Siedem grzechów głównych. Dlaczego Polska przegrywała wielkie turnieje

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Eugen Polanski
FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Rozbita atmosfera w grupie, zepsute przygotowanie fizyczne, kłótnie o pieniądze, organizacyjne niedociągnięcia i izolacja od świata zewnętrznego. W tygodniach poprzedzających mistrzostwa wiele może pójść nie tak. Polscy uczestnicy nieudanych turniejów zostawili po sobie bogatą listę przestróg dla następców. Losy reprezentacji Polski na Euro 2020 rozstrzygają się właśnie teraz. Za zamkniętymi drzwiami.

To specyficzny moment przed każdym turniejem. Już skończył się sezon klubowy, wyczekiwane mistrzostwa są na horyzoncie, ale wciąż trzeba na nie poczekać. Zawodnicy pojawiają się na zgrupowaniach, trenerzy ogłaszają kadrę, piłkarze rozgrywają ostatnie mecze towarzyskie poprzedzające grę o wielką stawkę. To najczęściej w tym czasie decyduje się, jak drużyna zaprezentuje się na mistrzostwach.

Polska grała w ostatnich dwudziestu latach na sześciu turniejach. Na pięciu z nich nie wyszła z grupy. Choć składy i selekcjonerzy się różnili, lista popełnianych błędów jest powtarzalna. Im więcej czasu mija od danego wydarzenia, tym więcej zawodników dzieli się intymnymi przemyśleniami na temat tego, co poszło nie tak w trakcie imprez ich życia. Rosnący rynek wydawniczy książek sportowych w Polsce sprawił, że ukazało się w ostatnich kilkunastu latach sporo biografii polskich uczestników turniejów z XXI wieku. Ich lektura pozwala stworzyć katalog najpoważniejszych grzechów, które uniemożliwiały sukcesy kadrom Jerzego Engela, Pawła Janasa, Leo Beenhakkera i Franciszka Smudy. Na książkowe rozliczenia przegranego mundialu Adama Nawałki trzeba jeszcze trochę poczekać. Ta lista to przestroga dla kolejnych pokoleń piłkarzy i jednocześnie sygnał dla kibiców, jak może się kotłować za zamkniętymi drzwiami ośrodków treningowych i szatni.

1
SŁABOŚCI SZTABU SZKOLENIOWEGO
Sztab szkoleniowy reprezentacji Polski
WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Spośród selekcjonerów, którzy prowadzili reprezentację Polski na wielkim turnieju w tym stuleciu, tylko Leo Beenhakker przetrwał na stanowisku odpadnięcie po fazie grupowej. W pozostałych przypadkach trenerzy byli pierwszymi, którzy płacili za niepowodzenia. I bardzo często na własne życzenie, o czym przekonywali liczni uczestnicy wcześniejszych turniejów. Nawet u Beenhakkera, któremu pozwolono po Euro 2008 pracować dalej, w sztabie podczas turnieju działo się źle, o czym w autobiografii przekonywał Dariusz Dziekanowski, jego ówczesny asystent. - Odczuwalne było wyraźne ochłodzenie stosunków między nami, asystentami, a Beenhakkerem. Coraz mniej, coraz krócej i z coraz mniejszym zapałem dyskutowaliśmy o meczach i piłce. Dużym zaskoczeniem i dla nas i dla zawodników było to, że już nie asystenci, ale rzeczniczka reprezentacji tłumaczyła przedmeczowe zalecenia Bossa, a także przekazywała jego wskazówki podczas treningów. Nigdy i nigdzie do tej pory osoba spoza sztabu, a zwłaszcza rzeczniczka prasowa, nie kręciła się po boisku, podając piłki zawodnikom i wprowadzając zamęt tam, gdzie pod żadnym pozorem nie powinno go być — pisał.

Dziekanowski krytykował też niejasny podział kompetencji w tamtej kadrze. Beenhakker zabrał na turniej trzech asystentów, których obszary działań się pokrywały, dwóch trenerów bramkarzy i nowego trenera przygotowania fizycznego. W miarę trwania imprezy, w sztabie – zdaniem Dziekanowskiego – coraz mocniej zarysowywał się podział na Polaków i Holendrów, a polskim trenerom szczególnie nie podobało się wysuwanie na pierwszy plan Fransa Hoeka, trenera bramkarzy, który wpływał też na obsadę innych pozycji.

