Sidney Moncrief: W trakcie kariery nie zdawałem sobie sprawy z moich umiejętności. Teraz siadam i mówię: „cholera, dobry był ze mnie zawodnik” (WYWIAD)

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Sidney Moncrief
Fot. Focus on Sport via Getty Images

Wchodził do NBA wraz z pojawieniem się w niej linii rzutów za trzy punkty. Do dziś nie znalazł się żaden obrońca, który powtórzyłby jeden z jego wyczynów. Sidney Moncrief, dwukrotny najlepszy obrońca sezonu, pięciokrotny uczestnik Meczu Gwiazd i członek koszykarskiej Galerii Sław opowiada newonce.sport o grze w latach osiemdziesiątych, wielkiej wytrzymałości psychicznej, porównaniach Michaela Jordana do LeBrona Jamesa czy trudnościach w funkcjonowaniu po zakończeniu kariery.

MICHAŁ WINIARCZYK: Mówię: przywództwo, myśli pan o…?

SIDNEY MONCRIEF: Byciu mentorem, pewnego rodzaju wychowawcą. Przywódca musi być osobą, która będzie inspirować innych poprzez zachowanie i działania. Jeśli chcesz nim być dla innych, najpierw musisz zostać liderem dla siebie. Wyliczam pięć cech, które są potrzebne w prawidłowym funkcjonowaniu każdego człowieka i mogą ci w tym pomóc. To motywacja, dyscyplina, empatia, umiejętności społeczne i kontrola. Wszystkie pozwalają prawidłowo funkcjonować i rozumieć innych.

Takie przekonanie tkwiło w panu od zawsze, czy to kwestia nauki przez życie?

Transformacja następuje we mnie cały czas. Ludzie często lubią mówić: gdybym wtedy wiedział tyle, co dziś, to… Nie dziwię się. Im jesteś starszy, tym wiesz i rozumiesz więcej. Lepiej zdajesz sobie sprawę, z tego kim jesteś, jakie masz cele w życiu. Czasem jest tak, że starasz się czegoś nauczyć. Próbujesz raz za razem i nic nie wychodzi. Starzejesz się i bang… pojmujesz wiedzę. Przez większość życia byłem skupiony tylko na koszykówce. Dopiero po zakończeniu kariery zrozumiałem, że istnieje wiele aspektów, o których nic nie wiem. Zacząłem myśleć, że mam sporo do nadrobienia, choć muszę podkreślić, że stanowiło to świetną zabawę. Wiele ciekawych, czasem bolesnych lekcji ukształtowało mnie takiego, jakiego teraz słyszysz i widzisz.

Co wyniósł pan z rodzinnego domu, dorastając z sześciorgiem rodzeństwa i samotnie wychowującą was matką?

Myślę, że coś, co najbardziej się teraz przydaje, choć nigdy wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, to umiejętność budowania zdrowych relacji międzyludzkich. Nie chodzi tylko o osobisty kontekst, że pomagało to tylko i wyłącznie mi. Nic z tych rzeczy. Dzięki dorastaniu w licznej rodzinie łatwiej rozumiem inne osoby, przez co lepiej mogę im pomóc. Inna ważna cecha, o której muszę wspomnieć jest niekonieczne związana z rodzinnym domem. To umiejętność pracy w zespole. Tego nauczył mnie college. W drużynie Arkasnas Razorbacks każdy czuł się ważną częścią ekipy. Nie było wywyższania się, każdy dostosowywał się do założeń. Przez to siłą rzeczy rozwijaliśmy się indywidualnie.

Na wybór tej uczelni miał wpływ przede wszystkim fakt, że pochodzi pan z Arkansas?

Można tak to ująć. Wychowywałem się w stolicy stanu, Little Rock. Wychodziłem z założenia, że wybór tego uniwersytetu jest oczywisty. Chciałem pokazać się szerszemu koszykarskiemu światu w barwach rodzimej ekipy. Pomimo przewidywań wiedziałem, że nasz zespół stać na wiele. Miałem świetnych partnerów takich jak Marvin Delph czy Ron Brewer. Całość dobrze składał trener Eddie Sutton.

