał jednak, że też potrafi być groźny. Świetne podania Raphaela Guerreiro, najlepszego w ekipie BVB, za linię obrony City, też kilkakrotnie mogły się skończyć znakomitymi sytuacjami.

PRZECIEKAJĄCY GOŚCIE

Niezłe wrażenie, jakie pozostawiała na boisku lidera Premier League piąta drużyna Bundesligi, nijak nie przekładało się jednak na szanse wyeliminowania Manchesteru. Sam wynik 1:0 był dla gospodarzy korzystny. W każdej z poprzednich nieudanych prób podboju Europy z Guardiolą jego drużyna traciła jakiegoś gola u siebie. Wygrana do zera, nawet minimalna, stawiałaby ją w naprawdę dobrym położeniu. Zwłaszcza że w powietrzu wisiał drugi gol. Foden coraz bardziej upokarzająco ogrywał Mateu Moreya, Ansgar Knauff, nastolatek, którego Edin Terzić wyciągnął z rezerw i wystawił w pierwszym składzie, po oglądaniu go jedynie przez 44 minuty na poziomie pierwszej drużyny, nie dawał już prawemu obrońcy tyle wsparcia, co w pierwszej połowie. Trener Borussii zmianami sygnalizował, że raczej broni wyniku, niż stara się go zmienić. Ofensywnie myślącego Dahouda zastąpił typowo defensywnym Thomasem Delaneyem, wzmacniając środek pola. Przeciekającą prawą stronę starał się łatać Meunierem.

POZYCYJNY DORTMUND

To jednak właśnie w tej fazie gościom udało się przeprowadzić atak, który zmienił odbiór całego meczu. Jak Manchester strzelił po kontrataku, tak Borussia zrobiła to po ataku pozycyjnym. Piłka prowadzona jak po sznurku z własnej połowy, w momencie, gdy trafiła do Bellinghama, nabrała tempa. Po szybkiej wymianie podań Haalanda z Marco Reusem kapitan nie spudłował w sytuacji sam na sam z bramkarzem, co w tym sezonie nieczęsto mu się udaje. Norweg, niegrający wielkiego meczu, sprawdził się tym razem jako asystujący. A młodzi ze starymi przynajmniej na chwilę znów zaczęli w Dortmundzie tworzyć jedną, współpracującą ze sobą, drużynę.

WINNY ZMIENNIK

Borussia nie dowiozła jednak wyniku, który przed rewanżem dawał jej minimalną przewagę, bo przecieka. Ciągle w tych samych miejscach. Pierwszą bramkę ewidentnie zawalił Can, a drugą Meunier, który — choć wprowadzony chwilę wcześniej — nie nadążył za Guendoganem. Ratunkiem mogło być jeszcze wnikliwe przyglądanie się powtórkom, ale Mats Hummels, o dziwo wyglądający w parze stoperów słabiej od Manuela Akanjiego, minimalnie złamał linię spalonego. Guardiola mógł się więc po gwizdku cieszyć i uśmiechać, podczas gdy Reus wściekał się i przeklinał. Manchester City nie przestaje być faworytem i wypracował sobie w pierwszym meczu minimalną zaliczkę, lecz po rozpoczęciu ćwierćfinałowej rywalizacji już wiadomo, że o spacerku nie ma mowy. Na rewanż faworyt pojedzie nie dopełnić formalności, lecz wywalczyć awans. Jeśli kibice Manchesteru City mają się czegoś obawiać w najbliższym tygodniu, to przede wszystkim tego, by Pep Guardiola po trudnym pierwszym starciu z Dortmundem, znów nie wyciągnął wniosków, które doprowadzą do niespodziewanej katastrofy. Bo te demony wciąż gdzieś nad jego drużyną wiszą.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.