Wieczny synonim upadku na własne życzenie. Wszystkie mroczne drogi Ryana Leafa

Zobacz również:Gdy legenda szokuje cały świat sportu. Co jeszcze chce udowodnić Tom Brady?
Ryan Leaf
Fot. Stephen Dunn/Allsport via Getty Images

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest mieć u stóp cały świat i zaledwie kilka lat później wszystko stracić, by znaleźć się na dnie? Ryan Leaf nie musi się zastanawiać – on to wszystko przerobił. 44-latek już na zawsze będzie w Stanach Zjednoczonych symbolem niewypału, archetypem sportowca, który miał gigantyczny talent, ale przegrał przez głowę. Dziś Leaf na szczęście wyszedł na prostą. Odbudowuje swoje życie, świętuje 9 lat w trzeźwości i udziela się w mediach, z którymi dawniej toczył wojny, a jego historia służy jako wielka przestroga.

Podobno w drafcie NFL w 1998 roku nie było czegoś takiego, jak zły wybór na pierwszych dwóch miejscach. Przez całą wiosnę media wałkowały rywalizację o to, kto pójdzie z numerem 1 – Peyton Manning czy Ryan Leaf? Pierwszy szedł w ślady ojca, który wcześniej sam był rozgrywającym w NFL i podkreślano jego niezwykłą dojrzałość, cechy przywódcze i chęć rozwijania się. Drugi był od niego bardziej atletyczny, rzucał mocniej i mówiło się, że ma większy potencjał. Manning, jak określali skauci, ma wyżej „podłogę”, ale to Leaf mógł osiągnąć wyższy „sufit”. Niezależnie od tego, kogo wolał dany obserwator, większość była zgodna co do jednego – zarówno obaj będą bardzo dobrymi rozgrywającymi na zawodowym poziomie i drużyny, które ich wybiorą, skorzystają na tym przez kolejne 10-15 lat.

Jak to więc możliwe, że Manning właśnie znalazł się w Hall of Fame po tym, jak pięć lat temu zakończył bogatą karierę, obfitującą w nagrody MVP, rekordy i okraszoną dwoma mistrzostwami z dwoma różnymi drużynami – czymś, co udało się mu jako pierwszemu rozgrywającemu w historii aż do sezonu 2020 i wyczynu Toma Brady'ego – a Leaf wyleciał z NFL po kilku latach, stając się synonimem zmarnowanego wyboru i jednym z największych niewypałów w dziejach ligi? Jego historia to opowieść nie tylko o tym, jak potrafią pomylić się eksperci, ale przede wszystkim o tym, jak zrzucona na czyjeś barki z dnia na dzień gigantyczna odpowiedzialność może przygnieść do tego stopnia, że zniszczy życie i podniesienie się zajmie ponad dekadę.

SPOTKANIE, KTÓREGO NIE BYŁO

Pierwszy wybór draftu 1998 mieli Indianapolis Colts. Drugi początkowo należał do Arizona Cardinals, ale San Diego Chargers byli zdesperowani. Rok wcześniej mieli najgorszy atak w lidze i generalny menedżer Bobby Beathard wiedział, jak na to zaradzić – trzeba pozyskać nowego rozgrywającego. Najlepiej młodego i o wielkim potencjale. Oddał więc Cardinals swój wybór z 1998 roku, podobnie jak wybór z pierwszej rundy w roku 1999, do tego jeszcze wybór z późniejszej rundy draftu i dwóch zawodników. Sporo, jak na przeskok z numeru 2 na 3. Wiedział bowiem, że Manning i Leaf robią wrażenie na skautach i Cardinals szybko znaleźliby chętnego do wymiany. – Próbowałem dogadać się z Colts i wskoczyć na numer 1, ale nie chcieli nawet rozmawiać. Byłem przekonany, że wezmą Peytona i gdyby udało mi się dopiąć ten transfer, sam bym tak zrobił. Wszyscy w klubie byliśmy jednak spokojni, bo czuliśmy, że w sporze pomiędzy Manningiem a Leafem nie ma czegoś takiego jak „zły wybór” – mówił po latach Beathard.

