„Bóg trzymał mnie tu z jakiegoś powodu”. Jak Rodney Rogers przekuł własny wypadek w pomoc innym

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Rodney Rogers
Fot. Elsa Hasch/Allsport via Getty Images

W trakcie kariery przeważnie pełnił funkcję solidnego rezerwowego. O doskonałym wywiązywaniu się z obowiązków świadczy nagroda „NBA Sixth Man of the Year” z 2000 roku. Rodney Rogers po kilkunastoletniej karierze poświęcał się biznesom, pracy trenerskiej i pasjom. Jedna z nich w 2008 roku skazała go na paraliż od barków w dół. Pomimo tragedii szybko dostrzegł szansę na pomoc ludziom zmagającymi się z podobnymi problemami.

Listopad 2008. Rogers wraz z kolegą postanowił poszaleć na quadzie po polnych drogach. Tereny znał od zawsze, bo cała akcja miała miejsce w rodzinnych stronach zawodnika, niedaleko Durham. Również wspomniana trasa nie była mu obca, bo według Michaela Meadowsa, kolegi byłego koszykarza, panowie jeździli nią nie raz. Kolejna z wielu przejażdżek przybrała jednak tragiczny obrót.

Ówczesny 37-latek pędząc, nie zauważył dziury w drodze. Uderzył w nią z pełnym impetem, po czym przeleciał przez kierownicę, lądując bezwładnie dziesiątki metrów dalej. Do leżącego i niemogącego się ruszyć podbiegł kumpel.

– Cholera, schrzaniłem – powiedział Rogers.

– Co jest grane stary? – odpowiedział kolega.

– Chyba złamałem kark, nie mogę się ruszać.

Pomimo szybkiej akcji ratunkowej i transportu do jednej z najlepszych placówek medycznych w kraju, spełnił się czarny scenariusz. W momencie wypadku Rogers miał na sobie pełny strój do jazdy, ochraniacze na kolana i łokcie oraz kask. Nie miał tylko zabezpieczonego karku…

BYK Z DURHAM

Droga do zawodowstwa Rogers prowadziła przez wiele życiowych zakrętów. Biologicznego ojca tak naprawdę nie poznał. Uciekł do Teksasu, gdy Rodney był malutkim dzieckiem. Zmarł, gdy syn miał osiem lat. Ojczym, będący dla niego prawdziwym tatą, odszedł na raka płuc, podczas gdy koszykarz rozpoczynał studia. Dodatkowo wcześniej poważnego wypadku samochodowego doznała matka, Estella. Po długim pobycie w szpitalu, potrzebowała intensywnej opieki.

Z tego względu na dwa ostatnie lata nauki w szkole średniej Rogers przeniósł się do domu Nathaniela Brooksa, trenera drużyny koszykarskiej. Rodney stał się dla niego i jego żony trzecim synem, który pomagał mu także w pracy na budowie. Brooks bowiem oprócz „trenerki” zajmował się murarstwem.

Na boisku Rogers nie miał sobie równych, dzięki czemu zapracował sobie na przydomek „Durham Bull”. W ostatnich dwóch latach gry notował liczby na poziomie ponad 22 punktów i 10 zbiórek. W 1990 roku wybrano go najlepszym koszykarzem Karoliny Północnej. Śmiało mógł przebierać w ofertach najlepszych uczelni w kraju. Teoretycznie najbliżej miał do uczelni Duke, leżącej w rodzinnym Durham. Jednakże zamiast gry u Mike’a Krzyzewskiego, wolał występy u Dave’a Odoma w Wake Forest. Tam przez trzy lata jeszcze bardziej rozwinął warsztat koszykarski. Rozdział w NCAA zakończył ze średnim bilansem 19 punktów i blisko ośmiu zbiórek na mecz. Było pewne, że Rogersa wybierze ktoś z wysokim numerem.

NIE DRAŻNIJ LARRY’EGO

Rok przed przejściem na zawodowstwo, Rogers był członkiem sparingpartnera prawdopodobnie najsłynniejszej kadry świata. W 1992 roku dostał powołanie do tak zwanego „Select Team” – zespołu złożonego z czołowych zawodników NCAA. Wraz z nim w Kalifornii znaleźli się także między innymi Grant Hill, Chris Webber czy Allan Houston. Chuck Daly chciał sprawdzić swoich zawodników na tle rywali, najlepiej pasujących stylem gry do przyszłych przeciwników.

Ekipa, którą dziś określa się mianem „Dream Teamu”, dwukrotnie mierzyła się z koszykarskimi młokosami. Pierwsza gra szczególnie przeszła do historii. Daly limitował czas gry Jordana, a reszta składu mówiąc wprost olała rywali. „College’owi" koszykarze grali tak, jakby rywalizowali w ostatnim meczu finałowej serii w NBA. Trener Amerykanów celowo nie przykładał się do obowiązków, zostawiając czasem swoich koszykarzy na pastwę losu. Chciał pokazać im, że nie są niepokonani i na igrzyskach każdy rywal może stanowić zagrożenie. „Select Team” wygrał 62:54, a Scottie Pippen mówił po meczu: „Zabili nas”.