To z college’u mam chyba najwięcej sportowych wspomnień. W NBA rozegrałem setki spotkań, ale do studenckich czasów wracam z olbrzymim sentymentem. Spędzając lata z tymi samymi osobami, nawiązujecie znajomości, które trwają dekadami. W profesjonalnej koszykówce zawodnicy szybko przychodzą i odchodzą. Czasem nie jesteś w stanie zaznajomić się z partnerem. Przypomina mi się starcie z UCLA w Sweet Sixteen (finałowa szesnastka najlepszych drużyn w sezonie – przyp. M.W). W tamtym czasie byli potęgą jeśli chodzi o uczelnianie ekipy. Większość licealistów marzyła o trafieniu do Los Angeles, a inne zespoły stawiały ją za wzór. My ich pokonaliśmy i to jeszcze w świetnym stylu. Podobnie było w 1976 roku podczas meczu z Houston Cougars. Parę lat wcześniej, za czasów Elvina Hayesa, mieli podobny status co UCLA. Przyjechali jak po swoje, a skończyło się 92:47 dla nas. Cała Ameryka mogła zobaczyć moc Razorbacks, bo mecz transmitowano w ogólnokrajowej telewizji.

College to moment, w którym chłopiec staje się mężczyzną?

Widziałem badania, które pokazywały, że następuje to dopiero w połowie czwartej dekady życia. I wiesz co? Jakoś potrafię w to uwierzyć (śmiech). Mówiąc poważnie, myślę, że to był okres, w którym stałem się mężczyzną w sensie koszykarskim, ale nie życiowym. Tym facetem z definicji zostałem długo po skończeniu gry, pewnie jako 50 albo 60-latek. Zawodowi atleci żyją w pewnego rodzaju bańce. Po karierze zaczynają uczyć się i rozwijać na nowo. Jako były sportowiec trafiasz do innego świata, bo zderzasz się z sytuacjami, które wcześniej były ci obce.

Za pana czasów normalnością był czteroletni pobyt na uczelni. Dziś najlepsi odchodzą po roku, przy okazji narzekając na brak zarobków w NCAA. Co pan o tym sądzi?

Trudno uznać to za dobry trend. Wiadomo, czasy się zmieniają. Zawodnicy mają inną mentalność. Jestem pewien, że większość z tych, którzy po roku zgłosili się do draftu nie zrobiliby tego samego 30-40 lat temu. Rywalizowało wtedy mniej zespołów, a rozgrywki były bardziej wyrównane. Niemniej, jeśli czołowy prospekt NCAA uważa, że po roku gry na uniwersytecie jest gotowy na podbój NBA jako jedynka draftu – śmiało, niech próbuje. Z kolei inny zawodnik może zdecydować się na chwilowy wyjazd za granicę. To też może być dobrą opcją. Pamiętaj, że nie każdy, kto decyduje się na pójście do college’u idzie tam z myślą o jego ukończeniu. Dla niektórych to tylko okazja do gry, nic więcej.

Co panu najbardziej zapadło w pamięć z pierwszych chwil po wyborze w drafcie przez Milwaukee Bucks?

Długo nie wiedziałem, gdzie wyląduję. Mogłem trafić do Detroit, Chicago albo Nowego Jorku. Wylądowałem w Milwaukee, mieście, którego wcześniej nie znałem. Musiałem nieco się dowiedzieć na jego temat, ale nie narzekałem. Wiedziałem, że moim obowiązkiem jest być przygotowanym najlepiej jak się da niezależnie od tego, gdzie trafię. Pamiętam pierwszy obóz z Bucks. Był wymagający, ale o dziwo pod względem fizycznym nie szokował. Przez ostatnie cztery lata trener Sutton męczył nas równie mocno w Arkansas. Odizolowano nas od świata, byśmy skupili się na przygotowaniach do sezonu NBA. Wtedy często walczyłem w parze z Brianem Waltersem, uczestnikiem Meczu Gwiazd. Mocno mnie cisnął, nie mogłem go powstrzymać. Zrozumiałem, że NBA to inny poziom sportowy i żeby coś osiągnąć, jak najszybciej muszę się do niej przystosować.

Spodziewał się pan, że Milwaukee stanie się domem na następną dekadę?

