Robert Kasperczyk: Mam więcej determinacji, niż młody trener, który dostaje pierwszą szansę (WYWIAD)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Podbeskidzie Bielsko-Biala. Robert Kasperczyk. 30.12.2020
BIELSKO BIALA 30.12.2020

- Rynek uznał mnie za człowieka, który już się ustatkował. Pracuje blisko domu, wykłada w szkole trenerów, nadzoruje szkolenie młodzieży. Tylko trener zrozumie jednak adrenalinę, która ciągle tkwi z tyłu głowy. Dlatego nie miałem żadnych obaw przed zrezygnowaniem z dotychczasowego życia – mówi nowy trener Podbeskidzia Bielsko-Biała.

Po pięciu latach przerwy w pracy pierwszego trenera i ośmiu latach nieobecności w tej roli w ekstraklasie wierzył pan wciąż, że jeszcze kiedyś będzie przygotowywał zespół do ligowego meczu z Legią Warszawa?

Robert KASPERCZYK: - Chyba nie. Mówię szczerze, że potrzebowałem tej przerwy. Pakowanie się po raz kolejny w miejsca, w których występują potworne różnice między uzgodnieniami przy podpisywaniu umowy a rzeczywistością, było już bardzo męczące. Powiedziałem sobie, że chcę popracować trochę inaczej. Postawiłem na stabilizację. W tym czasie trochę wzmocniłem część teoretyczną warsztatu. Zrobiłem kurs trenera-edukatora, prowadziłem zajęcia z młodymi trenerami, nadzorowałem pracę w pionie młodzieżowym Cracovii.

Brzmi jak spokojne, przyjemne miejsce pracy.

- Nabrałem trochę dystansu. Spojrzałem na trenerów z innej strony. Popatrzyłem trochę inaczej na to, jak zarządzać grupą ludzi. Choć jest różnica między nadzorowaniem grupy trenerów, z których każdy ma własny pomysł na grę i prowadzenie zespołu, a nadzorowaniem zawodników, którzy oczekują, że trener przyniesie im gotowy pomysł na grę. Ten czas to dla mnie wartość dodana. Ale trenerem nigdy nie przestałem być. W Cracovii wiele razy prowadziłem zajęcia w zastępstwie innych trenerów. Juniorów młodszych, w okresie zmian personalnych w klubie, prowadziłem nawet przez miesiąc i sprawiało mi to przyjemność. Jednak dopiero po paru dniach w szatni Podbeskidzia, gdy już na dobre wróciłem na ławkę trenerską, stwierdziłem, że bardzo mi tego brakowało.

Były w tym czasie propozycje powrotu do pracy w zawodzie?

- Od czasu do czasu ktoś dzwonił. Dwa kluby I-ligowe, jeden drugoligowy, z niższych lig też były propozycje. Wiadomo, że czym więcej czasu mijało, tym telefonów było mniej. Uznano mnie na rynku za człowieka, który się ustatkował. Pracuje w szkole trenerów, wykłada, nadzoruje szkolenie, działa blisko domu. Trzeba być trenerem, żeby zrozumieć, że to tak nie działa. Z tyłu głowy zawsze siedzi ta adrenalina związana z codziennymi zajęciami szkoleniowymi i odpowiedzialnością za drużynę. Dlatego nie miałem żadnych obaw przed zrezygnowaniem z dotychczasowego życia. Wręcz czuję zdecydowanie większą determinację niż gdybym jako młody trener pierwszy raz dostał szansę. Zwłaszcza że przychodzę do miejsca, które nie jest dla mnie przypadkowe.

To ułatwiło podjęcie decyzji?

