Sam przestał wierzyć, a jest na drodze po dublet. Liga w rękach Ronalda Koemana

Zobacz również:Od komunistycznego raju do etatowego bicia rekordów. Ansu, będziesz legendą
Villarreal CF v FC Barcelona - La Liga Santander
Fot. Aitor Alcalde/Getty Images

Tak zwariowanego finiszu ligi hiszpańskiej nie było od 48 lat, bo cztery kluby walczące o mistrzostwo dzielą zaledwie trzy punkty. Sevilla rozgrywająca najlepszy sezon w dziejach doskoczyła do wielkiej trójki i ma ją na wyciągnięcie ręki, lecz najprawdopodobniej to Barcelona będzie rozdawać karty. Już w czwartek pokonując Granadę, wskoczy na pozycję lidera. Katalończycy pozostają zależni wyłącznie od siebie. W styczniu Ronald Koeman zapowiedział, że o trofeach mogą myśleć jedynie hurraoptymiści, ale w trakcie sezonu zapowiadanego przejściowym Barcelona jest na szlaku po krajowy dublet.

Tu narracja zmienia się co chwilę. Tuż po El Clasico najpoważniejszym kandydatem do tytułu był Real Madryt, pokazujący klasę z Liverpoolem oraz Barceloną. Już wtedy Zinedine Zidane zaznaczał, że są na skraju wyczerpania, a jego zawodnikom brakuje paliwa. Kiedy pojechał zdziesiątkowanym składem na Getafe i szczęśliwie zremisował, było jasne, że fizycznie Królewscy nie dźwigną tego finiszu. W defensywie są perfekcyjni, ale grając co trzy dni, nie zdołali też wypunktować Betisu (0:0). I tym samym oddali rolę faworyta, jadąc na oparach na dwóch frontach.

Atletico też wyglądało na konające, ale Angel Correa, Marcos Llorente i Yannick Carrasco ożywili drużynę w rywalizacji z Eibarem (5:0) oraz Hueską (2:0). Z czasem do składu wrócili Joao Felix i Luis Suarez, więc mistrzostwo ponownie zaczęło się jawić w jasnych barwach, dopóki na szczycie nie namieszał Athletic. Baskowie byli bezradni w finale Pucharu Króla z Barceloną (0:4), nie zawiesili tam poprzeczki na żadnym poważnym poziomie, wyglądali na zespół zdruzgotany i bezradny, a jednak na Nuevo San Mames odmienił losy tytułu, zabierając punkty ekipie Simeone (2:1).

Co trzy dni pojawiają się nowe scenariusze oraz rodzą nowi bohaterowie. Ale na tę chwilę ciężar tytułu najbardziej dźwiga Barcelona. Ta sama, której obrywa się za mecze z największymi, gdy wygląda jak onieśmielona. Potwierdza się jednak reguła, że mistrzostwa zdobywa się nie z najlepszymi, tylko punktując regularnie słabszych. Katalończycy zaczęli skutecznie i efektownie grać w piłkę dopiero na początku tego roku, a w efekcie w lidze w 2021 roku przegrali tylko raz – z Realem Madryt. Królewscy w bezpośrednich meczach wygrali dwukrotnie, ale to może okazać się za mało. Cenniejsza jest bowiem regularność tydzień w tydzień i moc napastników, bo tercet ofensywny Barcy zapewnił 60 bramek, podczas gdy ten z Madrytu ledwie 39. To objawia się szczególnie na finiszu, kiedy Zidane'owi brakuje killerów w ataku.

Wiele rozstrzygnie bezpośrednia rywalizacja Barcelony z Atletico w drugim tygodniu maja, lecz naiwne byłoby mówienie, że będzie decydująca. Tym bardziej kiedy to właśnie potknięcia ze słabszymi decydują o układzie na szczytach tabeli. Nikt nie liczył poważnie Sevilli, aż ona swoją regularnością również złapała kontakt z liderem. I chociaż trudno sobie wyobrazić, że punkty tracą wszyscy, a Julen Lopetegui triumfuje, to i tak mocno podgrzał atmosferę swoją obecnością punkt za Realem Madryt. Bez względu na finisz jest poważnym kandydatem do tytułu menedżera roku w Hiszpanii.

