Premier League będzie ciekawsza. Slaven Bilić - idealny kompan do piwa, który przywrócił West Bromowi elitę

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
GettyImages-1226235252.jpg
Fot. Dave Howarth - CameraSport/Getty Images

Nie było go w Premier League przez trzy lata. Teraz jednak wraca. Slaven Bilić odmienił West Brom i znów jest menedżerem klubu z angielskiej elity, czyli miejsca, które kocha w świecie futbolu najbardziej.

Jeśli oceniać w ramach kategorii "trener, z którym najchętniej poszedłbym na piwo", Premier League właśnie zyskała mocnego kandydata. Syn prawnika, dawny gitarzysta i miłośnik brytyjskiej muzyki rockowej. Świadek wojny na Bałkanach, medalista mistrzostw świata z reprezentacją, były gracz klubów w Anglii i Niemczech i trener drużyn z Rosji, Turcji, Premier League i Arabii Saudyjskiej. Selekcjoner reprezentacji Chorwacji. Przez chwilę również ekspert telewizyjny. Tematów do rozmowy przy kuflu na pewno by nie zabrakło.

Slaven Bilić właśnie wprowadził do elity West Bromwich Albion, odrywając od drużyny łatkę niedzielnego klubu drwali. To już nie jest zespół Tony'ego Pulisa z obrońcami po 35. roku życia, trzema defensywnymi pomocnikami i grą na lagę w pole karne. Świadczy o tym 77 goli - druga najwyższa liczba w tym sezonie Championship - i masa kreatywnych, bramkostrzelnych piłkarzy na ofensywnych pozycjach z Matheusem Pereirą, najlepszym asystentem tego sezonu, na czele.

Już samo to jest dla Bilicia sporym osiągnięciem. Chorwat to piąty menedżer WBA od zwolnienia Pulisa i człowiek, który w końcu ustabilizował tam sytuację. Mimo że miał bardziej lukratywne oferty, przyszedł na The Hawthorns. Jak sam później opowiadał, kiedy przez kilka miesięcy pozostawał bez pracy po przygodzie w Arabii Saudyjskiej, wypisał sobie siedem klubów, w których chętnie wróciłby na karuzelę. - Wierzcie lub nie, ale West Brom był na samym szczycie tej listy - przekonywał. Gdy więc przyszła stamtąd oferta, nie wahał się. Nie mogło być inaczej, skoro wzywały Wyspy.

ANGLOFIL Z DALMACJI, PRZYJACIEL GWIAZDY NBA

Kariera Bilicia jest nierozerwalnie związana z Anglią. Najpierw jako piłkarz rozegrał prawie 80 spotkań w Premier League w barwach West Hamu i Evertonu. Szczególnie w tym pierwszym klubie cieszył się szacunkiem kibiców i kolegów z drużyny. Pasował do wizerunku piłkarza Młotów. Grając w Londynie zaprzyjaźnił się również z założycielem zespołu Iron Maiden i wielkim fanem West Hamu Stevem Harrisem. Do tego stopnia, że kiedy grupa grała pewnego razu koncert w Chorwacji, Harris zaprosił Bilicia na scenę, by ten towarzyszył im na gitarze w czasie jednego z utworów.

Pobyt w stolicy Anglii Bilić wspominał zresztą najlepiej. Jak sam mówił, żył wtedy pełnią życia. - Londyn to najwspanialsze miasto świata. Reprezentuje wszystko: Anglię, brytyjski styl życia i humor, muzykę, futbol. Na ulicach widzisz mnóstwo pubów, grajków ulicznych, arystokratów, różne subkultury, mieszaninę narodowości, religii i tradycji. To wszystko jest niezwykle inspirujące - mówił Bilić.

