Skarby z lumpeksów. Magiczna moc pierwszego w Polsce muzeum koszulki piłkarskiej

Zobacz również:Najciekawsze koszulki piłkarskie na nowy sezon. W czym bez wstydu można wyjść na ulicę
Muzeum Koszulki Piłkarskiej
Mazhar Chandio/Anadolu Agency/Getty Images

Nieważne ile masz lat i co dziś robisz w życiu. Po wejściu do tej sali i tak w jednej chwili zamienisz się w dziewięciolatka kartkującego najnowszy numer “Piłki Nożnej”. Wystarczy, że na chwilę zawiesisz wzrok na koszulce Khalilou Fadigi z Senegalu, Hidetoshiego Nakaty z Perugii czy Piotra Świerczewskiego z Bastii i wspomnienia w sekundę cię dopadną. Polscy kolekcjonerzy koszulek wreszcie mają swoją Mekkę.

Podjeżdżając w ciepłe wrześniowe popołudnie pod świecący czerwoną cegłą kędzierzyński hotel Hugo, trudno się zorientować, że w okolicy znajduje się komnata piłkarskich skarbów. Prawdę mówiąc, nic tu nie kojarzy się z futbolem. Ani pary spożywające w ogródku niedzielny obiad, ani panie korzystające z miejscowego SPA. Ani nawet szersza okolica, bo przecież Kędzierzyn-Koźle to miasto znacznie bardziej siatkarskie niż piłkarskie. Nastawione na odpowiednie rejestry oko dopiero po chwili dostrzeże młodego mężczyznę w koszulce, która nie pasuje do okoliczności. Błękitny strój niemieckiego III-ligowca TSV 1860 Monachium z nazwą sponsora Loewenbraeu sugeruje, że nawigacja się nie myli i miejsce docelowe faktycznie jest po lewej stronie. Otwarte pod koniec sierpnia pierwsze w Polsce muzeum koszulki piłkarskiej.

PIERWSZY BYŁ CARLOS

Kilka lat wcześniej Ewa i Maciej Nowakowie byli we Florencji. Chcąc ugasić pragnienie, wstąpili do miejscowego Carrefoura. W miejscu, które mieli za magazyn hipermarketu, serce zabiło im mocniej. – Okazało się to muzeum koszulki piłkarskiej. Wystawiano tam szereg koszulek z ligi włoskiej. Alessandro Nesta z Lazio. Gianfranco Zola. Chiesa, oczywiście ten starszy. To był punkt zapalny, by pomyśleć o czymś podobnym w Polsce – opowiada. Zbiory miał już przecież niemal gotowe. W końcu kolekcjonował je od ponad dwudziestu lat.

– Od momentu, kiedy mama przyniosła z bazaru żółtą koszulkę Roberto Carlosa z 1998 roku, chciałem więcej i więcej koszulek. Później zacząłem ich szukać nie tylko w sklepach i w internecie, ale też w secondhandach. Okazało się, że tam najłatwiej o znalezienie nietypowych okazów. Na kanwie tego powstała strona “Stadionowe Lumpy”, gromadząca społeczność Polaków interesujących się koszulkami piłkarskimi — błyskawicznie przywołuje swoją historię.

Muzeum Koszulki Piłkarskiej
Maciej Nowak -fot. Tadeusz Droszczak, Marta Głabuś-Kupka.

PRZEPASTNE ZBIORY

Dwadzieścia cztery egzemplarze, które wiszą w podziemnej sali hotelu, mają tylko podgrzać apetyt. Pokazać, że ma ich więcej i nie zawaha się w przyszłości użyć. Są koszulki mainstreamowe – Lionela Messiego z Barcelony, Ronaldo z reprezentacji Brazylii czy Thierry’ego Henry’ego z Arsenalu. Pomiędzy nimi można wpaść na trykot Górnika Łęczna z sezonu 2004/2005. Piasta Gliwice z debiutanckich rozgrywek w ekstraklasie. Albo na Perugię z 1998 roku, z nadrukowanym nazwiskiem młodego Hidetoshiego Nakaty.