Zarzuty w odniesieniu do sztabu pojawiały się już po przegranym mundialu w Korei i Japonii, o czym mówił Piotr Świerczewski w książce “Mistrzowskie rozmowy”. - Nie rozpracowaliśmy Koreańczyków. Zakładaliśmy, że będą słabsi. Tak nam sztab powiedział: “Oni są słabsi od was”. Nie znaliśmy Koreańczyków, nie znaliśmy Amerykanów, jakieś tam pojęcie mieliśmy tylko o Portugalii. Koreańczycy mieli być słabsi fizycznie, niscy, nieograni i pod gigantyczną presją jako gospodarze. Szybko okazało się, że były to informacje, delikatnie mówiąc, nieco odbiegające od rzeczywistości. Wydaje mi się, że pod tym względem Engel i jego sztab nie zrobili wszystkiego. Uważam, że w sztabie brakowało wtedy Engelowi ludzi. Był jeden człowiek od wszystkiego, bo Engel prawie wszystkim zajmował się sam — opowiadał pomocnik. Podobne słabości sztabu diagnozował też w autobiografii Tomasz Hajto, skupiając się przede wszystkim na drugim trenerze Władysławie Żmudzie.

Bartosz Bosacki, uczestnik mundialu w 2006 roku, uważa, że kadrze z tamtego turnieju zabrakło kogoś, kto pomógłby jej opanować nerwy. Na pewno nie był taką osobą selekcjoner. - Trener Janas na czas całych mistrzostw stał się innym człowiekiem. Był inny niż podczas eliminacji. Widać było, że ta presja i atmosfera oczekiwań jego też przytłoczyła. Szczególnie po pierwszym meczu, po którym wszystko się zawaliło, widać było, że mocno to na niego spadło — mówił. Na zawodnikach to się odbijało. - Na takiej obciążającej psychikę wielkiej imprezie potrzebna jest osoba ze sztabu, z bardzo bliskiego otoczenia trenera, która potrafi porozmawiać z piłkarzem po partnersku, w zaufaniu, w bliskiej relacji. Ktoś, kto da odpocząć głowie — zaznaczał.

Zmianę w selekcjonerze przy okazji turnieju rozgrywanego sześć lat później na polskich boiskach widział też Robert Lewandowski. - Po trzech latach budowania na finiszu stało się coś złego. Widziałem w oczach Franciszka Smudy strach podczas jednego z meczów Euro. Chyba w przerwie meczu we Wrocławiu, z Czechami. Przygniotło go to. Wiem, jak trudno mu było jako trenerowi. Presja była trzy razy większa niż na nas, piłkarzach — wspominał.

2
PROBLEMY POZASPORTOWE
Dziewczyny piłkarzy
Piotr Kucza/400mm

Podczas turniejów piłkarze myślą tylko o piłce? Niedoczekanie. Za kulisami często od momentu awansu toczą się różne marketingowo-biznesowe rozmowy, które nie zawsze udaje się domknąć do startu turnieju. I często zatruwają atmosferę w zespole, przy okazji dekoncentrując zawodników.

Szczególnie mocno tego typu sprawy było widać w 2002 roku, gdy sukces nastąpił po latach przerwy i wszyscy chcieli go zmonetyzować. A nie do końca wiedzieli jeszcze jak. Praktycznie każdy uczestnik tamtego turnieju wspomina o tej dziedzinie jako jednej z podstawowych przyczyn niepowodzenia. - Ciągle wybuchały kłótnie, bo jeden chciał jechać na mistrzostwa w takim dresie, a drugi w innym, ktoś miał podpisany kontrakt z taką firmą, a ktoś z inną. Każdy chciał przy tym coś zarobić i to “na wydrę” - opowiadał Hajto. Sprawy nie dotyczyły tylko piłkarzy. - Pamiętam, że przed drugim meczem trener kłócił się z działaczami, w jakim dresie ma wyjść. Mówił, że nie założy stroju Pumy, bo ma kontrakt z Nike. Przypadkowo usłyszałem wtedy, jak Zbyszek Boniek powiedział, że w takim razie na ławce będzie siedział nie Engel, tylko Władek Żmuda — dodał były obrońca.

