Sezon spisany na straty i długa lista zmartwień. Jaka przyszłość czeka Tottenham?

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Harry Kane, Pierre-Emile Hojbjerg. Tottenham Hotspur - Carabao Cup Final
Fot. Tottenham Hotspur FC via Getty Images

Przegrany finał Pucharu Ligi oznacza kolejny sezon bez trofeum. To jednak da się jeszcze obejść, gdyby to był jedyny negatywny wniosek z ostatnich miesięcy, a tak nie jest. Kibice Spurs mają więcej zmartwień, a Daniel Levy ręce pełne roboty. Musi zatrudnić nowego menedżera, koniecznie trzeba sprowadzić lepszych piłkarzy i przede wszystkim zatrzymać w klubie największą gwiazdę. Przed Tottenhamem kluczowe lato.

Trzynaście lat czekania za nimi, a trzeba nastawić się przynajmniej na kolejny rok. Piłkarze Tottenhamu w finale Pucharu Ligi z Manchesterem City wprawdzie przegrali minimalnie, ale wynik 0:1 zupełnie nie oddaje przebiegu spotkania. Londyńczycy mieli duże szczęście, że już do przerwy nie schodzili, przegrywając dwiema lub trzema bramkami, więc gdy Aymeric Laporte trafił w 82. minucie, czuć było, że w końcu nastąpiło nieuniknione. Widać było wyraźnie, kto jest lepszy i gdy Ryan Mason po meczu powiedział dziennikarzom, że The Citizens są w rozwoju o cztery czy pięć lat przed Tottenhamem, to raczej nie przesadzał. Brak choćby Pucharu Ligi sprawia, że sezon można spisać na straty, a to zmusza do wyciągnięćia wniosków.

JEŚLI PUCHARY, TO TYLKO TRZECIEGO SORTU?

Wystarczy rzut oka na wskaźnik goli oczekiwanych, by zrozumieć, z jak dużą różnicą mieliśmy do czynienia na Wembley. Według niego City stworzyło sobie okazje na wagę 2.8 xG, a Spurs na wagę... 0.04 xG. To mniej więcej wartość porównywalna do jednego strzału z około 25 metrów. Ryan Mason zapowiadał, że jego zespół ma grać ofensywną, otwartą piłkę i chce dać piłkarzom wolność, jednak na niedzielny finał postawił na plan, z którego Jose Mourinho byłby dumny. Trudno mieć do 29-latka pretensje – to dla niego kompletnie nowa rola, z marszu musiał podejść do prestiżowego spotkania i poza tym wiadomo było, że Manchester City będzie stroną przeważającą.

Porażka oznacza kolejny sezon bez jakiegokolwiek pucharu, ale może się okazać, że za chwilę klubu nie będzie w ogóle w europejskich pucharach. Od tego sezonu zwycięstwo w Pucharze Ligi daje grę w powstającej Conference League, a wygrana Manchesteru City sprawia, że awans do tych rozgrywek zapewni również siódme miejsce w Premier League. Spurs aktualnie je zajmują i znaleźli się w paradoksalnej sytuacji. Większość klubów Big Six podchodzi do kwestii pucharów na zasadzie „Liga Mistrzów albo nic”. Tottenham do TOP4 traci pięć punktów i może jeszcze naciskać, jednak jest spore ryzyko, że to się nie uda.

Co stanie się wtedy? Piąte i szóste miejsce dadzą Ligę Europy, która też niespecjalnie kogokolwiek zadowala, a Conference League to byłby dla klubu pokroju Spurs zupełnie zbędny dodatek. Z tego punktu widzenia już lepszy będzie sezon bez pucharów, by skupić się na przebudowie poprzez Premier League, ale wtedy nie ma zarobków z występów w Europie i błędne koło się zamyka.

MENEDŻER? PORA AKTYWOWAĆ PLAN B

O Tottenhamie warto jednak porozmawiać w szerszym kontekście. Ta drużyna doszła do ściany, a na pewno w tym kształcie. Oczekiwania po zatrudnieniu Mourinho były takie, że najpierw opanuje kryzys, w jakim przejął drużynę, a później poprawi to, co działało za kadencji Mauricio Pochettino i dołoży coś ekstra. Biorąc menedżera takiego jak Portugalczyk, trzeba było oczekiwać, że zrobi ten krok do przodu, jakiego brakowało wcześniej do zdobywania trofeów. I nie były to tylko zdania dziennikarzy, którzy na ich podstawie budują narrację, by teraz mieć powód do krytykowania Spurs. Sam Mourinho mówił przecież chwilę po rozpoczęciu pracy w Tottenhamie, że gdy już sytuacja się wyprostuje, to oczekuje od tej drużyny walki o mistrzostwo Anglii w sezonie 2020/21. Jak wyszło, widzimy dzisiaj.