Colts być może wiedzieli już wtedy, kogo wezmą, choć częściej słychać było wersję, że woleli zostać z „jedynką”, by być panami sytuacji. Woleli przyjrzeć się obu rozgrywającym i wybrać samemu, a nie czekać na to, jak rozwinie się sytuacja. Ponoć na kilka dni przed draftem jeszcze nie byli przekonani, dlatego spędzili mnóstwo czasu na badaniu przeszłości Manninga oraz Leafa, próbując dokonać ich psychoanalizy za pomocą rozmów ze znajomymi z uczelni i z kręgu prywatnego. Wszystko, by dowiedzieć się, co kryje się za umiejętnościami czysto sportowymi. Tutaj bowiem wybór był niczym rzut monetą.

Legenda głosi, że zadecydowały dopiero wizyty obu graczy, a raczej... brak jednej z nich. Manning na swoją dotarł i zaimponował działaczom Colts skromnością, wiedzą, charyzmą i tym, że stawiał na pierwszym miejscu futbol. Leaf się nie pojawił. Jego agent po latach tłumaczył, że w ten sposób chciał rozegrać draft po swojemu, by trafić do słonecznego San Diego w Kalifornii, a nie do Indianapolis w środku USA. W końcu Leaf wychowywał się w Montanie, jednym z zapomnianych stanów, gdzie liczba krów przewyższa ponad dwukrotnie liczbę mieszkańców. To wiele mówi, że Leaf do dziś jest jedynym futbolistą z tego stanu, który został wybrany w pierwszej rundzie draftu NFL. W samej rodzinie Manningów jest takich trzech – Peyton, jego ojciec Archie i młodszy brat Eli. Tak czy inaczej dla Leafa Indianapolis było mniej więcej tym samym, tylko trochę bliżej środka kraju. Sam zawodnik twierdził jednak, że na spotkanie z Colts nie dotarł, bo Chicago Bears – wybierający z numerem 4 i łudzący się, że Leaf może się do nich zsunąć – zażądali od niego zdjęć rentgenowskich dłoni, którą pogruchotał w szkole średniej, jakieś 4-5 lat wcześniej.

Niezależnie od tego, jak było naprawdę, Colts podjęli decyzję. W wieczór draftu 1998 sięgnęli po Manninga i Chargers, nie zwlekając, wybrali chwilę później Leafa. Niespodzianek nie było i obie drużyny były przekonane, że w ręce wpadł im właśnie złoty bilet. Los pokazał jednak, że rację mieli tylko w Indianapolis.

Ryan Leaf
Fot. Ezra C. Shaw/Getty Images

PIERWSZE SYGNAŁY ALARMOWE

Dla amerykańskich sportowców draft to zawsze jeden z najważniejszych momentów w karierze. W jednej chwili cała droga i wyrzeczenia z okresu dorastania nabierają sensu, spełnia się ich marzenie i zaczyna się zawodowe granie oraz nowy etap. Już kilka godzin po wyborze przez Chargers Leaf poczuł, jak bardzo zmieniło się jego życie. Alex Spanos, właściciel klubu, zaprosił go do prywatnego odrzutowca i wraz z ojcem oraz grupą najbliższych znajomych zabrał go do Las Vegas, by tam świętować wybór i zrobić sobie przystanek w długim locie z Nowego Jorku, gdzie odbywał się draft, do San Diego na drugim krańcu kraju. Leaf był oczarowany, a impreza trwała do białego rana. – Miałem 21 lat i nagle zobaczyłem inny świat. Potem pomyślałem: „znakomicie, jeszcze trafiam w miejsce, gdzie jest zawsze ciepło, można iść na plażę i podrywać piękne dziewczyny”. Dziś głupio to przyznać, ale tak funkcjonował wówczas umysł młodego chłopaka – przyznawał po latach.