Sam wychował się w Splicie, mieszkając drzwi w drzwi z inną wielką postacią chorwackiego sportu, Tonim Kukočem. Przyszły znakomity koszykarz Chicago Bulls urodził się 18 września 1968 roku, czyli dokładnie tydzień po Biliciu. Razem spędzali na podwórku większość dzieciństwa, grając w co tylko się dało. Jako dwunastolatkowie występowali już razem w juniorach Hajduka - Slaven na środku pomocy lub obrony, Toni na skrzydle. - W jedne wakacje urosłem jednak ponad 20 centymetrów i trenerzy powiedzieli, że lepiej sprawdzę się w sekcji koszykarskiej - wspomina Kukoč. Decyzji o zmianie raczej nie żałował. Mimo tego z Biliciem pozostał w bliskich relacjach i pytany o scharakteryzowanie go, zawsze powtarzał, że był lekkoduchem poza boiskiem i prawdziwym liderem na murawie.

UTOPIŁ ANGIELSKĄ PIŁKĘ W KAŁUŻY

Bilić pokochał Anglię jako piłkarz, ale ta jeszcze mocniej naznaczyła jego karierę trenerską. Wszystko zaczęło się czternaście lat temu, kiedy obejmował reprezentację Chorwacji. - Przepraszam, że nie przyszedłem w krawacie - żartował na pierwszej konferencji prasowej. Dużo bardziej szokował jednak kolczyk i nieodłączny papieros, jednak ci, którzy znali go z czasów piłkarskich wiedzieli, że poważniejsza rola nie sprawi, że Bilić zmieni swój wizerunek.

Stylówka rockmana nikomu jednak nie przeszkadzała, gdy już przyszło do pracy z zespołem. Bilić zaczynał po nieudanych dla Chorwatów mistrzostwach świata w Niemczech, podczas których zdobyli tylko dwa punkty w grupie z Brazylią, Australią oraz Japonią. Miał za zadanie odświeżyć skład i wpuścić młodych piłkarzy. Nadawał się do tego, bo wcześniej z powodzeniem pracował w kadrze U-21.

Odmłodzenie reprezentacji wyszło chyba nawet lepiej, niż można było zakładać. W eliminacjach Euro 2008 Chorwaci trafili do trudnej grupy z Rosją, Anglią i Izraelem. Udało im się jednak zdobyć aż 29 punktów, przegrywając tylko jedno spotkanie.

Najbardziej pamiętne były starcia z Anglikami. Pierwsze w Zagrzebiu zapamiętane zostało z błędu Paula Robinsona, który nie trafił w wycofywaną przez Phila Neville'a piłkę i wpuścił przekomiczną bramkę. Skończyło się 2:0 dla Chorwacji. Ale do historii przeszedł drugi mecz na Wembley.

W ostatniej kolejce eliminacji drużyna Bilicia była już pewna awansu. Anglicy potrzebowali remisu. W przypadku zwycięstwa Rosji w równolegle rozgrywanym meczu i tak byliby od niej wyżej dzięki lepszemu bilansowi w bezpośrednich meczach. Ale Chorwaci nie zamierzali odpuszczać i oddawać Anglikom awansu za darmo. Bilić motywował ich tym, że mogą zapisać się w historii. To podziałało. Jego piłkarze dobrze czuli się na nasiąkniętej od deszczu murawie Wembley, wygrali 3:2, blokując gospodarzom drogę na Euro, a obrazkiem tego spotkania stał się Steve McClaren, stojący z czerwono-granatową parasolką i biernie obserwujący klęskę. Prasa nadała mu pseudonim "Wally with the Brolly" - w wolnym tłumaczeniu "matoł z parasolką". Nazajutrz McClarena zwolniono z posady selekcjonera, a całą sytuację najbardziej obrazo skwitował dziennik „The Sun”, który na okładce wydrukował jedynie wynik meczu i leżącą w kałuży przebitą piłkę.