- Pewnie gdyby Podbeskidzie znajdowało się w I lidze i do mnie zadzwoniło, postąpiłbym tak samo. Bielsko-Biała to niezmierne istotne, wręcz magiczne miejsce w moim życiu i chciałbym tam jeszcze odświeżyć siebie na rynku. Odkąd odszedłem z Podbeskidzia, zawsze z nim sympatyzowałem. Gdy tylko mogłem, oglądałem mecze. Parę razy udało mi się też przyjechać. Cały czas kontakt był utrzymywany. Czuję się tu jak w domu, więc chyba było mi łatwiej się zdecydować. Choć z drugiej strony zespół i organizacja klubu, którą zastałem, są kompletnie inne. Nawet ludzie, których znam, moi byli zawodnicy, pracują już na innych stanowiskach. Sławek Cienciała jest w dziale sportowym, Dariusz Kołodziej pomaga mi w sztabie. Wiele osób jest nowych, ale są jeszcze tacy, których pamiętam.

Mogłoby się wydawać, że trener, który po takiej przerwie otrzymuje propozycję z ekstraklasy, nie ryzykuje wiele. Pan w Podbeskidziu zbudował sobie jednak pomnik pierwszym w historii awansem do ekstraklasy i utrzymaniem zespołu w lidze. Nie miał pan obaw, że teraz może się dodatkowo zacząć kojarzyć ze spadkiem?

- Kiedy podejmuje się pracę w jakimkolwiek nowym miejscu, zakłada się tylko optymistyczne scenariusze. Ludzie, którzy mnie otaczają, są nastawieni na pomoc i ciągle zastanawiają się, co zrobić, żeby było lepiej. To czuć i widać. Zaśmiecanie sobie głowy czarnymi scenariuszami i ryzykiem nie pomaga w pracy. Przepracowałem w zawodzie na różnych poziomach już tyle lat, że wiem, że tego nie należy brać pod uwagę. Szukamy rozwiązań, które popchną drużynę do przodu, patrzymy pozytywnie i będziemy reagować na bieżąco. Nie chcę mieć w umyśle żadnych śmieci.

Kontrakt podpisaliście jednak tylko na pół roku, czyli najkrócej jak się da. Zwykle przy nowym trenerze jest mowa o nowym, długofalowym projekcie. Tu od początku sprawa jest postawiona jasno: utrzymanie, a potem porozmawiamy?

- Podpisaliśmy umowę, która automatycznie przedłuża się o rok w przypadku utrzymania w ekstraklasie. Można więc przedstawić sytuację odwrotnie: półtoraroczny kontrakt, ale obowiązujący tylko w najwyższej lidze. Mnie to nie przeszkadzało. Wręcz obie strony skłaniały się do takiego rozwiązania. Zwłaszcza że wierzę, że skorzystam z opcji przedłużenia.

Podczas poprzedniego pobytu w Bielsku-Białej miał pan bardzo dobre relacje z Januszem Okrzesikiem, ówczesnym prezesem klubu, a dziś przewodniczącym Rady Miasta. Jaki był jego wpływ na pana obecne zatrudnienie?

- Nie chcę nawet wiedzieć, ile Janusz zrobił, żebym pojawił się znów w Bielsku. Ale podejrzewam, że gdy zapytano go o opinię na mój temat, nie powiedział, żeby ludzie z klubu dali sobie ze mną siana. Był jednym z pierwszych, który złożył mi gratulacje, choć od razu wyraził obawy, czy moja „legenda” nie będzie gdzieś nadszarpnięta w razie czegoś niekorzystnego. Wiem, że bardzo dobrze mi życzy i gdyby był w strukturach klubu, mógłbym liczyć na jego wsparcie z każdej strony. Pomocnych ludzi w klubie jednak nie brakuje.

Jesienią często mówiono, że Podbeskidzie gra zbyt ambitnie. Stara się prowadzić grę, jak w I lidze, choć nie ma do tego odpowiedniej drużyny. Teraz są oczekiwania, że zespół przestawi się na typową dla walki o utrzymanie „rąbankę”. Pan jednak też raczej należał zawsze do trenerów, który przywiązywał wagę do stylu. Jak uda się to połączyć w drużynie o tak trudnym położeniu?