Nazajutrz widać było, że impreza w Vegas była udana. Leaf dotarł na powitalną konferencję prasową wyraźnie zmęczony, podczas pytań z sali ziewał i pozwalał sobie na luźne żarty, ale nikogo to nie raziło. – Jestem wdzięczny zarządowi Chargers. Pokazali transferem na numer 2, jak bardzo im na mnie zależy. Mam nadzieję, że spełnię te oczekiwania. Liczę, że 15-letnia kariera, kilka zwycięstw w Super Bowl i parada mistrzowska przez centrum San Diego załatwią sprawę – mówił, a kibice właśnie to chcieli usłyszeć.

Chargers bowiem przez większość z wcześniejszych kilkunastu lat byli blisko dna tabeli. Nie przejmowali się tym, że na temat Leafa pojawiało się wiele historii mówiących o jego arogancji, tym, że kiepsko dogadywał się z kolegami z drużyny i lubił okazywać swoją wyższość. Koledzy z uczelni Washington State mieli nawet dowcip: „Czym różni się Bóg od Ryana Leafa? Bóg nie myśli, że jest Ryanem Leafem”. Niektórzy jednak próbowali obracać to nawet w pozytywne sygnały – w końcu pewność siebie to cecha wymagana nie tylko u rozgrywającego w NFL, ale i potrzebna, by odnaleźć się w Kalifornii. Przymykano też oko na to, że Leaf nie stawił się na sympozjum dla debiutantów, podczas którego doświadczeni futboliści spotykają się z tymi, którzy wchodzą do ligi i przestrzegają przed niebezpieczeństwami, jakie czyhają na młodych, świeżo upieczonych milionerów oraz tłumaczą, jak w tym całym szumie skupić się na sporcie i pozostać sobą.

RÓWNIA POCHYŁA

Leaf podpisał najwyższy na tamte czasy debiutancki kontrakt w historii ligi. Przez cztery lata miał zarobić 31.25 miliona dolarów, a dodatkowe 11.25 wypłacono mu w bonusach. To tylko zwiększyło presję, ale początkowo wydawało się, że choć obawy o charakter chyba rzeczywiście były uzasadnione, to Chargers trafił się dobry rozgrywający. Leaf był pierwszym debiutantem, który wygrał dwa pierwsze mecze w NFL od czasów Johna Elwaya, legendy Denver Broncos. Nie byle co. Okazało się jednak, że te dwa spotkania to był jego punkt szczytowy w lidze, a potem zaczął się zjazd po równi pochyłej.

Jako punkt zwrotny w jego karierze często podaje się bowiem mecz w trzeciej kolejce z Kansas City Chiefs. Chargers przegrali go, a Leaf zagrał beznadziejnie – a to i tak delikatnie ujęta sprawa. Tylko jedno z piętnastu jego podań było celne. Zyskał nim cztery jardy, czyli o jeden mniej niż miał w całym meczu strat. Debiutant pękł przy pierwszym niepowodzeniu i zaczęła się nakręcać spirala negatywnych zdarzeń. Kilka dni po spotkaniu zaatakował reportera jednego z dzienników z San Diego, który w szatni zadawał mu pytania o słaby występ, odciągać na bok musieli go koledzy, a wszystko zarejestrowały kamery. Później Leaf odczytał z kartki przeprosiny, ale wyglądał jak chłopiec, któremu przedszkolanka kazała przeprosić kolegę. Z naburmuszoną miną wymamrotał formułkę, po czym zmiął kawałek papieru, wrzucił go do swojej szafki i dodał: – Wybaczcie, jeśli brzmiało to sztucznie.

Leaf przychodził do Chargers jako nowy lider i filar przebudowy, jednak szybko okazało się, że po prostu tego nie udźwignie. Za własne błędy winił kolegów z drużyny, po każdym niepowodzeniu frustrował się i z szatni zaczęły wypływać informacje o tym, że zawodnicy mają go dość. – Zawodowi sportowcy potrafią być dupkami z wielkim ego, ale nigdy nie widziałem nikogo, kto tak mocno pracowałoby na to, by odsunąć od siebie kolegów z zespołu. Junior Seau czy Rodney Harrison (liderzy Chargers i wówczas ich czołowi zawodnicy – przyp. red.) przychodzili do mojego biura i mówili: „uduszę tego gościa” – mówił Beathard. Harrison wspominał później, że sezon 1998 był koszmarem i gdyby miał przerabiać taki jeszcze raz w karierze, to wolałby ją zakończyć. Seau z kolei powiedział zarządowi, że ma ściągnąć doświadczonego rozgrywającego, z którym uda się cokolwiek wygrać, „a nie chłopca, którego trzeba niańczyć”.