Z KADRY DO KLUBÓW

Chorwaci jechali na austriacko-szwajcarskie mistrzostwa jako czarny koń, jednak skończyli turniej bez medalu. Heroiczni Turkowie zdołali wyrównać w doliczonym czasie dogrywki, choć wydawało się, że gol Ivana Klasnicia w 119. minucie ich pogrążył. W rzutach karnych Vatreni przestrzelili trzy z czterech prób i odpadli.

Bilić w reprezentacji Chorwacji pracował jeszcze cztery lata. Wybaczono mu jeszcze brak awansu do mistrzostw świata w 2010 roku, ale federacja postawiła mu za cel dobry wynik w Euro 2012. Los nie był jednak łaskawy. Grupa z Irlandią, Włochami i Hiszpanią oznaczała spore ciężary. Z pierwszymi dwiema drużynami udało się ugrać cztery punkty i z La Roja długo utrzymywało się korzystne dla Chorwatów 0:0, ale Jesus Navas zdobył bramkę w 88. minucie i zakończył kadencję Bilicia.

Po niepowodzeniu przyjął propozycję z Lokomotiwu Moskwa, choć niektórzy wróżyli mu pracę w silniejszych ligach. Do upragnionej Premier League przywędrował po trzech latach od odejścia z kadry i w Anglii jego nazwisko wciąż jeszcze wzbudzało szacunek, ale i złe wspomnienia. W 2015 roku ofertę złożył mu West Ham, a Bilić stwierdził, że byłemu klubowi się nie odmawia. To właśnie z tą drużyną Chorwat jest najmocniej kojarzony jako trener.

O KILKA PUNKTÓW OD MARZEŃ

Nic dziwnego. To z nim Młoty zajęły siódme miejsce w Premier League, kończąc sezon 2015/16 z dorobkiem 62 punktów - najlepszym w historii występów w rozgrywkach pod tym szyldem. Do dziś to dla władz klubu pułap, który im się marzy, ale nie potrafią do niego dobić. West Ham Bilicia grał atrakcyjną, ofensywną piłkę, a wszystko ciągnął doskonały w tamtym sezonie Dimitri Payet. Były wyjazdowe wygrane z Arsenalem i Manchesterem City, dublet ligowy z Liverpoolem, domowa wygrana z Chelsea i Tottenhamem czy w końcu pamiętne 3:2 z Manchesterem United w ostatnim meczu na legendarnym Boleyn Ground.

Młoty Bilicia ani przez jedną kolejkę nie były w dolnej połowie tabeli. Więcej czasu spędziły na miejscach, które gwarantowałyby im grę w Lidze Mistrzów niż na niższych od ostatecznego siódmego. Zresztą - gdyby tydzień przed pożegnaniem starego obiektu West Ham nie przegrał ze Swansea, do ostatniej kolejki przystępowałby z taką samą liczbą punktów, co Manchester City, który ostatecznie był wtedy czwarty. Wtedy mecz ze Stoke mógłby dać jeszcze przepustkę do Champions League, a tak pozbawieni motywacji piłkarze Chorwata przegrali 1:2. Marzenia trzeba było odłożyć na później.

Oczekiwania w West Hamie były takie, że zespół zrobi kolejny krok do przodu. Tak się jednak nie stało. Sezon 2016/17 zaczął się od kolejnego przedwczesnego odpadnięcia z Ligi Europy z tym samym rywalem, co rok wcześniej - rumuńską Astrą Giurgiu - i fani Młotów rwali włosy z głowy, że znów wyrzucił ich "jakiś pieprzony klub z Transylwanii, który nazywa się jak tani samochód". Ich zaufanie do Bilicia osłabił też kiepski start ligowy - pięć porażek w pierwszych sześciu kolejkach i miejsce w strefie spadkowej przed październikową przerwą reprezentacyjną. Sytuację udało się uspokoić, ale zimowa sprzedaż Payeta zakończyła jakiekolwiek ambitne plany. Dwunaste miejsce i masa przestrzelonych transferów przełożyło się na zwolnienie chorwackiego menedżera. Sofiane Feghouli, Simone Zaza, Gokhan Töre, Alvaro Arbeloa, Havard Nodrtveit... Ręka w górę, jeśli zapomnieliśmy, że tacy ludzie grali kiedykolwiek w West Hamie.