W ostatnich tygodniach najlepiej punktującym i grającym zespołem ligi hiszpańskiej jest Barcelona. El Clasico było ich jedynym momentem słabości, jeszcze remis z Cadizem, ale w pozostałych grach radzili sobie z presją. Atletico na przykład po fenomenalnej pierwszej rundzie zaczęło punktować gorzej niż Betis czy... Osasuna. Sevilla też jest bliska perfekcji, a Real bardzo nierówny. Unosi psychicznie głównie wielkie mecze, a te o mniejszym ciężarze gatunkowym go przerastają, więc możliwe, że identycznie jak w poprzednich latach – Madryt skupi się na Lidze Mistrzów, a Barcelona na krajowych rozgrywkach.

Ronald Koeman nie jest idealnym trenerskim kandydatem Joana Laporty, ten ma swoje pomysły i ulubieńców, lecz gdyby Holender w premierowym sezonie doprowadził Blaugranę do dubletu, nie miałby wyjścia. Musiałby pozostawić go na stanowisku i pozwolić rozwijać drużynę dalej. Leo Messiemu ostatnie miesiące dały wystarczająco argumentów, że warto związać się z tym miastem na dłużej i nie trzeba kończyć wspaniałej historii. Mimo oddania chociażby Luisa Suareza, ten projekt udało się dźwignąć. Nie na tyle, by mówić o Barcelonie per kandydat do gry o Ligę Mistrzów, ale na tyle, by obrać wreszcie właściwy kurs, stawiając na wychowanków i odchodząc od dawnych, nietykalnych schematów. To przecież dopiero przejście na system 3-5-2 uwolniło cały potencjał ekipy z Camp Nou. Ona bardzo potrzebowała przejścia na coś bardziej nowoczesnego.

Piłka bywa przewrotna, bo wydawało się, że Barcelonę mistrzostwa pozbawi Luis Suarez, a na razie to Antoine Griezmann sprawia, że Atletico może wyłożyć się na ostatniej prostej. Ich rywalizacja dodatkowo dołoży smaku bezpośredniemu starciu. Katalończycy tracili już 10 punktów, Koeman oceniał ligę jako przegraną i tonował nastroje, a tymczasem znów wszystko jest w jego rękach. Nawet gdyby Barca zremisowała z Atletico i wygrała wszystkie pozostałe spotkania, zostanie mistrzem. Nie dość, że decyduje o sobie, to jeszcze pozostaje jej margines błędu. I brzmi to irracjonalnie, kiedy uświadomimy sobie, co działo się jeszcze parę miesięcy wcześniej. Już w styczniu Koeman wyszedł do ludzi z hasłem „o puchary będzie trudno” na ustach.

Nie wiadomo jeszcze, jaki będzie projekt sportowy Mateu Alemany'ego, czy w Katalonii poświęcą Dembele albo Griezmanna na sprzedaż, czy wobec braku Superligi obronią się w ogóle finansowo, ale jeżeli zakończą tak zwariowany rok z dubletem, zapewnią sobie dodatkowe argumenty w grze o sprowadzenie wartościowych postaci na przyszły sezon. Skoro nie pieniędzmi, to najskuteczniej przekonywać nowe nabytki sukcesami. To miał być rok bez połowy sukcesu, a w kraju mogą wygrać prawie wszystko (poza Superpucharem). To pozwala wierzyć w przyszłość, gdy Pedri, Moriba, Dest czy Araujo jeszcze zyskają na doświadczeniu i wartości.

Ten rok zarówno w Ligue 1, jak i LaLidze jest przestrogą: w piłce nie wolno rozdawać medali w połowie rywalizacji, sezony są zbyt długie oraz intensywne, by traktować równą formę za pewnik. Piłkarze Atletico nasłuchali się kilkanaście razy, że mistrzostwo jest już w ich przypadku pewne, żeby na koniec obawiać się, czy znów nie przyjdzie im przyjąć tytułu największych przegranych. Barcelona musi o tym pamiętać, bo na takim finiszu sytuacja może się wywrócić jeszcze kilka razy. Pięć kolejek to jak wieczność, zwłaszcza gdy trzech innych czeka na potknięcia.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć, stąd audycja La Polémica. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.