Problemy rozgrywały się na różnych poziomach. Pierwszy toczył się między piłkarzami a federacją. Zawodnicy kłócili się z PZPN-em o prawa do wizerunku. - To nie my się kłóciliśmy, tylko PZPN się kłócił. No, bo jak PZPN może mieć prawo do mojego wizerunku? Czy dzisiaj piłkarze nie występują w reklamach? Czy komuś to przeszkadza? - pytał Piotr Świerczewski. Szczegółowy opis napiętej atmosfery, która towarzyszyła tamtym rozmowom, znaleźć można w autobiografii Jerzego Dudka. - Codziennie w Korei, zamiast skupiać się na treningach, myśleliśmy tylko o tym. Brakowało nam psychicznego komfortu niezbędnego w takich momentach. Przed meczem z Portugalią sprawa stanęła na ostrzu noża. Boniek zarządził odprawę. Mówił bardzo konkretnie: “Oto zezwolenie dla Coca-Coli na wykorzystywanie waszych indywidualnych wizerunków. Jeżeli do godziny ósmej nie podpiszecie tego, możecie się spakować i jutro wypier...ę wszystkich do domu. Mistrzostwa dla was się skończą.” Na to Piotr Świerczewski: “Ja to pier...ę. Mogę jutro wyjeżdżać, ale im tego nie podaruję”. Zacząłem się zastanawiać, o co właściwie chodzi? Przyjechaliśmy grać w mistrzostwach, a tu wyciągane są chore sprawy, którymi straszy się zawodników — pisał bramkarz.

Drugi poziom problemów z pieniędzmi dotyczył podziałów wewnątrz drużyny. Po awansie cała ekipa zdecydowała się wrzucać pieniądze zarobione w reklamach do wspólnej puli, która później miała zostać podzielona między wszystkich. Coś, co miało podtrzymać jedność grupy, tylko ją zniszczyło. - Nieźle nas przekręcono. Kasę za udział w tych wszystkich reklamach zobaczyłbym jak świnia niebo. Pięć lat po mundialu wysłali mi 11 tysięcy 400 euro, bo się upomniałem — opisywał Radosław Kałużny. Problemy z rozliczeniami miał także Dudek, który — jako jedna z największych gwiazd – najmocniej zasilił wspólne konto. - Ostatecznie naiwny Jerzy Dudek, który z własnej nieprzymuszonej woli zgodził się podzielić z kolegami pieniędzmi zarobionymi w kilku reklamach, otrzymał ich drobną część, prawie jako jałmużnę — pisał. Obaj zawodnicy wspominali o negatywnej roli, jaką w tych wewnętrznych rozliczeniach odegrał Marek Koźmiński.

Kadra Pawła Janasa uniknęła aż takich problemów, co nie znaczy, że nie było żadnych kłótni. Mirosław Szymkowiak — wbrew podpisanym przez federację umowom — zapozował do oficjalnego zdjęcia w butach Adidasa, siadając ostentacyjnie na samym środku kadru i eksponując logo sponsora. - Zdjęć nie dało się już wycofać, wszystko poszło w świat. No i oczywiście ogromna afera — przedstawiciel Pumy rzucił się na nas z krzykiem, groził bajońską karą... Prezes PZPN krzyczał wtedy na mnie: "Wawrzecki, ja ci zaufałem, a ty mi taki numer!" Puma nałożyła na nas karę, a my na Szymkowiaka — wspominał Krzysztof Rola-Wawrzecki, ówczesny kierownik drużyny.

Spore organizacyjne tarcia towarzyszyły też występowi reprezentacji na Euro 2012, a sprawa dotyczyła słynnych biletów dla rodzin zawodników. Problem z perspektywy graczy wyjaśniał w swojej biografii Jakub Błaszczykowski. - Przez cały czas my, piłkarze, byliśmy wodzeni za nos przez ówczesne władze PZPN. Przecież my przed każdym spotkaniem turnieju każdego dnia, zamiast koncentrować się na grze, siedzieliśmy w hotelowym lobby i czekaliśmy... Na co? Na informację, czy będziemy mogli kupić tyle wejściówek dla naszych bliskich i przyjaciół, ile PZPN nam już wcześniej obiecał. Czy nasze rodziny, które przejechały pół Polski, w ogóle wejdą na stadion. Od zgrupowania w Austrii prosiliśmy PZPN, by ustalić i zamknąć wszystkie sprawy organizacyjne, w tym te nieszczęsne bilety. Prezes Lato ani razu nie miał czasu, by spotkać się w tej sprawie z radą drużyny. Jak ustalał termin, to za chwilę go przesuwał.