KOLEJNE PODEJŚCIE DO ANGLII

Po odejściu z West Hamu Bilić zrobił sobie roczną przerwę. Został telewizyjnym ekspertem w angielskiej telewizji, bardzo dobrze wypadając m.in. w studiu BBC podczas mundialu w 2018 roku. - West Ham to niezwykle trudny klub do prowadzenia - opowiadał w wywiadzie dla "Guardiana". - Jeśli nie jesteś wielkim zespołem jak Arsenal czy Chelsea i nie mierzysz się z presją z wewnątrz każdego dnia, piłkarzowi łatwiej skoncentrować się na grze w przykładowym Burnley niż w Londynie - tłumaczył. Czuć było, że przemawia przez niego żal. Między wierszami sugerował, że właściciele Młotów mają nierealne przeświadczenia o prawdziwej renomie tego klubu na arenie międzynarodowej.

- To, czego nienawidzę w trenowaniu to fakt, że niestety każdy może powiedzieć o tobie, co zechce, ale jeśli sam coś odpowiesz - a czasami masz ochotę odnieść się publicznie - to nagle jest reakcja: "what the fuck?". Wymaga się od nas, żebyśmy siedzieli cicho i pokornie - mówił z kolei w "The Athletic".

Zanim przyszedł do West Bromu, przez cztery miesiące pracował w Arabii Saudyjskiej. To jednak epizod, o którym chciałby zapomnieć. Spokój odnalazł w Championship. - Perspektywa tej ligi była bardzo kusząca. Intensywność, 46 meczów, a każdy o wielką stawkę, bo różnice są tak małe - z pasją opowiadał po objęciu stanowiska. Z wyzwaniem poradził sobie znakomicie - już w pierwszym sezonie wywalczył bezpośredni awans do Premier League.

GettyImages-1257670710-1024x683.jpg
Fot. Shaun Botterill/Getty Images

Dziennikarze żartowali, że większy problem miał ze zrozumieniem akcentu w okolicach Birmingham niż z poukładaniem West Bromu po swojemu. - Nic z tych rzeczy. Mieszkałem w Liverpoolu i grałem w Evertonie, który trenował Walter Smith. Nie dość, że mieliśmy w szatni około dziesięciu Szkotów, to jeszcze byli lokalni chłopcy. To, co mam obecnie, jest w porównaniu do tamtych czasów bułką z masłem - odpowiadał im Bilić

Dziś Bilić już się zmienił. Jest panem po pięćdziesiątce, kręcone włosy już w sporej mierze powypadały, twarz zdobi siwiejąca broda, a stałym elementem wizerunku przestał być kolczyk, a zaczęły być okulary. Nie pali już tyle, co dawniej, jednak nie odmawia sobie papierosów. - Ale ograniczam się do pięciu dziennie. Nigdy nie sięgam po szóstego - stwierdza kategorycznie.

Na The Hawthorns podkreślają, że od dnia, w którym Bilić przyszedł do klubu, zyskali prawdziwego lidera. Kibice są wdzięczni za zmianę stylu gry i przywrócenie The Baggies do elity, czyli tam, gdzie ich zdaniem jest miejsce tego zasłużonego klubu. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę "jak Slaven Bilić odmienił West Brom", by wyskoczyło wiele analiz z fachowych angielskich mediów. Już teraz cieszy się tam szacunkiem porównywalnym z najlepszymi latami w West Hamie. Premier League (od)zyskała niezwykle barwną postać i z Chorwatem przy linii na pewno będzie ciekawsza.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje wydarzeniami w Premier League, której mecze komentuje w Canal+, oraz NFL. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.