Kolekcje mają się zmieniać co kilka miesięcy. Zapowiadane są wystawy tematyczne, poświęcone klubom wyłącznie z Serie A, Bundesligi czy Ekstraklasy. Można je zresztą sortować dowolnie. Zbiory państwa Nowaków zawierają, lekko licząc, tysiąc koszulek. A kolejne zapewnia polska społeczność kolekcjonerów, którą udało im się zgromadzić wokół projektu. Muzeum ma żyć, funkcjonować przez lata i na stałe wpisać się w krajobraz miasta oraz Opolszczyzny.

NIEŚWIADOME ŻONY I MAMY

Koszulki, które można oglądać, pochodzą z różnych źródeł. Jednak największy zastrzyk endorfin zapewniają te złowione w lumpeksach. – Zwalam to zwykle na mamy, czy żony kolegów, które często nie zdają sobie sprawy, jakimi skarbami mogą być dla nas koszulki piłkarskie. Zresztą spora część moich też została przez moją mamę oddana do kontenera z odzieżą używaną. Często dzieje się tak też przy rozwodach albo w przypadku, gdy umiera kibic, który przez całe życie żył sam, a rodzina nie wie, co zrobić z jego zbiorami. Jako że nikt raczej nie pali ubrań, trzeba znaleźć dla nich jakieś ujście. Różne życiowe sytuacje sprawiają, że koszulki lądują w second handach — tłumaczy. A on i jemu podobni pasjonaci tylko na to czekają.

Muzeum Koszulki Piłkarskiej
Maciej Nowak (z prawej), założyciel muzeum. Fot. Tadeusz Droszczak, Marta Głabuś-Kupka.

WYSZPERANY RUI COSTA

Wchodząc do lumpeksu, szperacz nigdy nie wie, czego się spodziewać. – Człowiek w czepku urodzony wchodzi i wyciąga perełkę, ale zazwyczaj trzeba się za nimi nachodzić. A raczej najeździć. Po całej Polsce, ale czasem nawet po Europie – Rumunii, Mołdawii, Ukrainie, Węgrzech — by cokolwiek znaleźć. To losowe przypadki. Czasem, gdy już coś się znajdzie, nogi się uginają. Tak trafiłem choćby na koszulkę mojego ukochanego Rui Costy z Milanu. Ona była gdzieś dostępna, ale nie było mnie na nią stać, bo nie mogę sobie pozwolić na to, by skupować najlepsze okazy jak Classic Football Shirts. A później nagle wpadłem na nią i kupiłem za bezcen. Czasem wpadnie coś z egzotyki – ostatnio reprezentacje Syrii, czy Togo. Koszulki klubów niemieckich, włoskich z Serie B, czy C, które kiedyś były popularne, a dziś są zapomniane. To fajne, że tak naprawdę nie wiemy, czego szukamy – opisuje Nowak.

POŻĄDANE OKAZY

Ten rynek ma jednak oczywiście okazy, które są szczególnie poszukiwane. – Koszulki Fiorentiny ze sponsorami Nintendo albo 7up, przyduże na piłkarzy i mające nazwisko Batistuty na plecach. Albo stroje Arsenalu z firmą JVC, Realu Madryt ze sponsorem Teka. Te u sporej liczby ludzi wywołują pozytywne wspomnienia. Dlatego, że wiele osób kibicowało tym klubom w latach 90. I na tych sponsorach się wychowywało. Dwadzieścia lat temu nie zwracaliśmy może uwagi na koszulkę Barcelony, w której biegał Javier Saviola. Ale dziś może ona przywołać w sekundę najpiękniejsze wspomnienia w życiu. Jeden rzut oka na strój Manchesteru United i widzi się bramki, akcje, Cantonę wpadającego w kibiców. Zresztą można rozmawiać z ludźmi przez pryzmat sponsora Manchesteru, na którym się wychowali. Jedni są pokoleniem Sharp, jeszcze inni Vodafone itp. – opowiada. Są też oczywiście koszulki, które nie mają żadnej wartości, bo można je spotkać w niemal każdym lumpeksie.