Zawodnik NBA, który przychodzi do pierwszego zespołu myśląc, że zostanie w nim na całą karierę jest naiwny. Często koszykarze są zszokowani, bo w dziwnych okolicznościach dowiadują się o tym, że ich wymieniono. Pamiętam wydarzenia przed drugim sezonem, gdy do ligi dołączali Dallas Mavericks. Każdy klub mógł zastrzec kilku zawodników, reszta mogła zostać wybrana w dodatkowym drafcie przez zespół z Teksasu. Miałem duże obawy, czy znajdę się w tym gronie. Później już nigdy takimi rzeczami się nie martwiłem. Nie interesowało mnie, czy spędzę w Milwaukee siedem, osiem czy dziesięć lat. Byłem nastawiony tylko i wyłącznie na grę na najwyższym poziomie.

Słyszałem historię, że przychodził pan do ligi i przez całą karierę rywalizował z kontuzjowanym kolanem.

Nie nazwałbym tego kontuzją, raczej zwyrodnieniem. Brakowało jakiejś chrząstki w stawie, przez co kości ścierały się ze sobą. Przepraszam, ale nie potrafię opowiedzieć tego dokładnie jak lekarz. Jeżeli wykonywałem ćwiczenia, dbałem o prawidłową konserwację, to nie odczuwałem bólu. Przez zdecydowaną większość kariery wszystko było w porządku. Dopiero pod koniec przestawało wystarczać. Czasem doskwierał mi olbrzymi ból, odbierający radość z koszykówki.

Skąd się wziął pański styl gry? Dziś widok tak zwanego „combo guarda” nie jest niczym nadzwyczajnym. Czterdzieści lat temu zawodnik mierzący 190 centymetrów broniący jak wysoki center mógł dziwić.

Mój styl znany z NBA to kombinacja twardej rywalizacji z czasów ulicznej gry, liceum i college’u. Kiedyś zdarzało się, że grałem bliżej kosza, więc zbieranie piłek, było moim zdaniem. Dopiero z czasem zacząłem występować coraz dalej, aż później normalnością stała się gra za linią trzech punktów. Każde z miejsc dołożyło odrębną cegiełkę do warsztatu, który prezentowałem na zawodowstwie. Za dzieciaka grałem też w futbol. Tam trzeba być twardym, by coś znaczyć.

Ze wszystkich pańskich zalet trener Don Nelson najbardziej cenił pańską wytrzymałość psychiczną. Mówił, że nie spotkał nigdy innego zawodnika lepszego w tej dziedzinie.

Myślę, że to cecha, którą każdy człowiek rozwija w sobie cały czas. To nie ogranicza się tylko do sportu, ale także do życia prywatnego. Nie mogę narzekać na dzieciństwo. W naszej rodzinie nie działy się żadne złe rzeczy. Musiałem za to walczyć o swoje na ulicy. Istniała zasada, że nie możesz być „miękki”. Przygotowało mnie na to także liceum i college. Nie mogłeś trenować u trenera Suttona i nie ukształtować się twardym psychicznie. U niego obciążenia trzeba było pomnożyć razy dwa. Później pozostała mi tylko kwestia odpowiedniego nastawienia.

W 1986 roku w wywiadzie z „Los Angeles Times” powiedział pan: „Niektórzy gracze mogą sprawić, że gra wygląda na łatwą. Ja sprawiam, że wygląda na ciężką”. Co kryje się za tymi słowami?

Chodziło mi o to, że musiałem grać twardo, by dobrze się prezentować. Tylko wtedy mogłem dać z siebie sto procent. Niektórzy zawodnicy sprawiają, że koszykówka wygląda na łatwą, bo są niesamowicie atletyczni. Bazują na zmianie tempa, raz potrafią spowolnić grę, aby po chwili błyskawicznie ją przyśpieszyć. Ich gra przypomina piękny balet, u mnie był to balet na sterydach.

Zastanawiał się pan czego zabrakło Bucks do osiągnięcia sukcesu? Byliście solidnym zespołem, ale zawsze w play-offach konferencji wschodniej lepsi okazywali się albo Boston, albo Philadelphia.

Pamiętam, że Celtics mieli wówczas kilku zawodników, którzy później weszli do Galerii Sław. To dobrze świadczy o tym, jaką siłą dysponowali. Z kolei 76ers w mistrzowskim sezonie mieli Maurice'a Cheeksa, Mosesa Malone’a czy „Doktora J” (Juliusa Ervinga – przyp. M.W) – kolejna ekipa z masą gwiazd. Dodatkowo grał tam Andrew Toney – niesamowity koszykarz, który też byłby w Galerii gdyby nie kontuzje. Nie mogę narzekać, że nasz zespół był słaby, raczej solidny, tak jak ty to ująłeś. Mistrzostwo zdobywa zespół z największą liczbą talentów. U nas było ich trochę mniej w porównaniu do wspominanych ekip.