- DNA się nie oszuka. Tego piłkarskiego też nie. Gdzieś z tyłu głowy mam grę krótkimi podaniami, ze zdecydowaną dominacją, przewagą posiadania piłki, czyli tzw. krakowską piłkę. Życie mnie jednak nauczyło, także pod kątem obserwacji innych trenerów, że prawdziwa sztuka polega na tym, by z arsenału, który się ma, wybrać dla zespołu to, co najlepsze. Gdy przychodziłem do Podbeskidzia, nie miałem sprecyzowanego systemu, ustawienia ani strategii. Gdzieś z tyłu głowy coś mi kiełkowało, ale największym błędem byłoby, gdybym na siłę narzucał coś, do czego piłkarze nie byliby predysponowani. Nie wnikałem w to, co było wcześniej, bo zależało mi na zresetowaniu rundy jesiennej.

Zdążył pan w trakcie tak krótkich przygotowań wyrobić sobie zdanie o zespole?

- Przeprowadziliśmy bardzo dokładną diagnostykę. Zaczęliśmy od dietetyki. Od 4 stycznia, na bazie badań krwi i tkanki tłuszczowej, każdy zawodnik miał przygotowaną indywidualną dietę przez naszą dietetyczkę. Ufamy, że wszyscy jedli tylko to, co mieli rozpisane. W środę zrobiliśmy pomiary i okazało się, że poza jednym zawodnikiem, który dołączył później, cały zespół obniżył zawartość tkanki tłuszczowej. Niektórzy w takich parametrach, że sami się nie spodziewali. Staraliśmy się chłopców uświadamiać, by pracowali nad sobą nie tylko przez półtorej godziny dziennie, gdy są w klubie. Jeśli chcą grać jak Lewandowski, czy Ronaldo, po trzydziestce, czy nawet pod czterdziestkę, muszą od tego zacząć. Potrzebowaliśmy takich badań na początek, by dostosować takie obciążenia, które piłkarze będą w stanie wytrzymać.

Domyślam się, że na diecie się jednak nie skończyło.

- Przeprowadziliśmy bardzo dokładne testy szybkościowe, czy zwrotnościowe, by wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Profesor Gabryś, z którym współpracowałem już, gdy niektórzy moi dzisiejsi trenerzy jeszcze grali w piłkę, wnikliwie na nie spojrzał. Bardzo mu ufam i słucham jego opinii, bo zawsze dzielił się ze mną świetną interpretacją wyników. Co z tego, że zrobi się bardzo drogie badania, z których nie będzie się potem umiało skorzystać. Sporządził dla nas wytyczne, na podstawie których przygotowywaliśmy się do meczu z Legią. Gdy w ten sposób pozbierałem szczegółowe informacje o drużynie, zaczęły się kształtować moje pomysły, co z nią zrobić, żeby wykorzystać ją w różnych konfiguracjach. Dopiero tak powstawał pomysł na grę. Jego szlifowanie nastąpiło na zgrupowaniu w Chorwacji. Zawodnicy to zaakceptowali. Dla niektórych taki sposób pracy był czymś nowym, inni to przerabiali. Gdybym miał dziś hasłowo powiedzieć, jakie będzie moje Podbeskidzie, wskazałbym: determinację i pragmatyzm, rozumiany jako cwaniactwo taktyczne. Nie będziemy grać tiki-taki, ale nie będziemy też grać z wiadomo jaką częścią ciała w bramce.

Podbeskidzie przez lata, nawet gdy miało ograniczone umiejętności piłkarskie, słynęło z twardych liderów w szatni w rodzaju Marka Sokołowskiego, Bartłomieja Koniecznego, Sławomira Cienciały, czy Dariusza Łatki. Czy widzi pan w tym zespole zalążki takich postaci?

