Różne twarze Andrei Pirlo. Juventus hybrydą tego, co było i co ma być

Zobacz również:Osobowość, pewność siebie, technika. Sebastian Walukiewicz i rok na wielki skok
Trener Juventusu
Daniele Badolato - Juventus FC/Juventus FC via Getty Images

Po zwolnieniu Franka Lamparda z Chelsea Pep Guardiola powiedział, żeby nie wierzyć w projekty, bo tak naprawdę nie istnieją. Andrea Pirlo, który też miał być estetą futbolu, doszedł do podobnych wniosków i przez arcyważny dla losów całego sezonu miesiąc przebrnął tylko lekką zamoczoną stopą.

Kiedy patrzy się na Andreę Pirlo, zawsze widzi się tę samą twarz. Bez mimiki. W masce Jannego Ahonena. Zresztą przecież właśnie tę cechę wykorzystali marketingowcy, tworząc kampanię, w której przekonywali, że na Pirlo nic nie robi wrażenia. Spójność wizerunku trenera Juventusu umacniają też opowieści piłkarzy. Czasem po wyłączeniu kamery ludzie potrafią się zachowywać kompletnie inaczej. Jednak Wojciech Szczęsny, przepytywany w „Foottrucku” akurat w tej kwestii nie powiedział nic nowego, gdy podkreślał, że Pirlo zawsze zachowuje spokój i nigdy nie daje się wyprowadzić z równowagi.

KOMBINACYJNE INSPIRACJE

Powtarzalność wyrazu twarzy Andrei Pirlo coraz rzadziej współgra jednak z tym, jakie oblicza pokazuje jego drużyna. Na podstawie tego, co mówił i co pisał w pracy dyplomowej, można było wyrobić sobie wyobrażenie, że wchodzący w zawód były artysta futbolu, także na ławce będzie estetą. Inspiracji piłką Pepa Guardioli Włoch nawet nie próbował ukryć. Gdy widzi się bocznych obrońców, schodzących do środka boiska i obstawiających jednocześnie dwie pozycje, nie sposób nie przypomnieć sobie tego, jak Hiszpan wykorzystywał w Bayernie Philippa Lahma i Davida Alabę oraz jak ustawia dziś Joao Cancelo. Ustawienie w fazie budowania ataku pięcioma zawodnikami w pierwszej linii też sugeruje mocne wpatrywanie się w futbol trenera Manchesteru City. A jako wzór pressingu wskazywał Bayern Hansiego Flicka. Pirlo miał popchnąć do przodu to, z czym Maurizio Sarri utknął w połowie drogi. Przemianę Juventusu reaktywnego w narzucający własne warunki zawsze i wszędzie. Niezależnie od okoliczności.

GRUDNIOWE SYGNAŁY

Kilka grudniowych meczów sugerowało, że zawodnicy powoli zaczynają pojmować, o co chodzi. Jak dotąd flagowym występem mistrzów Włoch w nowym wydaniu było oczywiście rozbicie Barcelony na Camp Nou (3:0), ale to kilka innych spotkań lepiej mogło oddawać przemianę. Mecz z Genoą, wygrany wprawdzie po męczarniach, ale przy ponad 70 procentach posiadania piłki, co było bardzo katalońskim wynikiem. Czy zwłaszcza starcie w Parmie, wygrane efektownie, z rozmachem, czterema bramkami. Przy posiadaniu piłki przez blisko dwie trzecie czasu gry i absolutnej dominacji przez większość meczu, nie licząc końcówki, w której drużyna trochę już zwolniła chwyt.

PODWÓJNA PORAŻKA

Tuż przed wigilią nadszedł jednak dzień, w którym Juventus przegrał dwa razy. Na boisku trzema bramkami rozbiła go Fiorentina. A jednocześnie odwołanie Napoli w sprawie październikowego walkowera zostało rozpatrzone pozytywnie. Turyńczykom odjęto z tabeli trzy punkty, które przez dwa miesiące mieli do niej wpisane. Nowych nie zdołali dodać, choć rywal był z dolnej części tabeli. Powstało wrażenie, jakby w kilka godzin Juventus stracił sześć punktów. W 2021 rok turyńczycy wchodzili dopiero z szóstego miejsca. Przy niewielkich różnicach punktowych, ale i zapowiedzi bardzo trudnego styczniowo-lutowego terminarza.