- W końcu nie wytrzymałem i na dwa dni przed meczem z Grecją, pierwszym na Euro, sam zebrałem drużynę w jednej sali w hotelu w Warszawie, w którym mieszkaliśmy. Lato od rana wiedział, że na niego czekamy i chcemy wszystko ustalić: to, że mamy tyle i tyle wejściówek, że kupujemy je i odbieramy wtedy i wtedy. Potwierdził, że przyjdzie. I nie stawił się, choć był wtedy w hotelu. Jak się okazało, schował się w swoim samochodzie i czekał tam 20 minut, po czym usłyszeliśmy, że teraz to on już nie może przyjść, bo ma inne ważne spotkanie. I później do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, na czym stoimy i tak było przed każdym meczem. A przecież mieliśmy pewne ustalenia, a te nijak nie były później realizowane. Nikt nam nie potrafił powiedzieć, czy PZPN na dany mecz przewidział dla nas dwie wejściówki, czy cztery, czy żadnej. Nie powinienem zajmować się takimi sprawami przed tak ważnymi meczami na tak ważnym turnieju, ale drużyna przychodziła z tym do mnie jako do kapitana. Ludzie z PZPN nie słuchali nikogo ze sztabu kadry, a o wszystkim musiał decydować prezes Lato. Nie może być tak, że przed najważniejszym meczem z Czechami siedzimy na telefonach. Jeden ma rodziny w Gdańsku, inny w Szczecinie i do dziesiątej rano nie wie, czy będzie mógł kupić te bilety, czy nie — opisywał.

3
KONFLIKTY Z MEDIAMI
Paweł Janas
FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Wydaje się, że problem może być błahy, ale atmosfera wokół drużyn grających na mistrzostwach bardzo często psuła się także z powodu fatalnych relacji piłkarzy z mediami. Szczególnie głośny był konflikt z 2002 roku, ale powtarzał się także przy okazji innych turniejów. - W Korei pierwszy raz popieprzyła się relacja między piłkarzami a dziennikarzami. Za bardzo się zakolegowaliśmy. Powinniśmy trzymać kumpli na dystans, należało oddzielić futbol od koleżeństwa. To byłoby lepsze i dla nas i dla nich. A tak się zaczęło: mnóstwo wywiadów przez telefon, bez żadnej autoryzacji, jeden coś dodał, drugi przekręcił, trzeci podkręcił, czwarty w ogóle coś zmyślił. Ewidentnie daliśmy się podpuszczać. To była z naszej strony całkowita amatorka — twierdził Hajto.

Dudek początek nagonki datuje na charytatywną licytację turniejowych numerów, która odbyła się kilka miesięcy przed mistrzostwami. - Dziennikarze pisali, że selekcja została zakończona, numery rozdane, więc zawodnikom nie chce się grać. Nieszczęsna licytacja wiele razy powracała jako koronny argument — pisał. Piotr Świerczewski proponował wówczas wprowadzenie opłat za wywiady udzielane prasie i telewizji. Po latach nie wycofał się z tego pomysłu i twierdził: - Piłkarze nie dorośli do gry w mistrzostwach świata, a dziennikarze nie dorośli do relacjonowania mistrzostw świata. Kilku z nich było bardzo natarczywych, więc chcieliśmy ich zgasić, a reszta dziennikarzy solidarnie wzięła ich stronę i zrobił się z tego konflikt na całą grupę. Nie dość, że pisali o nas bzdury, to jeszcze nas wyzywali, więc i my sobie na to pozwoliliśmy — opowiadał. W końcu piłkarze uatrakcyjniali sobie czas w Korei, wyzywając dziennikarzy. - Gdy w Korei był konflikt z dziennikarzami i w autokarze poszło hasło, żeby pozasłaniać firanki i z takiej pozycji krzyczeć na dziennikarzy, też zasłoniłem swoją — wspomina Paweł Sibik.

Ostro było także podczas kolejnego mundialu. To wtedy, po meczu z Ekwadorem, powstała jedna z najsłynniejszych okładek w historii polskich mediów. - Docierało do nas to, co działo się w Polsce, w tym słynna okładka “Faktu” z hasłami wstyd, hańba, kompromitacja, nie wracajcie do domu. Mieliśmy polską telewizję w ośrodku, rozmawialiśmy z bliskimi, znajomymi, wiedzieliśmy, że w naszą stronę skierowane jest ostrze krytyki. Media urządziły sobie lincz. Gdy przegrasz, gdy balon oczekiwań pęka z takim hukiem, nie ma nic do powiedzenia. Wszystko będzie brzmieć źle — opisywał Sebastian Mila.