- Mechanizmy w każdym zespole są bardzo podobne. Liderów nigdy nie brakuje, gdy drużyna jest na fali i idzie do przodu. Gorzej jest, gdy muszą się pokazać w momentach kryzysowych. Proszę mi wierzyć, że w tamtej dawnej drużynie było tak samo. Gdy jest kryzys, wielu chowa głowę w piasek. Kiedy przyszliśmy, wielu zawodników obawiało się, co z ich przyszłością. Wydaje mi się, że niektórzy dostali drugie życie i już teraz widać, że ta szatnia też ma graczy z charakterem. Bardzo charyzmatyczną postacią jest Michal Pesković, który ma duży wpływ na poczynania całej linii defensywnej. Bardzo liczę na Filipa Modelskiego, który coraz mocniej się otwiera i daje wiele zespołowi od strony mentalnej. Rafał Janicki to bardziej typ lidera boiskowego niż werbalnego. Nie do poznania, w stosunku do tego, co o nim słyszałem, jest dla mnie Milan Rundić. Gdyby podpiąć mu mikrofon do kołnierza, okazałoby się, że buzia mu się nie zamyka. Niektórych powstrzymuje bariera językowa, bo na przykład Gergo Kocis chętnie byłby liderem, zawsze dużo gada pod nosem, ale zwykle po węgiersku. Wierzę, że liderzy po kilku kolejkach się ukształtują. Już bardzo się otworzyli. Nie szukałem na siłę lidera, bo widzę, że nie powinno być z tym problemu.

Drużyny Podbeskidzia, które pan trenował, różnią się od siebie diametralnie, ale chyba można dostrzec pewne podobieństwa. Widzi pan w Marko Roginiciu cechy podobne do Roberta Demjana? To chyba też zawodnik, na którym można oprzeć atak, nawet jeśli nie strzeli dwudziestu goli w sezonie.

- Roginić nigdy nie będzie Demjanem, bo to zupełnie inne typy napastników. Robert nie miał żadnego problemu, gdy na plecach wisiało mu dwóch rywali. Potrafił dwóch zranić, siedmiu „zabić”, a potem oddać strzał na bramkę. Marko chce zagrań na wolną przestrzeń. Jest zawodnikiem niesamowicie wybieganym. Chyba jeszcze nigdy nie prowadziłem tak ruchliwego napastnika. Chciałbym tylko, żeby pozbył się etykiety najlepszego defensywnego napastnika w lidze. Według statystyk InStata jest drugim pod względem liczby fauli zawodnikiem w ekstraklasie. To świadczy o jego determinacji, ale ja liczę, że będzie kreował i strzelał. Nad tym będziemy cały czas pracować. Marko świetnie uzupełnia się z Kamilem Bilińskim, który jest zupełnie innym typem. Egzekutorem. Lisem, który mniej biega, ale za to ma zdecydowanie więcej sytuacji. Będziemy korzystać z nich obu. W niektórych fragmentach meczów mogą grać razem i powinni dobrze współpracować. Dla sztabu to dobre, że są tak różni.

Powiedział pan, że organizacja klubu bardzo się zmieniła od pana poprzedniego pobytów. Ale czy na pewno? Stadion wygląda ładniej, przebieracie się w nowszej szatni, jednak dalej w okresie zimowym nie macie gdzie zobaczyć w mieście naturalnej trawy, musicie szukać boisk ze sztuczną nawierzchnią, a potem jeździć w inne miejsce na siłownię.

- Stoicy nauczyli mnie jednej rzeczy: jeśli coś nie jest łatwe, to znaczy, że ktoś na górze chce sprawdzić, jak sobie z tym poradzimy. To wszystko prawda, ale nie jest dla mnie rozwiązaniem płakanie, że jest zima, a boisko jest takie, czy inne. Skoro czegoś nie jesteśmy w stanie zmienić, musimy ustalać więcej rzeczy z wyprzedzeniem i reagować na prognozy pogody. Jesteśmy w ekstraklasie i do problemów musimy podchodzić jak klub z ekstraklasy.

Rozmawiał Michał Trela

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.