Sezon NBA rozkręcił się na dobre. Szukamy pierwszych pozytywnych niespodzianek

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Ja Morant
Fot. Justin Ford/Getty Images

Za nami pierwszy tydzień nowego sezonu NBA. Rozgrywki ruszyły na dobre, choć nie wszyscy kibice mają dobre humory. Część drużyn zawodzi, inne z kolei potrzebują jeszcze czasu, by wszystko sobie poukładać. Jest też jednak sporo pozytywnych zaskoczeń, a wśród nich m.in. Ja Morant czy ofensywa New York Knicks.

Jest jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, by rozprawiać nad tym, kto w trwających rozgrywkach rzeczywiście będzie bił się statuetkę MVP czy mistrzostwo. Na razie w NBA nadal mamy więcej pytań niż odpowiedzi – tym bardziej że próbka jest wciąż mała. Można jednak poszukać pierwszych pozytywnych niespodzianek, rzeczy i trendów, na które przynajmniej po początkowych zmaganiach warto będzie trzymać w pamięci.

1
ANTHONY EDWARDS

Czy to może być przełomowy sezon w Minneapolis? Mocno dąży do tego Anthony Edwards, który po udanym debiutanckim sezonie ma apetyt na więcej. Jedynka draftu 2020 nie tylko coraz więcej rzeczy robi coraz lepiej na parkiecie, lecz także bierze odpowiedzialność jako jeden z liderów zespołu. – Trzeba się, ku...a, skupić. Wszyscy myśleli, że to będzie spacerek, a oni sprali nam tyłki. Musimy się obudzić! – mówił po porażce z Pelicans złotousty Edwards. Niektóre jego cytaty zataczają zresztą coraz szersze kręgi m.in. na Twitterze.

Wygląda na to, że Wolves dokładnie tego potrzebowali. To ledwie 20-letni Edwards jawi się jako ktoś, kto – brzydko mówiąc – za mordę trzymać będzie cały zespół. Co prawda na razie nic jeszcze w NBA nie osiągnął, ale raz, że nikt inny w Minneapolis się do tego nie kwapi (raczej nie leży to w charakterze np. Karla-Anthony’ego Townsa), a dwa, że Edwards jest mocny nie tylko w gębie, ale również na parkiecie. Poprawił się rzutowo, gra dla niego zwolniła, a lepszy kozioł powoduje, że obrońcę zatrzymać jest coraz trudniej.

2
JA MORANT

Bardzo wczesny kandydat do miana MVP sezonu. Za kilka tygodni albo o tym zapomnimy, albo będziemy w kontekście Ja Moranta coraz częściej przywoływać Derricka Rose’a. On przecież w swoim trzecim sezonie w NBA zdobył nagrodę dla najlepszego gracza sezonu zasadniczego jako najmłodszy w historii. Morantowi trzeba by oczywiście znakomitych wyników Grizzlies, o co na Zachodzie może być bardzo trudno, ale pod względem indywidualnym 22-latek rzeczywiście wygląda już jak TOP5 rozgrywających w lidze.

Sam tak o sobie przed sezonem powiedział, a teraz przekuwa słowa w czyny. Tak atomowego startu nie miał nikt. Dość powiedzieć, że w historii Grizzlies nikt nie zdobył w pierwszych czterech meczach sezonu tylu punktów, co Morant w tym roku zdobył w… trzech. Rzeczywiście wygląda jak najbliższa wersja Rose’a z 2011 roku. Tak samo szybki, tak samo eksplozywny i coraz trudniejszy do powstrzymania. Rozgrywający jest już tylko o pewniejszy rzut od skoku nie tyle do All-Star Game, co do poziomu All-NBA.

3
OFENSYWA KNICKS

Jeszcze żaden zespół w historii NBA nie oddał tylu trójek w pierwszych meczach sezonu co New York Knicks. Dodanie do składu Evana Fourniera i zamiana Elfrida Paytona na Kembę Walkera (ten w pięciu meczach trafił już 18 trójek, czyli ledwie 10 mniej niż Payton przez cały poprzedni sezon) czynią na razie cuda. Ofensywa NYK funkcjonuje dziś diametralnie inaczej i dużo skuteczniej niż choćby w pierwszej rundzie poprzedniej fazy play-off, gdy podopieczni Toma Thibodeau mimo przewagi parkietu przegrali w pięciu meczach z Atlanta Hawks.