4
ROZBICIE GRUPY
Marcin Wasilewski
Piotr Kucza/400mm

Gdy grupa kilkudziesięciu nabuzowanych mężczyzn ma ze sobą spędzić kilka tygodni, często dochodzi do problemów. Zwłaszcza jeśli trener nie zabierze na turniej jakiegoś cenionego przez nią członka. Znów koronnym przykładem jest mundial w Korei, gdzie popełniono chyba wszystkie możliwe błędy. Wówczas koncentracja zawodników ulatywała na kłótnie z selekcjonerem o powołanie dla Tomasza Iwana. Uczestnicy tamtego mundialu sporo miejsca poświęcają w autobiografiach postaci, której na turnieju w ogóle nie było. - Wtedy tak na to nie patrzyłem, ale dziś wiem, że my zawodnicy w ogóle nie powinniśmy się w to wtrącać. A tymczasem zachowaliśmy się bardzo nieprofesjonalnie: ja, Wałdoch, Matysek, Bąk, Zieliński, Dudek chodziliśmy do trenera i mówiliśmy, że musi Tomka powołać, bo to nasz przyjaciel. To wtedy pojawił się pierwszy zgrzyt między drużyną a selekcjonerem. Engel się nam wtedy stanowczo postawił i powiedział, że komu się nie podoba, ten może na mistrzostwa nie jechać — opisywał Hajto, który w innym miejscu zauważył, że atmosfera kompletnie się zepsuła. - Nasza wcześniejsza jedność, grupowa solidarność, zaczynała się rozmywać. Przestawaliśmy być prawdziwą drużyną, każdy myślał tylko o kolejnym transferze — dodał.

Świerczewski po latach nadal twierdzi, że brak powołania dla Iwana był błędem. - Miał mocną pozycję, był nie tylko naszym przyjacielem, ale wręcz jednym z liderów zespołu. Świetnie pasował do drużyny charakterem, scalał nas. Jako trzon tej kadry czuliśmy, że taki ruch rozbije nas od środka — opowiadał. Problemem był nie tylko sam brak Iwana, ale też zachowanie tych, którzy o niego walczyli. Widać to w biografii Dudka, który przywołuje ówczesną wściekłość Hajty na to, że podczas dyskusji z Engelem odzywał się tylko on. - Po co nam k..., potrzebnych dziewięciu obserwatorów? Jak ja teraz wyglądam w oczach trenera? Co sobie o mnie pomyśli? Ja się wykłócałem, a reszta milczała. To tylko pogłębiło podziały w zespole i nie wróżyło niczego dobrego przed wyjazdem do Korei — pisał.

Szokująco, nawet po latach, wyglądają opisy, jak drużyna przyjęła tego, który wskoczył w miejsce Iwana, czyli Pawła Sibika z Odry Wodzisław, o którym Świerczewski powiedział w mediach, że zgubiłby się na dworcu w Warszawie. Opowiada sam boczny pomocnik w książce “Mistrzowskie rozmowy”: - Mamy trening. Gram naprzeciwko Marka Koźmińskiego. Ja prawa pomoc, on lewa obrona. Dostaję piłkę, puszczam ją z jednej strony, a sam obiegam Marka z drugiej. A że miałem gaz, to mu uciekłem. Mijają dwie sekundy i Marek wjeżdża we mnie dwiema nogami, całą siłą, bez pardonu w Achillesy. Ewidentnie na kontuzję. Tu nie ma mowy o przypadku czy błędzie — za długo jestem w piłce, by nie wiedzieć, jak się wchodzi po piłkę, a jak się wchodzi wślizgiem na nogi. Marek ewidentnie wchodził na kontuzję. To było przykre. Po prostu cholernie przykre – trening reprezentacji kraju, tuż przed wyjazdem na mistrzostwa i takie wejście w kolegę z zespołu […]. Nie śmiałem czegokolwiek powiedzieć. Podniosłem się z murawy i wlepiłem wzrok w Marka. On nic. Spojrzałem na innych – wszyscy nagle odwróceni w inną stronę, a ci, którzy nie zdążyli, tylko spuścili głowy. Aha, czyli ciche przyzwolenie. Spojrzałem na niego, dałem mu czas, ale nic nie nastąpiło. Tak samo drużyna — nikt nie podbiegł, nikt słowa nie powiedział, zero reakcji. Wiesz, co się wtedy czuje? Gdy jesteś w drużynie, a okazuje się, że drużyna nie jest z tobą? — pytał.