– Najczęściej pojawiają się koszulki kadry angielskie z lat 2004-08. Jasne, też przywołują wspomnienia o Gerrardzie, Lampardzie czy Rooneyu, ale można je kupić za złotówkę — dodaje.

KULTOWE DAEWOO

Polskie kluby, choć są reprezentowane w muzeum, na tym rynku trochę odstają.

– Da się ich stroje znaleźć na różnych stronach internetowych, ale w lumpeksach to rzadkość. Mimo to, niektóre osiągnęły wśród kolekcjonerów status kultowych. Na pewno zaliczają się do nich stroje Legii Warszawa ze sponsorem Daewoo z lat 90., Wisła Kraków z “Tele-Foniką” z kampanii, kiedy wyrzucali z Pucharu UEFA Schalke 04 i Parmę, albo trykoty Lecha Poznań z firmy Lotto. Pożądane przez kolekcjonerów są też stroje reprezentacji Polski z mundialu w Korei i Japonii — mówi Nowak, który w trakcie istnienia muzeum zamierza nawiązać współpracę z polskimi klubami, by miały możliwość wyeksponować także swoje najładniejsze koszulki. Ambasadorem fundacji Stadionowe Lumpy został też niedawno Mateusz Klich.

PIERWOTNE PRAGNIENIE

Odwiedzających może na pierwszy rzut oka zaskoczyć wiszący nad wejściem szyld. Patronem muzeum został bowiem Murtaza Ahmadi, którego nazwisko nie wszystkim od razu otwiera skojarzenia. Kiedy jednak powie się, że chodzi o afgańskiego chłopca, który zrobił sobie koszulkę Leo Messiego z worka foliowego pomalowanego w biało-niebieskie pasy, większość od razu wie, o co chodzi. Dla Nowaków jego historia to symbol pragnień dzieci z całego świata.

– Bardzo bym chciał, żeby jego historię można było zamknąć tylko w tym, że to mały chłopiec, który chciał koszulkę piłkarską, a jego rodziców nie było na nią stać. Niestety, tak się nie da. Bo mały Murtaza miał w swojej wiosce potężne problemy przez to, jak talibowie odebrali jego historię, to, że spotkał się z Messim, którego nienawidzą i dostał od niego koszulkę. Zdjęcie, które zrobił jego brat, chcąc pokazać światu pomysłowość chłopca, pozwoliło mu spełnić marzenia, ale też przysporzyło mu wielu kłopotów — opowiada Nowak. Koszulka z woreczka zajmuje centralne miejsce muzeum. Jej wierną replikę przygotowała własnoręcznie jego żona.

EUROPEJSKI TREND

Twórcy muzeum doskonale zdają sobie sprawę, że ich inicjatywa dobrze wpisuje się w narastający nie tylko w Polsce trend. Koszulki piłkarskie stały się modne. Najlepiej było to zresztą widać na przykładzie Venezia FC, o którym tego lata mówiło się więcej w kontekście strojów niż jakiegokolwiek transferu dokonanego przed sezonem Serie A. Nowak, zagadnięty o to, wyraźnie się rozmarza.

– Nie dość, że to historyczny klub ze wspaniałego miasta, to jeszcze wypuścił tak piękną koszulkę. A właściwie trzy. Bo wszystkie komplety przebijają jakiekolwiek inne koszulki w Europie. Na tym rynku Wenecja wygrała naprawdę wszystko — podkreśla. Nie tylko na jej przykładzie widać, że prezentacja nowych strojów stała się dla klubów piłkarskich ważnym momentem w kalendarzu, podczas gdy kiedyś kibice poznawali koszulki dopiero w dniu pierwszego meczu nowego sezonu.

