Skorża nie działa jak zaklęcie. Lech musi wzniecić ogień w okresie bez kierunku

Zobacz również:Cieszmy się z małych rzeczy. Lech widowiskowo przeszedł Valmierę
Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Rakow Czestochowa - Lech Poznan. 17.04.2021
FOT. MARIAN ZUBRZYCKI/ 400mm.pl

To już dziewięć meczów Macieja Skorży bez wygranej w ekstraklasie, licząc ostatni nieudany etap w Pogoni Szczecin. Porażkę w debiucie w Lechu bierze na siebie, bo Raków okazał się znacznie lepszy w grze z trójką obrońców – piłkarze Papszuna przewyższyli ich doświadczeniem i agresją, ale też stałymi fragmentami gry. Wejście nowego menedżera w Poznaniu będzie o tyle trudne, że na horyzoncie nie widać żadnego realnego celu, a zmęczenie psychiczne tym sezonem aż bije od piłkarzy. Ostatnie pięć meczów Skorża powinien potraktować jako przegląd wojsk, eksperymenty i poszukiwanie kierunku. Nie ma co ganić go za testy, tylko przyłączyć resztę sezonu do letniego okresu przygotowawczego.

Trener z Radomia podpisał kontrakt w Poznaniu przed meczem z Legią (0:0), ale nie chciał obejmować drużyny z doskoku przed rywalizacją z rozpędzonym liderem zmierzającym po obronę mistrzostwa. Już wtedy wywołał zdziwienie, bo de facto miał niewiele do stracenia – lechici byli w takim dołku, że nikt nie winiłby go za porażkę, a potencjalnie w razie niespodzianki mógł jedynie zyskać na starcie. Jego piłkarze istotnie powstrzymali lidera i pokazali się z dobrej strony, lecz prowadzeni przez Janusza Górę.

Kadencja Skorży zaczęła się od poniedziałku, miał na spokoju przygotować drużynę do rywalizacji z Rakowem Częstochowa, ale najwidoczniej poziom trudności rywala też był zbyt wysoki. O tym, że Lech jest drużyną łatwą do przeczytania, zarzuty słyszał już Dariusz Żuraw. Ostatecznie poznaniacy nie pokonali ekipy Marka Papszuna ani razu w trzech potyczkach w tym sezonie. Też z Rakowem zakończyły się ich marzenia o uratowaniu sezonu poprzez Puchar Polski. Papszun ma patent na Lecha, bo wie, jak podkręcić drużynę i kiedy zareagować, aby punkty zgarniała rewelacja rozgrywek.

Przejście na system 3-4-2-1 z Legią miał być autorskim pomysłem Janusza Góry, który miał nawet nie rozmawiać z Maciejem Skorżą przed meczem. Udało się jednak zneutralizować pomysł Czesława Michniewicza. Skorża chciał nadać ciągłość tej wizji i skorzystał z tego pomysłu. Widział z bliska, jak powiązanie piłkarzy w pary poskutkowało z liderem, więc poszukał tego samego rozwiązania (z czterma środkowymi pomocnikami a la Paulo Sousa we Fiorentinie) z Rakowem również grającym 3-4-3 z wahadłami i trójką stoperów. Legia w taki sposób zaskoczyła rywala o tytuł w bezpośredniej rywalizacji i została z tym ustawieniem aż do teraz. Lech jednak nie powtórzył tego success story.

Możemy powołać się na słowa selekcjonera reprezentacji Polski: samo ustawienie czy system mają niewielkie znaczenie, bo liczy się współpraca między konkretnymi zawodnikami, ich zachowania, nastawienie, zachowanie w fazach przejściowych i świadomość tego, co mają robić. Tego dnia nie można zrzucić głównej winy na system, skoro Kolejorz po pół godziny przegrywał 0:2 po stałych fragmentach gry.

To bolączka jeszcze z jesieni, kiedy rywale masowo tworzyli sytuacje po wrzutkach ze stojącej piłki. Lech grał w piłkę, przeciwnicy bili stałe fragmenty gry, ale wychodzili na tym korzystniej. Najpierw Fran Tudor wybudzał gości ze śpiączki po rzucie rożnym, później świeżo upieczony reprezentant Polski Kamil Piątkowski zareagował najlepiej przy rzucie wolnym. Dwie różne sytuacje, dwie strony boiska, dwie celne wrzutki MVP meczu Marcina Cebuli, który przypomniał o sobie w gronie wyróżniających się ligowców. I to wystarczyło, aby ustawić grę do przerwy. „Dwa takie gole to nie do zaakceptowania. Najgorsze jest jednak to, że to nie Raków grał tak dobrze, tylko my sami robiliśmy sobie krzywdę, przegrywając pojedynki i spóźniając się z reakcją w niektórych sytuacjach” – zaznaczył Mickey van der Hart.

Można w ciemno założyć, że w pierwszym tygodniu pracy Skorża nie przysiadł w pierwszej kolejności do defensywnych stałych fragmentów gry. To dość oczywiste, upatrzył sobie za cel raczej takie rzeczy jak uwolnienie potencjału największych magików w składzie, czyli Pedro Tiby oraz Daniego Ramireza, których chciał przesunąć bliżej napastnika. Oni jednak nie byli właściwie połączenie z Kvekveskirim i spółką, nie proponowali ruchu ani nie potrafili znaleźć sobie miejsca między liniami, jakby sami zapomnieli, że zwykle narzekają na statyczną grę z przodu. Swoje w tej materii zrobili też zawodnicy Rakowa broniący blisko i zwarcie, skutecznie odcinający ich od podań. Kolejorz rozgrywał piłkę między środkowymi obrońcami i szukał włączenia do akcji wahadłowych, ale ich środek pola z czterema graczami został skutecznie odcięty od życia na połowie rywala. Opcji do zagrania w przód po prostu brakowało.