Skoro mowa o Toneyu. Kiedyś nazwał go pan jednym z najbardziej wymagających rywali.

Andrew był koszykarzem z bogatym arsenałem umiejętności w ataku. Potrafił rzucić punkty przed nosem, przepchnąć, wbić pod kosz. Gdy grałeś przeciwko niemu, wiedziałeś, że czeka cię trudny sprawdzian. Nie chciałbym porównywać różnych er w NBA, bo każda jest inna, ale mogę zaryzykować, że takich gości jak on nie było w historii zbyt wielu.

W pańskim dorobku są między innymi nagrody dla najlepszego obrońcy sezonu czy występy w Meczu Gwiazd. Nie czuć żalu, że nie miał pan u swojego boku takiego wsparcia jak inne gwiazdy z tamtych lat?

Szczerze? Nie mogłem narzekać na słabe wsparcie. Grali ze mną między innymi Marques Johnson, Bob Lanier czy Terry Cummings. To nie byli słabi zawodnicy, tworzyliśmy ciekawy zespół. Nigdy nie pomyślałem, że to brak wsparcia był przyczyną tego, że nie osiągnęliśmy sukcesu. Po prostu nam nie wychodziło. Czasem masz drużynę gwiazd, a przyjedzie rywal, który ma swój dzień i was pokona. To jest właśnie piękno koszykówki.

Minęło blisko czterdzieści lat od pańskich dwóch nagród „Defensive Player of the Year”, a w NBA nie pojawił się jeszcze obrońca, który potrafiłby powtórzyć wyczyn zgarniając statuetkę więcej niż raz. Dziwi to pana?

W sumie nigdy nad tym się nie zastanawiałem. Tak samo jak nie myślałem o tym, jakim dobrym zawodnikiem byłem. Przez całą karierę tkwiła we mnie żądzą bycia jeszcze lepszym. Zarówno wtedy, jak i dziś chciałem pomagać nie tylko sobie, ale i innym. To nie było tak, że sobie postawiłem cel: „chcę być najlepszym obrońcą ligi” albo „chcę zostać wybrany do Meczu Gwiazd”. Myślałem tylko o rozwoju jako sportowiec i człowiek.

Koszykarze NBA przeważnie żyją w „bańce” – wszystkie podstawowe czynności wykonuje za nich ktoś inny. Po zakończeniu kariery mierzą się ze sprawami, które przeciętnej osobie wydają się błahe, a im nie.

Poruszyłeś bardzo interesującą kwestię. Większość koszykarzy stara się dziś kreować równocześnie tożsamość sportową i pozasportową. Zobacz, ilu atletów jest zaangażowanych w różne biznesy jeszcze w trakcie gry. Tkwi w nich żądza prześcigania się, wkraczania na nowe grunty i pokazania siły nie tylko na boisku. Czasem to się udaje, czasem nie. Dla mnie oprócz gry ważne było też życie rodzinne. Mam czterech synów, jestem żonaty od 26 lat. Angażowałem się w wiele biznesów. Chciałbym powiedzieć, że czego nie dotknąłem, to zamieniałem w złoto, ale skłamałbym okropnie. Wiele przedsięwzięć nie wyszło. Traktowałem to jako naukę. W biznesie pomagało to, że miałem za sobą bogatą karierę koszykarską.

Co pana najmocniej nauczyło?

Uchodzę za mocnego psychicznie człowieka, więc przeważnie wszystko przyjmowałem twardo na klatę. Kiedyś otrzymałem radę: znajdź cel, który wpłynie na życie innych. Mocno zapamiętałem sugestię i trzymam się jej do dziś. Nie ma nic piękniejszego, niż sytuacja, gdy twoja pomoc zmienia czyjąś historię. Zawsze mówię ludziom: możecie to robić nawet wtedy gdy sami się rozwijacie. Nie musicie poświęcać życia czy kariery na pomoc innym. Te sprawy łączą się ze sobą. Uwierz mi, to sprawia, że każdy dzień traktujesz jak najlepszy w życiu. Wspomnę o jeszcze jednej lekcji. Nigdy nie wiesz tyle, ile ci się wydaje. Gdy byłem młody biła ode mnie arogancja. Miałem poczucie, że dużo wiem na dany temat. Nie chciałem słuchać innych, bo w czym oni mogą pomóc, skoro wiem lepiej. Nic bardziej mylnego. Nawet będąc sześćdziesięciolatkiem codziennie uczę się życia.