Kałużny zauważał, że grupa w okolicach turnieju straciła do siebie zaufanie. - Do mundialu panowała hermetyczność. Z szatni nie wychodziły żadne informacje. Mogliśmy na siebie liczyć. Z czasem okazało się, że coraz więcej kolegów pierze brudy przy użyciu prasy. To strasznie mnie zabolało. Było złamaniem podstawowej zasady. Przestałem czuć się pewnie w tym gronie — relacjonował. Marcin Żewłakow twierdzi, że do problemów doszło przez kłótnie o pieniądze. - Weszliśmy w sferę reklam. To było pierwsze pęknięcie w tej wspólnocie. Po raz pierwszy nastąpiło zindywidualizowanie celów. Wszystkich nam w tamtych chwilach zabrakło doświadczenia, świadomości, że gdy podzielimy się w komercjalizacji sukcesu, to podział przeniesie się na boisko. Zaczęło się ściganie w formule kto, komu i za ile — mówił.

Sytuacja powtórzyła się cztery lata później, gdy Paweł Janas nie zabrał do Niemiec Jerzego Dudka, Tomasza Frankowskiego czy Tomasza Kłosa. - Nie ukrywam, atmosfera była napięta. Trener Janas zaskoczył powołaniami. W domu został niejeden doświadczony zawodnik, który stanowił o sile zespołu, również w szatni. Spekulowano tak długo o tym, kto pojechał, a kto nie, że sami zaczęliśmy chyba tracić pewność siebie, za dużo myśląc o tym, kogo nie ma w kadrze — przypominał sobie Sebastian Mila.

Problem z jednością w grupie miała też kadra Franciszka Smudy, w której występował podział na Polaków i “farbowanych lisów”. - Dziś widzę, że lepiej było zaufać naszym chłopakom. Zacząć dwa, trzy lata przed Euro i ich sobie wychować dla kadry. Oni by popełniali na początku dziesięć błędów, potem pięć. Ale na Euro byliby gotowi. Dopiero po awansie na Euro 2016 do mnie dotarło: a gdyby teraz, przed turniejem finałowym, wskakiwał do kadry ktoś nowy? Może być dobry, ale jednak coś się od tego w środku psuje. Może my tego nie widzieliśmy, a już się psuło. Inaczej gra ktoś zżyty z drużyną, a inaczej ktoś nowy — mówił o polskich mistrzostwach Europy Robert Lewandowski.

5
ZŁE PRZYGOTOWANIE FIZYCZNE
Trening reprezentacji Polski
Piotr Kucza/400mm

Przed każdym turniejem telewizje pokazują obrazki z piłkarzami wylewającymi poty na treningach. Niemal zawsze okazywało się potem, że na mistrzostwach brakowało im siły. Pierwsza doświadczyła tego oczywiście kadra Engela. - Popełnił wtedy olbrzymi błąd. Trzeba było nam się przyjrzeć, przekonać się, w jakim miejscu jesteśmy po sezonie, zindywidualizować przygotowania, a nie wrzucać wszystkich do jednego wora. Trenerzy nie potrafili odpowiednio dobrać ćwiczeń i zindywidualizować zajęć. Ten cały sztab to były marionetki – zarzucał Hajto. Podobne wrażenia mieli choćby Dudek i Kałużny. Wszyscy będący po ciężkich sezonach w ligach zagranicznych. - Wykonywaliśmy tzw. podbudowę tlenową. To znaczy: bieganie, bieganie i jeszcze raz bieganie. Dwa razy dziennie. Było tak ostro, że miałem problemy z wejściem do hotelu - pisał Kałużny, który podobnie czuł się już w Korei. - Miałem prawie dwa metry wzrostu, a faceciki mierzące po 150 spokojnie mnie przeskakiwali. Nie miałem siły, żeby ich gonić. Byłem totalnie zajechany. Nie miałem świeżości, brakowało mi siły. Nie mogłem nawet porządnie wyskoczyć. Robiłem sprint i czułem, że zaraz muszę stanąć. Przemęczenie dawało się we znaki zbyt mocno — twierdził.

Dokładnie to samo stało się cztery lata później z kadrą Janasa. - Widziałem po drużynie, że była słabsza fizycznie niż w eliminacjach. Przez eliminacje szliśmy jak burza, byliśmy w gazie, a potem coś siadło. Nie każdy utrzymał tę formę, którą miał przez eliminacje i, mówiąc delikatnie, jest to dla mnie niezrozumiałe — podkreślał Jacek Bąk.