Choć młodzi czuli respekt, a starszyzna trash-talkiem dawała do zrozumienia, kto znajduje się na wyższej pozycji, Rogers na moment poczuł się wielki. Obie ekipy mieszkały w tym samym hotelu. Koszykarz stał z grupą kolegów, gdy przez korytarz przewinęło się grono z Magikiem Johnsonem i Larrym Birdem w składzie. Według opowieści Jamala Mashburna, innego z członków młodego zespołu, Rodgers krzyknął: „Hej Larry, nie trafiłeś żadnego rzutu z wyskoku od 84’”. Koszykarz Celtics tego nie usłyszał, ale rozgrywający Lakers już tak. Johnson przekazał to koledze z kadry. W przeciwieństwie do rywali, dobrze zapamiętali te słowa.

Następnego dnia doszło do rewanżu. Tym razem „Dream Team” grał na poważnie, nie dając szans przeciwnikom. Młodzież dostała srogą lekcję pokory. Johnson z Birdem przy okazji postanowili nauczyć Rogersa pokory. W podcaście „Knuckleheads” Mashburn zdradził:

W pewnym momencie Magic Johnson za każdym razem podawał piłkę Larry’emu Birdowi. Osiem razy z rzędu przez całe boisko. Larry od razu ustawiał się z nią przed Rogersem. Tuż przed wykonaniem ruchu głośno mówił mu, w którą stronę zamierza ruszyć. „Drybling, w prawo, obrót, rzut”, kosz. Trafił osiem rzutów, po czym poszedł położyć się, bo nie mógł siedzieć na ławce. [Bird] powiedział: „młody człowieku, wygląda to na 84’?”.

12 LAT SOLIDNEJ GRY

Pierwszy przystanek w zawodowej karierze Rogersa stanowiło Denver. Nuggets wybrali go w 1993 roku z dziewiątym numerem. Choć pełnił początkowo funkcję zmiennika, to wraz z zespołem i tak zapisał się w historii ligi. Jako ósmy zespół fazy zasadniczej, w play-offach od razu trafili na liderów, Seattle Supersonics. Ekipa ze słynnym duetem Shawn Kemp-Gary Payton miała bezproblemowo pokonać słabszych rywali i myśleć o następnej serii. Tymczasem „underdog” zaskoczył środowisko, wygrywając 3:2.

Rogers wkrótce zaczął występować jako starter, ale nie w Kolorado. Denver w drugim sezonie oddało go do Los Angeles Clippers. Tam, choć grał dużo, to nie miał za bardzo myśleć o wysokich celach. Tamten zespół tylko raz w trakcie jego pobytu załapał się do play-offów. Przeważnie mocno odstawali od czołówki, a w „lokautowym” sezonie 1998/99 zwyciężyli tylko w dziewięciu z 50 spotkań. Nie pomogło nawet przyjście numeru jeden ostatniego draftu, Michaela Olowokandiego. Po czterech bezowocnych sezonach Rogers wyjechał „Miasta Aniołów”. Choć potrafił rzucać średnio piętnaście punktów i zbierać po pięć piłek na mecz, to w poszukiwaniu rozwoju kariery Rogers udał się do Arizony. W Pheonix początkujący trener Scott Skiles postanowił stworzyć z niego dobrego zmiennika.

Dobrze zdaję sobie sprawę, ile dobrego zrobił dla mnie. Był moją ochroną, ale miał też świetne czucie, przez co potrafił solidnie rzucać z dystansu – charakteryzował po latach Rogersa w Suns Jason Kidd.

W sezonie 1999/2000 wchodząc średnio na 27 minut z ławki (tak, brzmi to groteskowo, ale taka jest NBA) był gwarantem blisko czternastu punktów na mecz. Stanowił uzupełnienie dla skutecznego duetu Cliff Robinson-Penny Hardaway. Dobra gra nie pozostała niezauważona. W 2000 roku to do Rogersa powędrowała nagroda dla najlepszego rezerwowego ligi. Szczęścia zabrakło jednak w play-offach. Tam w półfinałach Konferencji Zachodniej szans Suns nie dali przyszli mistrzostwie Los Angeles Lakers. W podobnej formie przebiegała następna kampania, ale nawet świetnie grający Shawn Marion nie sprawił, że Suns zaistnieli w play-offach. Tym razem pokonali ich Sacramento Kings, którzy plasowali się wówczas w czołówce NBA.