Pierwszą połowę Raków rozegrał po swojemu, ale przede wszystkim dlatego, że był zespołem znacznie żywszym, agresywniejszym i aktywniejszym. Wymownym obrazkiem z pierwszej połowy była sytuacja bramkowa Kuby Araka. W środku pola piłkę dostał ustawiony twarzą do bramki Wdowiak. Wtedy można wcisnąć przycisk stop i sprawdzić, co widział przed sobą. Konkretnie ośmiu lechitów, ustawionych wąsko, otaczających go i samotnego Araka z przodu. A mimo to posłał do niego prostopadłe podanie, a ten oddał strzał. Lechowi brakowało doskoku, podostrzenia, zdecydowania. Może boisko nie pomagało w płynności, lepiej czuli je gospodarze, ale lechici wyszli zbyt sennie i bez motywacji charakterystycznej dla efektu nowej miotły. Tym razem on nie zadziałał. Zawodnicy Papszuna po prostu byli bardziej zaangażowani w reakcji po stracie, przejęciu drugich piłek, doskoku do przeciwnika w fazie przejściowej. Tym zbudowali sobie przewagę.

„Największe pretensje mam do siebie, do moich złych decyzji, jeśli chodzi o dobór pomysłu na ten mecz. Kompletnie się to nie sprawdziło. W pierwszej połowie zupełnie nie graliśmy tego, co mieliśmy grać. To co zaproponowaliśmy zupełnie nie pasowało zespołowi. Ewidentnie tutaj przedobrzyłem” – uważa Skorża.

Widząc to zagubienie, zareagował już w przerwie, czym rzeczywiście dał swojej drużynie przewagę. Dokonał natychmiast trzech zmian, wprowadzając na skrzydła Sykorę oraz Skórasia i kolejnego napastnika Johannssona. Wrócili do klasycznego i lepiej znanego sobie grania, to Lechowi zdecydowanie pomogło w przejęciu inicjatywy i rozpoczęciu nowych zawodów. Z szatni wyszli z nową energią, czego efektem był kontaktowy gol Ishaka po wrzutce wprowadzonego Sykory. To był moment na reakcję, na postawienie kolejnego kroku i pójście za ciosem. Raków wtedy nieco siadł, wkradła się dezorganizacja, lecz wyszli z tego. Oddech dały nożyce zamieszanego we wszystkie bramki Cebuli.

Trafienie Cebuli znów było opieszałością defensywy Kolejorza, bo otaczało go kilku piłkarzy, ale tylko mu statystowali. Natomiast sam gol na 3:1 to idealna wizytówka gry ekipy Papszuna – piłkę w środku pola wyprowadzał stoper Piątkowski, rozszerzył grę i odważnie podłączył się do akcji ofensywnej. Dostał piłkę zwrotną na skrzydle i dorzucił ją celnie do niepilnowanego Cebuli. Sytuacja taka, jakbyśmy oglądali Rafaela Toloia z Atalanty i schematy Gasperiniego. Za takie właśnie predyspozycje Piątkowski został wypatrzony i doceniony przez Red Bull Salzburg. Gdyby nie to, poznaniacy mogliby pójść za ciosem, ale tak ich entuzjazm został zbity.

Piłkarze Skorży mieli inicjatywę i dominację, ale niekoniecznie przełożyli to już później na sytuacje bramkowe. „Muszę szybko znaleźć sposób gry. Chciałbym, żebyśmy przeciwko Lechii od pierwszej minuty kontrolowali spotkanie i dominowali na boisku” – zaznaczył nowy trener Lecha. O przekombinowanej pierwszej odsłonie w Częstochowie chciałby jak najszybciej zapomnieć. Ale też nie ma co podchodzić do tego tak drastycznie, bo kiedy testować i szukać rozwiązań jak nie teraz. Tak naprawdę w pierwszym etapie okresu przygotowawczego.

Można się domyślić, że piłkarze bardziej umieraliby na boisku, gdyby widzieli na horyzoncie jasny cel. 8 punktów straty do czwartego Piasta Gliwice, a także sześć drużyn dzielących ich, niekoniecznie pozwalają uwierzyć w bajki o walce do samego końca o puchary. Czy Lech skończy na pozycji 5. czy 11., oprócz aspektu finansowego, nie zmieni to wiele w postrzeganiu przegranego, nieudanego sezonu. Maciej Skorża dostał taki okres jak Dariusz Żuraw na początku swojej pracy, kiedy powinien zacząć pracować i szukać metod na poczet następnych rozgrywek. Bo to wtedy z nową energią i najpewniej nowymi piłkarzami będzie rozliczany świeżo zatrudniony szkoleniowiec. Wziął na rozmowę Puchacza na samym początku kadencji, ale to bez niego będzie grał o puchary w przyszłym sezonie po transferze bocznego obrońcy do Bundesligi. I takich przypadków pewnie będzie więcej.

Kiedy próbować i mylić się, jak nie teraz. Kiedy otworzyć się na trójkę środkowych obrońców i wahadła, jak nie w takim momencie. Maciej Skorża nie będzie miał najłatwiejszego początku z racji wyczerpania psychicznego zawodników i braku poważnego celu przyświecającego im. Dobrze wiedzą, że potrzebują jakiegoś resetu. Dlatego lepiej wykorzystać ten czas na klarowanie swoich wizji i wypracowywanie modelu gry, niż przyjmowanie personalnie każdego rezultatu. To ten czas, kiedy można dać ponieść się fantazji i zremisować po wspaniałych zawodach, ale zobaczyć kierunek, w jakim będzie trzeba podążać za parę miesięcy.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.