Problemy z przygotowaniem fizycznym miała też kadra Smudy. - Ciężary dźwigałem wtedy jak nigdy. Byłem zaprawiony, ale to nawet dla mnie było za dużo. Zgubiło nas nasze typowo polskie myślenie: jakoś to będzie. Z Grekami zagraliśmy świetne 45 minut i się wypompowaliśmy. Przytkało nas. Z Czechami było to samo: ruszyliśmy z kopyta i po przerwie zabrakło sił - opisywał Lewandowski. Selekcjoner zwalał winę na zatrudnionego przez związek trenera przygotowania fizycznego, co po części pokazuje też słabość sztabu szkoleniowego. - Takie były wtedy nastroje w zarządzie PZPN. Oni nie chcieli, żebym sam przygotował drużynę. Chcieli mieć profesjonalistę, a była moda na amerykańskie firmy od przygotowania fizycznego i na to poszliśmy. Po czasie mogę powiedzieć: lepiej, jakby sobie Smuda zrobił tak, jak robił w Lechu Poznań. Ale gdyby nie wyszło, toby przecież od razu powiedzieli, że to moja wina, bo robiłem jak w klubie. Ktoś dawał pieniądze, tyle wiary było w narodzie, a ja miałem głowę położyć za to wszystko? Ja wolałem to mieć w swoich rękach, ale usłyszałbym, że selekcjoner musi mieć więcej czasu, po co się ma brać za przygotowanie fizyczne — tłumaczył Smuda, cytowany w biografii Lewandowskiego.

6
KIEPSKA LOGISTYKA
Mundial 2002
FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Turniej to też wyzwanie organizacyjne, z którym nie zawsze związek sobie radził. A to generowało kłopoty. Kadra Engela zmagała się ze znużeniem związanym z ciągłym przebywaniem w zamknięciu. - Nie mieliśmy już ochoty na nic. Bez radości wychodziliśmy na trening, na obiad. Każdy szedł, bo musiał. Dało się wyczuć pewien automatyzm zachowań. Nie mieliśmy kompletnie żadnych atrakcji, dzięki którym moglibyśmy jakoś odreagować, urozmaicić sobie ten pobyt — pisał Dudek. Zawodnicy wpadali więc na głupie pomysły. Zakładali się, kto najlepiej poradzi sobie na pływalni, przez co Kałużny dwa dni przed meczem z Koreą rozbił sobie głowę, zalewając krwią cały basen. Później przyszła kolej na bardziej klasyczne rozrywki. - Po kilku tygodniach krążenia między hotelem, boiskiem i sporadycznie stadionem dostawaliśmy palmy. Potrzebowaliśmy klasycznego resetu. Piliśmy na potęgę — pisał Kałużny o końcowej fazie mistrzostw.

Na izolację narzekał też Marcin Żewłakow. - Nie miałem czym się zająć w wolnym czasie. Nie miałem możliwości zobaczyć, jak oddycha miasto, przejść się po ulicach, czy choćby przez chwilę pobyć w innym środowisku. Jeśli chciałem napić się kawy, to pokazywano mi bar w hotelowym lobby. Odczuwało się to zamknięcie, stałą kontrolę — relacjonował.

Kadrze doskwierały warunki w hotelu, w którym klimatyzacja była sterowana centralnie, bez możliwości ustawienia temperatury w poszczególnych pokojach. - Powietrze miało najwyżej z 16 stopni, dlatego wlot zakrywaliśmy ręcznikami. Ale momentalnie robiło się wtedy duszno. A wyłączyć klimatyzacji się nie dało. Budziliśmy się rano z bolącymi gardłami, nie mogąc wymówić słowa. Połowa drużyny po kilku dniach miała anginę. Doktorowi już po tygodniu zabrakło niektórych leków. A nie mogliśmy się szprycować antybiotykami, bo po nich błyskawicznie traci się siły. Większość chłopaków czuła się fatalnie — wspominał Dudek.

Kolejny sztab kadry dostał od poprzedników informację, czego unikać, jednak zrobił to samo. - Tomek Koter przekazał mi jedną bardzo cenną uwagę z Korei – ich sztab po czasie ocenił bowiem, że podczas swoich mistrzostw zbyt mocno zamknęli się na świat zewnętrzny i negatywnie odbiło się to na drużynie. W Barsinghausen się to powtórzyło, ale ja nie miałem na to wpływu. Mimo moich sugestii, żeby nie iść w tym kierunku, trenerzy zdecydowali, że wolą izolację, pełen spokój i ciszę — opowiadał Rola Wawrzecki o mundialu w Niemczech.

Zawodnicy odczuli to podobnie jak ich poprzednicy cztery lata wcześniej. - Pierwszy raz pojechałem na zgrupowanie trwające miesiąc. Nastawiałem się, że to trudne, ale nie wiedziałem, że aż tak. To nie tylko psychologia, ale też kwestie pragmatyczne. Każde opuszczenie ośrodka, mecz, trening, następowały w konwoju policyjnym. Gdy chciałem wyjść z ośrodka, żeby kupić szczoteczkę do zębów, musiałem mieć zgodę ochrony oraz wziąć ze sobą gościa z obstawy — mówił Bartosz Bosacki.