– Widzieliśmy niedawno prezentację koszulki Ajaksu Amsterdam, który nawiązywał do jamajskich klimatów i wplótł wątki Boba Marleya. Samego wzoru nikt się nie spodziewał, a film, który ją prezentował, też był potężnym odlotem. Kluby zaczęły traktować koszulki jako coś ważnego i starają się je eksponować — zaznacza.

CODZIENNY LIFESTYLE

A kibice zaczęli tym żyć. – Widać to po mediach społecznościowych, gdzie obok polityki i sportu, pełno jest koszulek piłkarskich. Coraz więcej ludzi chodzi w strojach po ulicach. Najnowsze koszulki Pumy może nie cieszą się zainteresowaniem kolekcjonerów piłkarskich, bo wyglądają słabo, ale są idealne na codzienny lifestyle, bo nie bije od nich, że to koszulki piłkarskie. To zapowiedź trendu. Producenci wiedzą, co robić i będą tak dostosowywać produkty, by ludzie chodzili w nich po ulicach. Tak, jak on sam.

– Koszulki to nieodłączny element mojego codziennego wizerunku. Chodzę w nich na spacery, do kina, do pracy, ostatnio nawet na rozmowę kwalifikacyjną. Czuję się w nich dobrze i przynoszą mi szczęście — nie ukrywa.

SKARB WĘDKARZA

Chodzenie w koszulkach piłkarskich, zwłaszcza nieoczywistych, ma jeszcze jedną zaletę. Sprawia, że człowiek się wyróżnia. Wysyła czytelny sygnał do podobnych sobie. I ułatwia przełamanie pierwszych lodów.

– Często zagaduję inne osoby, gdy widzę, że noszą jakąś ciekawą koszulkę. Spotkałem ostatnio w mieście wędkarza, który w stanie wskazującym stał pod sklepem monopolowym. Miał na sobie koszulkę Rafała Musielaka, naszej miejskiej legendy, z czasów pierwszych siatkarskich mistrzostw Polski dla Mostostalu Kędzierzyn-Koźle. Zawsze chciałem ją mieć. A właściwie kiedyś miałem, ale później przepadła. Zaproponowałem mu pieniądze za nią, w lumpeksie kupiłem mu koszulkę zastępczą, by nie został bez ubrania. Zgodził się, proponując pięć albo dziesięć złotych. Dałem mu oczywiście dużo więcej, bo wiedziałem, jak była dla mnie ważna i jak ciężko ją zdobyć. W ten sposób wpadła do naszej kolekcji. Czasem wychodzą fajne rozmowy, na przykład, gdy zauważam, że ktoś staje jak wryty, wpatrując się w koszulkę Milanu z sezonu 1998/1999. Bo koszulka piłkarska to znakomity pretekst, by porozmawiać, spotkać się w szerszym gronie, powspominać — przekonuje Maciej Nowak.

MAGIA BASTII

Dzięki niemu polska społeczność kolekcjonerów zyskała miejsce pielgrzymek, w którym po przekroczeniu czarodziejskich drzwi, wkracza się do kolorowego świata Khalilou Fadigi, Alessandro Del Piero czy Piotra Świerczewskiego.

Przy jego niebieskiej koszulce z czasów Bastii zatrzymuję się trochę dłużej, bo nigdy jej nie widziałem. Nawet w telewizji. Ani w gazecie. Wiedziałem, że Świerczewski grał w Bastii, ale do tej informacji nie był w mojej głowie przypisany żaden obraz. Nagle znów jestem w rodzinnym domu i w kupionym chwilę wcześniej numerze “Piłce Nożnej” sprawdzam, czy Świerczewski w ten weekend grał, czy złapał żółtą kartkę albo zastanawiam się, dlaczego siedział na ławce. A potem zaglądam do rubryki obok, żeby zobaczyć, czy Radosław Gilewicz znowu coś strzelił w Innsbrucku. Wystarczył jeden rzut oka na niebieską koszulkę ze sponsorem Boch Freres, by zamienić mnie w dziewięciolatka. Czyli magia działa.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.