Nie jest tajemnicą, że w najlepszej lidze świata sentymentów jest tyle, co w polityce. W lutym 2002 roku Rogersa już w Suns nie było. Najpierw trafił do Boston Celtics, lecz w nowe rozgrywki wchodził jako gracz New Jersey Nets. Tam znów miał okazję do gry z dobrze znanym Kiddem. Jako że ekipa z okolic Nowego Jorku walczyła wówczas o tytuły, Rogers miał więcej okazji do gry w meczach o wysoką stawkę. Nets powtórzyli wyczyn z poprzedniego sezonu i w 2003 roku ponownie zameldowali się w finałach NBA.

To wtedy Rogers miał największą szansę na mistrzowski pierścień w życiu, lecz zwycięsko z serii wyszli San Antonio Spurs. Rogers cały czas pełnił perfekcyjnie znajomą mu rolę rezerwowego. Zmienił ją na moment stając się starterem. Miało to miejsce już nie w New Jersey, a w Nowym Orlanie i Filadelfii. To tam stawiał ostatnie kroki w zawodowej karierze.

ŻYCIE NA NOWO

Rogers rozstał się z basketem jako zawodnik w wieku 34 lat. W 2006 roku powrócił w rodzinne strony. Mimo że nie musiał narzekać na brak pieniędzy, nie chciał po prostu bezczynnie leżeć na kanapie. Były koszykarz został operatorem ciężkiego sprzętu, by dwa lata później przejść na funkcje kierownicze. Warto podkreślić, że większość znajomych z pracy nie wiedziała o tym, że na co dzień mają do czynienia z wieloletnim weteranem NBA, który przez kilkanaście lat zarobił na parkietach najlepszej ligi świata ponad 25 milionów dolarów.

Rogers mocno angażował się w lokalną społeczność. Na zasadzie wolontariatu pełnił funkcję trenera w gimnazjalnym zespole koszykarek oraz powołał do życia lokalny juniorski zespół futbolu amerykańskiego. Co ciekawe, jedna z jego córek, Roddreka, poszła później w jego ślady. W sezonie 2015/16 reprezentowała barwy Widzewa Łódź.

Ambitne plany na przyszłość pokrzyżował wypadek z końca listopada 2008 roku. Lekarze dali mu pięć procent szans na ponowne chodzenie. Nawet profesjonalna opieka medyczna, której koszty wynosiły blisko pół miliona dolarów rocznie, nie pomogła w tym celu. Rogers mógł za to zawsze liczyć na wsparcie najbliższych. Kilka miesięcy przed zdarzeniem oświadczył się Faye Suggs.

– Kiedy się zaręczyliśmy, nasze pierwsze pytanie do siebie brzmiało: „Jeśli coś mi się stanie, czy będziesz w stanie się mną opiekować? – opowiadała ESPN w 2010 roku druga żona byłego koszykarza.

To między innymi na życiowej partnerce spadło zadanie opieki nad Rogersem. Z pomocą pielęgniarek karmi, myje go oraz zawozi na rehabilitacje. Według artykułów z początku ubiegłej dekady, dzieci z pierwszego małżeństwa miały słabe relacje z ojcem oraz jego nową żoną. Ponadto przez sprawy finansowe Rogers nie utrzymywał kontaktów z matką oraz siostrą, choć mieszkały zaledwie 20 minut drogi od jego domu.

Początkowo Rogersowi towarzyszyły liczne myśli samobójcze. Z czasem, podczas częstych pobytów w szpitalu, przyglądał się walce innych ludzi. – Widziałem wiele dzieci i dorosłych, którzy nie mogli pozwolić sobie nawet na najpotrzebniejsze rzeczy. Niektórzy z nich odeszli, bo nie mieli pieniędzy – opowiadał Rogers w wywiadzie dla Winston-Salem Monthly. Wraz z żoną założyli fundację swojego imienia noszącą pomoc chorym ludziom w potrzebie. Fakt, że wciąż żył zawodnik potraktował jako znak od Boga, by nieść pomoc innym. – Trzymał mnie tu z jakiegoś powodu” – mówił WMFY News.

Trudno znaleźć jakiekolwiek informacje na temat obecnego stanu zdrowia Rogersa. Od wypadku były zawodnik Suns czy Clippers nie udziela się publicznie. Z trudem przychodzi mu mówić, lecz dla wyjątkowych spraw potrafił znaleźć siły. Tak było w 2013 roku, gdy Alma Mater uhonorowała go za zasługi dla zespołu.

Rogers zawsze słynął z niesamowitego atletyzmu. Lata później między innymi do niego porównywano Ziona Williamsona. Pomimo wypadku, cały czas tkwi w nim duch pomocy. Kiedyś pomagał najlepszym koszykarzom ligi, później postanowił pomagać tym, walczącym dla siebie o lepsze jutro.

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.