Arogancja byłaby bowiem uzasadniona, gdyby Leaf cokolwiek pokazywał. Tymczasem tydzień po wspomnianym meczu z Chiefs rzucił cztery przechwyty przeciwko New York Giants (16:34) i tylko pogorszył sprawę. Miejsce w wyjściowym składzie utrzymał jeszcze przez pięć kolejek, w trakcie których Chargers wygrali tylko jeden mecz. Podczas tej serii Leaf zdobył zaledwie jedno przyłożenie, za to dołożył sześć kolejnych strat. W niej zawierał się również mecz z Colts Manninga, pompowany od początku sezonu jako starcie dwóch przyszłych gwiazd ligi. Obaj zagrali wtedy przeciętnie, ale to Colts zwyciężyli.

Leaf w połowie debiutanckich rozgrywek wylądował na ławce. Skończył je z zaledwie dwoma przyłożeniami i 15 przechwytami, a według wszelkich wyliczeń dotyczących efektywności gry rozgrywających, był najgorszym graczem na swojej pozycji w lidze. Wielu postawiło na nim krzyżyk już wtedy, ale odpoczynek i spokojne przygotowanie do sezonu 1999 miały mu pomóc. Niestety pierwszego dnia obozu przygotowawczego w lecie połamał bark, musiał przejść operację i długą rehabilitację. Drugi rok w NFL spędził na ławce rezerwowych albo u lekarzy. Nie zagrał ani razu. W tym czasie Manning rozwiał jakiekolwiek wątpliwości sprzed draftu. Gdy Leaf się leczył, kłócił albo zawodził, on pobił debiutanckie rekordy dla rozgrywających, a Colts w drugim sezonie z nim w składzie poprawili bilans z 3-13 na 13-3, co dało Manningowi wybór do meczu gwiazd.

Ryan Leaf
Fot. Getty Images

Nadzieją dla Leafa miał być sezon 2000. „Sports Illustrated” zrobiło nawet o nim okładkowy materiał, a z nagłówka krzyczało słowo „Recharged”. W tekście zawodnik zapewniał, że rok poza grą nauczył go pokory i wie, że to szansa, jakiej nie może zepsuć. – Nie mam nic złego do powiedzenia na jego temat. Widać dużą różnicę w jego podejściu. Chce odzyskać nasz szacunek, stanowić przykład i ciężko pracować. Tym razem nikt mu niczego nie poda na tacy – mówił kolega z drużyny, Fred McCrary.

Na optymistycznym obrazku w prasie się skończyło. Leaf odzyskał wprawdzie rolę podstawowego rozgrywającego Chargers, ale stracił ją po czterech meczach. Zespół przegrał je wszystkie, a Leaf uzbierał w nich jedno przyłożenie i zaliczył dziesięć strat. Słabą grę tłumaczył komplikacjami po kontuzji, dlatego sztab go odsunął, choć w drugiej części rozgrywek wrócił do składu. Grał jednak równie słabo. Na pocieszenie został mu fakt, że poprowadził Chargers do jedynej ich wygranej w sezonie 2000. Tak czy inaczej było niemal pewne już po trzech latach, że w NFL sobie nie poradzi.