SPEKTAKULARNA SERIA

Ten maraton właśnie dobiega powoli końca. Od lania z Fiorentiną Juventus wygrał dziesięć z dwunastu spotkań. Wtorkowy bezbramkowy remis w rewanżowym starciu półfinału Pucharu Włoch z Interem Mediolan był jak zwycięstwo, bo po zeszłotygodniowej wyjazdowej wygranej pozwolił awansować do finału. Tak naprawdę więc tylko ligowe starcie z mediolańczykami, zasłużenie przegrane (0:2) można uznać za wpadkę. Przez okres, który zapowiadał się bardzo trudno i w którym turyńczycy mogli nawet pogrzebać szanse na kolejny tytuł, przeszli praktycznie suchą stopą. W tym czasie ograli AC Milan i Inter na ich boiskach, pierwszym kończąc imponującą serię bez porażki, drugich eliminując z Pucharu Włoch. Pokonali Napoli, sięgając po Superpuchar. Nie dali większych szans Romie. A do tego uniknęli ligowych wpadek, które tak ich prześladowały w ostatnich miesiącach, bezlitośnie goląc wszelkie Sampdorie, Bolonie i Sassuola. O ile kilka tygodni temu można było mieć poczucie, że Juventus jest o krok od przegrania sezonu, o tyle dziś już ma pierwsze trofeum w gablocie, szansę na kolejne, dał sobie, pieczętując awans do finału krajowego pucharu, a w lidze sytuacja też już nie wygląda aż tak groźnie. Turyńczycy przebili się na trzecią pozycję. Tracą do prowadzącej dwójki pięć i siedem punktów, ale po pierwsze lider zdaje się wytracać tempo, a po drugie, mając jeszcze zaległy mecz w zanadrzu, da się zniwelować te straty do naprawdę minimalnych.

POGOŃ W STARYM STYLU

Udana pogoń i regularność nie została jednak osiągnięta na zasadach Pirlo. Przynajmniej tych, które starał się pokazywać w pierwszych miesiącach pracy. Jakby biorąc sobie do serca komentarz Guardioli, który po zwolnieniu Franka Lamparda z Chelsea podkreślał, że choć wszyscy mówią o długofalowych projektach, one tak naprawdę nie istnieją. Musisz wygrywać albo będziesz zwolniony. Pirlo zaczął więc wygrywać. W ostatnich kilku meczach, zwłaszcza tych, które nastąpiły po ligowej porażce z Interem, było widać powrót do źródeł. Do tego, co piłkarze z czasów Massimiliano Allegrego potrafią najlepiej. Do pragmatycznego przepychania się do zwycięstw i kolejnych rund. Juventus nie tylko ostatnio nie oferuje spektakli, ale wręcz sprawia wrażenie, jakby wcale nie miał zamiaru ich wystawiać. Napoli ograł całkowicie minimalistycznie. Romie pozwolił prowadzić grę na własnym stadionie, by wypunktować jej błędy. Pucharową wygraną z Interem zapewnił sobie nie znakomitymi akcjami, lecz korzystając z fatalnych pomyłek rywali. W rewanżu nie miał zamiaru wykorzystać korzystnej sytuacji z pierwszego meczu, by wnieść na boisko trochę luzu. Raczej czekał przyczajony na własnej połowie i chciał, by to rywal się męczył.

KRUCHY PRAGMATYZM

Juventus jeszcze nie jest automatem do gry kombinacyjnej, ale nie jest też już mistrzem pragmatyzmu z czasów Allegrego. Choć tylko jeden stracony gol w ostatnich siedmiu meczach może sugerować co innego, obrona nie stała się nagle skałą nie do przejścia. Każde zachowane czyste konto to osobna historia. O znakomitych paradach Wojciecha Szczęsnego w końcówce meczu z Napoli i pudle Lorenzo Insigne z rzutu karnego. O fatalnych pomyłkach Alexisa Sancheza w pierwszym meczu półfinałowym w pucharze. O nieskuteczności Interu w rewanżu. Porównania z drużyną Allegrego Juventus nie wytrzymuje zwłaszcza wówczas, gdy notorycznie niechlujnie gubi piłkę na własnej połowie. Kiedy próbuje wyjść spod pressingu krótkimi podaniami, ale nie potrafi, zwłaszcza gdy na boisku nie ma Leonardo Bonucciego. Kiedy nonszalancko podaje do rywali Rodrigo Bentancur. Trudno zresztą oczekiwać, by Juventus wrócił do bazy z czasów Allegrego, skoro większość zawodników biegających dziś po boisku w jego barwach, już tego trenera nie pamięta.

KROK W STRONĘ ŹRÓDEŁ

Pirlo cofnął się więc na razie o pół kroku w budowie ekipy, która ma zachwycać świat. Najwyraźniej uznał, że najpierw trzeba uspokoić sytuację sportową, robiąc to, co prostsze, czyli bazując na względnie uważnej defensywie i wykorzystywaniu indywidualnych umiejętności zawodników, a dopiero potem będzie można szlifować tkanie efektownych akcji. W efekcie nigdy dziś nie wiadomo, jaki Juventus pokaże się na boisku w dany wieczór. Drużyna niegdyś perfekcyjna w jednym aspekcie gry, nie stała się jeszcze idealna w drugim. Stara się opanowywać różne sposoby gry, zmienia ustawienia i wyjściowe składy. Potrafi Juventus zagrać jak drużyna, która najlepiej czuje się z piłką przy nodze, ale potrafi też cynicznie zrobić absolutnie wszystko, co jest wymagane do zwycięstwa. Ani w wersji aktywnej, ani w pasywnej Juve nie jest na razie nawet odrobinę bliskie ideału, ale wydaje się, że już widać drogę, którą chce podążać Pirlo jako trener. Gra ładna, kiedy można, a pragmatyczna, kiedy trzeba. W styczniu pokazał, nie pozostawiając wątpliwości, że na pewno nie jest estetycznym radykałem. Coraz bardziej zanosi się, że Andrea Pirlo jako trener będzie miał znacznie więcej twarzy niż jako człowiek.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.