fot. Marc Atkins/Getty Images

Przed londyńczykami najważniejsze miesiące od lat. Mason pisze ładną historię i danie mu szansy to piękny gest ze strony klubu, którego jest wychowankiem, ale każdy doskonale wie, że to tylko opcja tymczasowa. Levy'emu – według różnych źródeł – marzy się zwrot w kierunku menedżera, który profilem bardziej przypominał będzie Pochettino, kiedy ten przychodził z Southamptonu, niż kolejny doświadczony menedżer, jak Mourinho. Dotyczy to również stylu gry, jaki wprowadzi nowy trener. Futbol na przetrwanie w stylu Portugalczyka już nie przejdzie. Zresztą Tottenham zawsze szczycił się tym, że gra atrakcyjną piłkę, a i kadencja Pochettino pokazała, że to właściwa droga.

Wiadomo, że Levy chciałby zatrudnić Juliana Nagelsmanna, ale według relacji „Bilda”, ten jest już dogadany z Bayernem Monachium. I trudno się temu dziwić – zna niemieckie podwórko, będzie rywalizował o trofea znacznie szybciej niż z Tottenhamem i przede wszystkim będzie to krajowa liga i Champions League, a nie rozgrywki drugiego lub trzeciego sortu. Tottenham straci więc swojego wymarzonego kandydata i musi dobrze wybrać spośród innych opcji, a te rozrzucone są po całym spektrum – od trenerów z bogatym CV po tych na dorobku, od Massimiliano Allegriego po Eddiego Howe'a. Być może to tylko spekulacje, ale trudno tu dostrzec klarowną wizję.

KONIECZNOŚĆ PRZEBUDOWY

Niezależnie od tego, kto zostanie nowym menedżerem, Tottenham musi dać mu środki do tego, by przebudował zespół. Zwyczajnie trzeba tam zacząć sprowadzać lepszych piłkarzy. Gdyby trzeba było wskazać kręgosłup tej drużyny, absolutne filary i piłkarzy, na których można zbudować jego przyszłość, nie byłoby to wiele nazwisk. Hugo Lloris wciąż broni dobrze, co potwierdził w finale z City, ale w przyszłym sezonie skończy 35 lat. Ciekawie prezentuje się Sergio Reguilon, zespół wzmocnił Pierre-Emile Hojbjerg, potencjał ma Tanguy Ndombele i jest oczywiście ofensywa z Harrym Kanem i Heung-min Sonem. Na tym chyba jednak koniec wyliczanki.

Dużo łatwiej w tym zespole wskazać mankamenty niż silne strony. Obecny sezon obnażył chociażby wielką potrzebę na środku obrony, gdzie Mourinho co chwilę coś przestawiał i zmieniał. Toby Alderweireld ma 32 lata, Davinson Sanchez nigdy nie grał na miarę oczekiwań po drogim transferze z Ajaksu, Eric Dier popełnia coraz więcej błędów i regularnie obniża loty, a Joe Rodon to 23-latek, dla którego to dopiero pierwszy sezon na tym poziomie i jest szykowany z myślą o przyszłości. Jest jeszcze 22-letni Japhet Tanganga, który dostawał szanse jeszcze w poprzednim sezonie, jednak tej grupie wyraźnie brakuje lidera. Klasowy stoper to priorytet na letnie zakupy.

Tottenham
Fot. Glyn Kirk/Pool via Getty Images

Wzmocnienia są jednak potrzebne prawie w każdej formacji. W środku pola dbrze odnalazł się Hojbjerg i krok naprzód w rozwoju zrobił w tym sezonie Ndombele, ale pozostali gracze spisują się kiepsko. Giovaniego Lo Celso trzeba zacząć nazywać już niewypałem, Moussa Sissoko wnosi wartościowe doświadczenie, ale często też chaos i o ile może być niezłą opcją rezerwową, to trudno wymagać od niego czegoś więcej. Rok do zapomnienia ma za sobą Harry Winks i coraz więcej mówi się o możliwym odejściu. W podobnej sytuacji jest Dele Alli, którego Mourinho odstawił całkowicie na boczny tor.

Wszystko, co najlepsze w Spurs, kręci się wokół duetu Son i Kane, jednak oni nie mają za bardzo wsparcia. Przebłyski miał Gareth Bale, ale jego wypożyczenie zaraz się skończy. Erik Lamela powinien chyba szukać nowego pracodawcy, Lucas Moura nie umie ustabilizować formy i to raczej niezły zmiennik, a Steven Bergwijn zupełnie przepadł. Trzeba też podjąć decyzję o ewentualnym wykupieniu Carlosa Viniciusa, ale w jego przypadku Benfica będzie chciała sporych pieniędzy, a mowa o 26-latku, który z 10 golami wprawdzie ustępuje tylko Kane'owi, Sonowi i Bale'owi, jednak to nadmuchane statystyki. W Premier League rozegrał tylko 303 minut i zdobył jedną bramkę, za to pozostałe wpakował takim rywalom jak Royal Antwerp, Łudogorec Razgrad i Wolfsberger w Lidze Europy (w sumie sześć), a do tego doszły trzy kolejne w FA Cup przeciwko Marine FC z ósmej ligi.