SZYBKIE POŻEGNANIE

Chargers zwolnili Leafa przed startem sezonu 2001 i przyznali się do błędu. Wyszło na to, że drużyna zapłaciła mu 8 mln dolarów za każdą wygraną, do jakiej ją doprowadził – było ich w sumie cztery. W całej karierze Leaf uzbierał tylko 14 przyłożeń, rzucił 36 przechwytów i 16 razy obrońcy wybijali mu piłkę. Skuteczność jego podań wynosiła 48%, a za granicę przyzwoitości w NFL przyjmuje się okolice 55-60%. Przede wszystkim Leaf wyglądał jednak na człowieka, któremu odechciało się wszystkiego. Złe relacje w szatni i z dziennikarzami, krytyka, zaczepki ze strony kibiców i ciągłe przypominanie niepowodzeń oraz wysokich zarobków odbiły się na jego psychice.

– Gdy futbol stał się dla mnie robotą, stracił całą swoją atrakcyjność. Marzyłem o tym, by zejść ze sceny, by nie być ciągle na świeczniku – opowiadał po latach. Mimo tego próbował jeszcze zaczepić się w innych klubach. Szansę dawali mu Tampa Bay Buccaneers, skąd zawinął się, gdy usłyszał, że ma zarabiać mniej, Dallas Cowboys i Seattle Seahawks, ale tylko u tych drugich dostał okazję gry. W sezonie 2001 pojawił się w czterech meczach w ich barwach, z czego trzy zaczynał od początku, ale nic się nie zmieniło. Ucieczką od frustracji stał się alkohol, a po czasie Leaf uzależnił się też od środków przeciwbólowych.

– Znalazłem się w beznadziejnym położeniu. Z jednej strony wiedziałem, że muszę udowodnić swoją wartość, a z drugiej liczyłem, że ktoś zobaczy we mnie talent i zagwarantuje minuty na boisku. Ale to tak nie działa. Myślałem, że dostanę ofertę od kogoś, kto zobaczy we mnie swojego podstawowego rozgrywającego. Takie miałem ego. Gdy więc dzwonili, proponując przyjazd na obóz treningowy i szansę rywalizacji o miejsce w składzie, myślałem sobie, że chyba coś im się pomyliło. Nie miałem w sobie zaparcia. Dziś wiem, że nie byłem gotowy na NFL – wspominał później Leaf.

UPADEK POZA BOISKIEM

Jego kariera w NFL zakończyła się po czterech latach. Od tego momentu jego nazwisko weszło do potocznego języka Amerykanów jako synonim nieudacznika albo w najlepszym wypadku kogoś, kto zmarnował talent na własne życzenie. Niejednokrotnie w debatach politycznych można było usłyszeć, jak któryś z kandydatów mówił, że wybór jego oponenta byłby najgorszym od czasów Ryana Leafa. – Czułem, że jestem wyszydzany na każdym kroku. Uznałem nawet, że nie chcę mieć dzieci, by nikt nie nosił mojego nazwiska. Ogarniał mnie wstyd – wyjawił po latach. Ponadto w 2003 roku się rozwiódł.

Leaf osunął się w cień, ale miał sporo problemów osobistych. Raz było słychać o tym, że wyprostował swoje życie, by za chwilę pojawiły się doniesienia o kolejnych wykroczeniach. Pracował jako trener w sztabie futbolowej drużyny akademickiej West Texas A&M, jednak wyleciał z niej, gdy okazało się, że prosił zawodników o załatwieniu mu leków przeciwbólowych, aż w końcu miał ukraść je od jednego z graczy. Swój najniższy punkt osiągnął w 2012 roku, już po powrocie do rodzinnej Montany. Policja zatrzymała go po tym, jak włamał się do jednego z domów i kradł silne leki na receptę, za co wylądował w więzieniu.

– Byłem egocentrykiem, narcyzem i miałem przez całe życie kłopoty z akceptacją siebie. Tak ma wielu ludzi z nałogami. Byłem uzależniony na długo zanim zacząłem brać narkotyki i pić. Sława, pieniądze i presja tylko to pogorszyły. Tak bardzo bałem się wszystkich i tego, co o mnie pomyślą, że za wszelką cenę starałem się być od każdego lepszy. Nie da się tak. Gdy zdałem sobie sprawę, kim tak naprawdę jestem i gdy dotknąłem dna, była to dla mnie ogromna lekcja pokory i doświadczenie, które otworzyło mi oczy – wspominał.