Wróćmy do koszykówki. Gdyby dostawał pan dolara za każdym razem, gdy słyszał, że Moncrief jest najbardziej niedocenianym zawodnikiem w historii NBA, to ile miałby ich na koncie?

Miliony! Dobra niech będzie… setki tysięcy (śmiech). Zdarzało mi się na ten temat zastanawiać. I wiesz co… kogo to obchodzi? Było minęło, jeśli naprawdę byłem niedoceniany, to co z tego? Nie grałem dla popularności, choć nie ukrywam dziś mam o wiele większe uznanie dla koszykarskiego dorobku. Czasem obejrzę „highlightsy” na YouTube i jestem pod wrażeniem. W trakcie kariery nie zdawałem sobie sprawy z moich umiejętności i osiągnięć. Teraz siadam i mówię do ekranu: cholera, Sidney, dobry był z ciebie zawodnik.

Mistrz olimpijski z siatkarską reprezentacją Brazylii Nalbert mówił, że za czasów gry nie potrafił doceniać swoich sukcesów. Dopiero teraz po wielu latach zdaje sobie sprawę z osiągnięć.

Mogę podpisać się pod tymi słowami. Nie interesowało mnie to, że ktoś chwalił moją grę. Dobra fajnie, dziękuję za komplement – i tyle. Odstawiałem dobre słowa na bok. Nie potrafię nawet opowiedzieć jakiejś śmiesznej sytuacji z szatni, bo w ogóle nie starałem się ich zapamiętywać. Dzisiaj wracam do starych materiałów, artykułów i nie powiem, człowiekowi robi się miło na sercu. Zanim zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę, byłem już dawno na koszykarskiej emeryturze. Mam do siebie więcej szacunku niż kilkadziesiąt lat temu.

W jednym z wywiadów przeczytałem, że nieco żałował pan zbyt wczesnego zakończenia kariery.

To nie była za szybka decyzja pod względem emocjonalnym, psychicznym. Miałem dosyć polityki i całej otoczki towarzyszącej profesjonalnej koszykówce. Chciałem odsunąć się od basketu. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że mam jeszcze sporo do zaoferowania jako zawodnik. Po roku przerwy wróciłem do NBA w barwach Atlanta Hawks. Nie chciałem mieć w przyszłości żalu, że odchodzę zbyt szybko.

Powrót po przerwie dał niesamowitego kopa. Znów czułem się jak pierwszoroczniak. Napędzała mnie ta sama ekscytacja co lata wcześniej, gdy po raz pierwszy pojawiłem się na zawodowych parkietach. Miałem wrażenie, jakbym ponownie spotkał się z czystą, piękną koszykówką.

Przez lata nasłuchałem się wielu opinii na temat kończenia kariery. Jedna grupa sportowców mówi, że należy grać tak długo jak się chce, druga wskazuje, by powiedzieć stop w szczytowym momencie, by nie rozdrabniać dorobku. Do której można pana zaliczyć?

Zdecydowanie do pierwszej. Jeśli czyta to jakiś profesjonalny atleta, to niech rywalizuje, póki ma chęci. Coś ci powiem. Większość legend NBA grała o dwa, trzy lata za długo. Nikogo to jednak nie obchodzi, każdy pamięta przede wszystkim ich sukcesy. Ktoś wypomina ostatni sezon Walta Fraziera w Cleveland albo jakiegokolwiek innego wielkiego koszykarza? Nie, w pamięci kibiców siedzą głównie momenty ze szczytu kariery – mistrzostwa, nagrody MVP i tak dalej. Wątpię, żeby na wielkość utytułowanego sportowca miał ostatni rok czy dwa. Bardziej ma znaczenie to, ile trwał jego szczyt, czy z niego szybko spadł, czy zadomowił się na nim na lata. Na decyzję o zakończeniu kariery wpływ powinien mieć tylko i wyłącznie zawodnik, nie kibice albo media.

Widzi pan podobnego zawodnika do siebie w dzisiejszej NBA? Ponoć Kawhi Leonard ma podobny styl.