7
NIEPRZYGOTOWANIE MENTALNE
Mundial 2006
FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl

Kilka razy reprezentacjom zdarzyło się zlekceważenie rywali i zbytnie uwierzenie w swoją siłę. Mocno było to widać choćby w Korei. - Myślę, że wtedy troszkę za bardzo się rozpędziliśmy. Nie ostudziliśmy emocji związanych z łatwym i szybkim awansem. To nas zgubiło. Nie byliśmy świadomi skali przeskoku między eliminacjami a turniejem finałowym. Mistrzostwa świata to turniej dla najlepszych. Wszyscy finaliści jakoś tam awansowali. Nie tylko Polska. A my mieliśmy swoje zgubne przekonanie, że skoro awansowaliśmy na mundial jako pierwsi, to i jako najlepsi — mówił Świerczewski.

O dziwo jeszcze bardziej wyraźnie lekceważenie przeciwników widać było w Niemczech. - Dziś wiem, że mówienie o tym, że jesteśmy znacznie lepsi od Ekwadoru i Kostaryki, było przesadzone i niepoparte faktami. Jeszcze przed Ekwadorem myśleliśmy już tylko o Niemczech. Ekwador? Spokojnie do ogrania, spacerek. Problem zacznie się dopiero z Niemcami. Wszyscy zastanawiali się tylko nad tym, jak będzie z Niemcami, kto zagra, w jakim ustawieniu, ilu obrońców i w jakim składzie wyjdą Niemcy. O Ekwadorze ani słowa. Czy to nie lekceważenie? — pytał Bosacki.

Zgubne było ogranie Ekwadorczyków pół roku wcześniej w meczu towarzyskim. - W tamtym meczu pokazaliśmy, że umiemy grać w piłkę, gdy nie ma nerwów. Ale potem przyszedł mecz na mistrzostwach i okazało się, że gdy dochodzi presja, to już nie umiemy. Ekwador nie był lepszy, ale mądrzej podszedł do meczu. Miał lepiej ustawione głowy. W 2002 byliśmy mocno hej do przodu, za dużo nam się wydawało. Pierwsi weszliśmy na mistrzostwa, każdy w drużynie mówił, że wyjście z grupy jest na bank, a potem może ugramy coś więcej. W 2006 wszystko na treningu u nas chodziło jak potrzeba, a potem włączała się blokada. Mentalnie byliśmy słabi. Nastąpił paraliż — stwierdził Jacek Bąk.

Mentalny problem w zespole z 2006 roku widział też Rola-Wawrzecki. - Każdy z nas mówi to samo: byliśmy przekonani, że wyjdziemy z tej grupy. Patrzyliśmy w rozpiskę, z kim będziemy dalej grać. A z najbardziej prawdopodobnego scenariusza wynikało, że dalej miała być Anglia. I ten szczyt formy sportowej Janas przygotował właśnie na Anglię. Miała przyjść trochę później, niż na Ekwador, ale jakoś, widzi pan, nie zdążyliśmy jej pokazać — mówił kierownik kadry z 2006 roku. Należy tylko mieć nadzieję, że po latach kadra Paulo Sousy nie dostarczy nowych przykładów, jak można zepsuć turniej tuż przed jego startem.

Do przygotowania tekstu zostały wykorzystane następujące książki:

1. Sebastian Mila - Sebastian Mila i Leszek Milewski, Wydawnictwo SQN.

2. Kuba - Jakub Błaszczykowski i Małgorzata Domagalik, Wydawnictwo Buchmann.

3. Powrót Taty - Radosław Kałużny, Mateusz Karoń, Wydawnictwo Kopalnia.

4. Uwierzyć w siebie. Do przerwy 0:3 - Jerzy Dudek, Dariusz Kurowski. Wydawnictwo Zysk i S-ka.

5. Ostatnie rozdanie - Tomasz Hajto i Cezary Kowalski, Wydawnictwo SQN.

6. Dziekan - Dariusz Dziekanowski i Arkadiusz Nakoniecznik, Wydawnictwo Akurat.

7. Nienasycony - Paweł Wilkowicz, Wydawnictwo Agora.

8. Mistrzowskie rozmowy - Nikodem Chinowski, Wydawnictwo Magnus.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.