ODKUPIENIE

Choć Leaf wylądował za kratkami, to ta historia ma happy end. Czas w więzieniu okazał się bowiem dla Leafa bardzo pomocny. Spędził tam 30 miesięcy, czyli mniej więcej tyle, ile grał w NFL i wyszedł jako odmieniony człowiek. – Zanim trafiłem do więzienia, miałem myśli samobójcze, googlowałem sposoby na to, jak najłatwiej odebrać sobie życie. Bałem się, że w więzieniu w końcu to zrobię, ale uznałem, że to dla mnie szansa, by zamknąć pewien rozdział – wspominał.

Podczas odsiadki spotkał byłego żołnierza, który odbywał tam karę i obaj poprzysięgli sobie, że krok po kroku zmienią swoje życie. – Zaczęliśmy od tego, że poszliśmy do więziennej biblioteki i chcieliśmy pomagać osadzonym, którzy mieli trudności z czytaniem – mówił Leaf. Uznał również, że po wyjściu na wolność nie naćpa się lekami i nie tknie alkoholu ani żadnej innej używki. Jak do tej pory trwa w tym postanowieniu. Niedawno był gospodarzem programu Richa Eisena, który zaprosił go jako swoje zastępstwo. Leaf opowiadał szczerze o swoich problemach w trakcie gry w NFL i wyjawił, że na dniach będzie obchodził dziewiątą rocznicę całkowitej trzeźwości.

Dziś Leafowi wiedzie się coraz lepiej. Zaręczył się, otworzył fundację, która zajmuje się zbieraniem środków na stypendia dla uczniów z problemami psychicznymi, których nie stać na leczenie i zaczął otwarcie mówić o swoich niepowodzeniach. Na łamach „The Players' Tribune” napisał tekst pod tytułem „List do młodszego mnie”, w którym opisał wszystkie swoje upadki, wyjawił, że stchórzył. Myślał, że odejście z NFL uciszy wszystkie krytyczne głosy, a w rzeczywistości było inaczej. Później Leaf mówił, że ten tekst był dla niego niezwykle terapeutycznym doznaniem.

Obecnie Leaf pracuje w telewizji ESPN jako ekspert przy meczach futbolu akademickiego. Schudł, jest wolny od nałogów i nie boi się już tego, że dla wszystkich fanów NFL zawsze po pierwsze będzie zmarnowanym talentem, który rzucił się na dziennikarza i wyleciał z ligi po paru latach. Zresztą w serii NFL Top 10 w stacji NFL Network został uznany za największy niewypał w historii draftu. – Dawniej wściekłbym się, gdybyś mi o tym przypomniał. Teraz śmieję się, że przynajmniej w czymś byłem w karierze pierwszy – mówi. Twierdzi, że największy błąd, jaki popełnił i rzecz, jaką chciałby zmienić, to złe traktowanie innych ludzi. To dlatego dziś stara się m.in. pomagać charytatywnie. – Wiem jednak, że dla wielu na zawsze będę dupkiem. Akceptuję to. Zasłużyłem – twierdzi.

Historia Leafa to coś, co w amerykańskiej kulturze sportowej stało się wręcz mitem, jednak dziś 44-latek pacuje nad tym, by nieudana kariera w NFL nie zdefiniowała go na zawsze. Starych błędów nie cofnie, ale może stanowić dobry przykład dla wszystkich młodych futbolistów, którym wydaje się, że są niezniszczalni i lepsi od reszty tylko dlatego, że mają talent, sławę i pieniądze. Kiedyś omijał sympozja dla debiutantów, a dziś sam na nich wykłada i odbudowuje swój wizerunek. Wreszcie nikogo nie udaje i choć dawniej ludzie wieszali na nim psy, dziś życzą mu dobrze. Nie od dziś wiadomo bowiem, że od historii „od bohatera do zera” lepsze są tylko te „od bohatera do zera i z powrotem”.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.