On jest zdecydowanie większy i silniejszy niż ja. Znakomicie gra w obronie, w ataku też niczego mu nie brak. Jego gra ma więcej płynności w porównaniu do mojego agresywnego stylu. Choć nie śledzę dzień w dzień koszykówki, to wiem, że liga nie może narzekać na brak talentów. To oni zachęcają fanów do oglądania, a wiadomo, że w przypadku NBA nie chodzi tylko o sport, ale także o show i biznes. Pod tym względem zarządzający muszą chyba być zadowoleni.

Sidney Moncrief odnalazłby się w tym świecie?

Hmm… nie wiem, podejrzewam, że tak, ale moje czasy, a te obecne to dwie różne ery. Często ludzie zapominają, że nie ma co porównywać różnych dekad w NBA. Każda z nich to oddzielny rozdział historii. Jaki sens mają zestawienia pod kątem oddanych rzutów za trzy punkty skoro wiadomo, że dziś wykonuje się ich średnio kilka albo nawet kilkanaście razy więcej niż trzydzieści lat temu? W latach osiemdziesiątych inaczej się grało i trenowało niż w dziewięćdziesiątych. Gdyby za moich czasów kładziono większy nacisk na „trójki”, to rzucano by ich więcej. Odwrotna sytuacja, każ dzisiejszym koszykarzom grać siłowo i często podawać piłkę. Przecież to byłby inny sport.

Podejrzewam, że nie jest pan fanem porównań typu Michael Jordan kontra LeBron James.

Zdecydowanie, takie zestawienia kompletnie nie mają sensu. Obaj nie grali w szczycie formy w tym samym czasie. Sytuacja w NBA wyglądała kompletnie inaczej w czasach każdego z nich. Zauważ, że przy porównaniach nikt nie bierze pod uwagę obrony. Zawsze ocenia się koszykarzy pod względem statystyk ofensywnych, mistrzostw bądź nagród MVP. Gdyby do tego dołożono kryterium gry w defensywie, to MJ jest najlepszy, a niedaleko niego znajduje się Bill Russell albo Kareem Abdul-Jabbar. Żeby porównania miały sens, to bierzmy pod uwagę też to, jak ktoś radził sobie w obronie, bo samym atakiem nie wygrasz mistrzostwa.

Jak wspomina pan transformacje z Sidneya-koszykarza na Sidneya-biznesmena. Trudno było rozpocząć nowy etap w życiu?

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak wymagająca jest taka zmiana. Przez lata człowiek przyzwyczaił się do podróży, świateł, rozgłosu. Nawet jeśli tego nie cierpiałeś, było to częścią życia. Zaczyna się już w college’u i trwa dobre kilkanaście albo i kilkadziesiąt lat. Nagle to wszystko znika… Zastanawiasz się, czy jeszcze żyjesz, czy narodziłeś się na nowo i jesteś inną osobą w nieswoim ciele. Mógłbym powiedzieć, że nie odczułem zbyt mocno tego przejścia, bo dosyć wcześnie zacząłem angażować się w biznes. Niemniej, długo tęskniłem za podróżami i ludźmi, z którymi przez lata trenowałem bądź współpracowałem. Nie mogłem tego przywrócić, musiałem prędko wziąć się w garść i funkcjonować w „nowej” rzeczywistości. Nie dziwię się, a wręcz współczuję sportowcom, którzy źle to znoszą.

Załóżmy, że mógłby pan napisać list do młodego Sidneya. Jakie porady zawarłby w nim?

Przede wszystkim napisałbym: pamiętaj, trenerzy trenują, zawodnicy grają. Myślałem, że trzymałem się tego w trakcie kariery, po czym zrozumiałem, że czasem też mówiłem za dużo. Dzisiaj możemy oglądać mecz dzięki dziesiątkom kamer i mikrofonów, mamy też świetne gry komputerowe. Przez to każdy może uważać się za trenera. Wielokrotnie mówiłem sportowcom: zawodnikom płaci się za grę, a trenerom za prowadzenie zespołu. Te dwie zależności muszą funkcjonować równolegle, bo wtedy koszykówka każdemu sprawia radość. W codziennym życiu jest podobnie. Więcej korzyści uzyskasz ze współpracy niż z kłótni.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Podróżuje między F1, koszykarską Euroligą, a siatkówką w wielu wydaniach. Na newonce.sport często serwuje wywiady, gdzie bardziej niż sukcesy i trofea liczy się sam człowiek. Miłośnik ciekawych sportowych historii.