Tottenham musi zacząć sprowadzać lepszych piłkarzy. Jeśli przeanalizujemy wszystkie transfery klubu od letniego okna w 2017 roku, przeważają tu zdecydowanie nieudane ruchy. Największe kwoty klub wydawał na Ndombele, Sancheza, Lo Celso, Bergwijna, Reguilona i Mourę. Nieco mniej kosztowali Ryan Sessegnon, Serge Aurier czy Matt Doherty, którzy albo się nie sprawdzili, albo – to tyczy się Auriera – przeplatają dobre występy fatalnymi. Najlepszym transferem jest pozyskanie Hojbjerga, jednak to wciąż dla prezesa Levy'ego lista wstydu.

DYLEMAT Z KANEM

Coraz więcej wątpliwości dotyczy też Kane'a. Anglik ma 28 lat i istnieje spore ryzyko, że Tottenham zmarnuje jego prime. On sam jest gotowy do gry o najwyższe cele, czego nie można powiedzieć o reszcie zespołu. Coraz więcej słyszy się o tym, że tym razem miałby już rzeczywiście opuścić klub, bo kolejny sezon bez trofeum jest znacznie poniżej jego ambicji. Kane nie jest typem piłkarza, który będzie się buntował i wymuszał transfer, ale można wyobrazić sobie, że szczerze rozmawia z Levym i wykłada sprawę jasno: wy mnie sprzedacie i dostaniecie duże pieniądze, ja przejdę gdzieś, gdzie spełnię swoje ambicje i zyskają wszystkie strony.

To jednak nie będzie takie proste.

Tottenham Hotspur - Harry Kane
Fot. Tottenham Hotspur FC via Getty Images

Kane osłabił swoją pozycję negocjacyjną, gdy podpisał przed sezonem 2018/19 nowy kontrakt na sześć lat. Jest związany ze Spurs umową do 2024 roku i nawet jeżeli jest niezadowolony z sytuacji w drużynie, to klub ma wszystko pod kontrolą. Poza tym dochodzi kwestia finansów. Levy z każdego negocjatora potrafi wydusić nawet ostatniego funta, a w kwestii Kane'a będzie jeszcze bardziej zawzięty niż zwykle. To jego oczko w głowie i gwarancja jakości. Anglik to najlepszy strzelec Premier League, jednocześnie kreator gry i lider szatni. Mówi się, że bez oferty na 150 milionów funtów nawet nie ma co dzwonić do Spurs, a i to może być za mało. Levy za punkt honoru ma stawiać sobie to, by nie sprzedać swoich największych gwiazd do rywali ligowych, a trudno oczekiwać, by po Kane'a zgłosił się Real Madryt lub Barcelona. Prędzej zrobią to Manchester United albo Manchester City, a w takim wypadku Spurs będą mieli spory dylemat.

To wszystko sprawia, że najbliższa przerwa między sezonami będzie dla Tottenhamu najważniejsza od lat. Po raz ostatni, gdy ten klub znalazł się w takim rozkroku, udało się podjąć właściwie decyzje – przyszedł Pochettino, rozwinął wielu piłkarzy i dołączył do zespołu kolejnych, którzy pozwolili regularnie znajdować się w pierwszej czwórce. Szczytowym momentem był przegrany finał Ligi Mistrzów, który dobitnie podsumował okres wprawdzie udany, ale jednocześnie pozbawiony trofeów. Mourinho miał to popchnąć do przodu, ale nie dał rady i Spurs zsunęli się przez dwa ostatnie sezony w hierarchii w Premier League.

Jeśli Levy pójdzie tą samą drogą, co wówczas w 2014 roku, to warto będzie zrobić ten krok w tył, by później nastąpiły dwa do przodu. Jeśli jednak przestrzeli z zatrudnieniem menedżera i będzie kontynuował nieudane transfery, to klub, który dopiero regularnie finiszował w TOP4 i grał w finale Champions League, a jednocześnie chwilę temu wyrywał się, by założyć Superligę, zakotwiczy na poziomie Conference League. Arsenal, sąsiad z północnego Londynu, pokazuje, jak groźna jest taka stagnacja.

Najbliższe miesiące pokażą, jakie wnioski wyciągnął Tottenham. Limit błedów się wyczerpał.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.