Wygląda na to, że Thibs skruszył wreszcie beton w swojej głowie i postanowił iść z duchem czasu. Czy to w Chicago, czy potem w Minneapolis unikał przecież kładzenia większego nacisku na rzuty za trzy punkty. W ten oto sposób w Nowym Jorku buduje się zespół, którego kartą przetargową będzie już nie tylko znakomita gra w defensywie. Obrona drużyny Thibodeau pozostaje zresztą na wysokim poziomie, a rozwój młodych graczy jak RJ Barrett czy Mitchell Robinson po tej stronie boiska to woda na młyn dla szkoleniowca Knicks.

4
ROBERT WILLIAMS III

Choć Boston Celtics pod wodzą nowego trenera Ime Udoki grają mocno w kratkę, to przynajmniej jeden zawodnik nie powinien mieć sobie nic do zarzucenia. Robert Williams III wreszcie jest zdrowy, a dzięki temu może regularnie przez ponad 30 minut zachwycać wszystkich atletyzmem, świetną wizją i niemal chłopięcą radością z gry. Z tego też powodu RW3 nadal popełnia sporo błędów, ale z nim na parkiecie mocno podnosi się Celtom sufit. Zresztą po pierwszych meczach sezonu nie ma na razie w NBA lepszego blokującego niż 24-latek.

Williams III przed sezonem podpisał przedłużenie kontraktu z bostońskim klubem. Potencjał pokazywał od początku przygody z NBA, choć brakowało zdrowia. Wcześniej tylko raz zagrał w karierze więcej niż 30 minut! Tymczasem w trwających rozgrywkach spędza na parkiecie średnio ponad 33 minuty, czyli niemal dwa razy więcej niż w sezonie 2020/21. Nadal zbyt często gubi się w obronie albo łapie na pompki, choć pod opieką weterana Ala Horforda zaczyna wyglądać coraz lepiej, a to dla Bostonu znakomita informacja.

5
DAVION MITCHELL

Tegoroczna klasa draftu na razie nie zawodzi, choć przecież nadal czekamy na debiut jedynki naboru, czyli Cade’a Cunninghama. Fani Detroit Pistons na razie zazdroszczą więc m.in. kibicom Orlando Magic, Oklahoma City Thunder, Cleveland Cavaliers czy Toronto Raptors. Sporo uciechy mają też w Sacramento, gdzie mogą oglądać jednego z najbardziej kompletnych zawodników w obronie – i to nie tylko wśród graczy młodego pokolenia. Na Daviona Mitchella nie bez powodu mówi się „Off Night”. Debiutant szybko zresztą pokazał, że na ten kapitalny przydomek jak najbardziej zasługuje.

Damian Lillard, Chris Paul, Donovan Mitchell oraz Stephen Curry w tym sezonie przeciwko Kings trafili łącznie zaledwie 24 procent z 82 rzutów. Ogromna w tym zasługa 23-latka, którego ekipa z Sacramento wybrała z dziewiątką w tegorocznym drafcie. Przy okazji to się po prostu znakomicie ogląda – tym bardziej, gdy Mitchell wprost „siada” na przeciwniku. Dużo gorzej Mitchell wypada na razie po drugiej stronie parkietu, choć 22 punkty w starciu z Golden State Warriors pokazały, że i tutaj ma potencjał.

6
MNIEJ RZUTÓW WOLNYCH

Jedni jak James Harden czy Trae Young się wściekają, inni jak Steve Kerr czy zdecydowana większość kibiców się cieszą. Jak to określił Kyle Kuzma: nie było w ostatnich latach lepszej zmiany przepisów. Inicjujesz kontakt z obrońcą? Faul w ataku! Przekonują się o tym nie tylko cwaniacy szukający faulu w każdej sytuacji, by łatwo znaleźć się w ten sposób na linii rzutów wolnych, ale też ci, którzy celowo zatrzymują się z piłką przed przeciwnikiem, by ten – nie mając gdzie uciec – po prostu w nich wbiegł. Od teraz to też faul, ale w ataku.

Mniej fauli oznacza więcej frustracji gwiazd, ale z drugiej strony znacznie płynniejszą grę i dużo mniej czasu „marnowanego” na rzuty wolne. Jak tak dalej pójdzie, to obecny sezon będzie zresztą rekordowy pod tym względem, bo tak niskiej średniej rzutów wolnych jeszcze w historii nie było. Oczywiście potrzeba czasu, by tak sędziowie, jak i zawodnicy przyzwyczaili się do nowych zasad. W miarę upływu sezonu sytuacja powinna się więc nieco ustabilizować, natomiast jest to wreszcie krok w dobrą stronę.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.