Repasaże… w lekkoatletyce? Światowa federacja z kolejnymi dziwacznymi pomysłami

Zobacz również:Najlepsi w historii. Skąd wziął się medalowy wybuch polskiej lekkoatletyki?
Patryk Dobek
fot. Rafał Oleksiewicz/PressFocus

Igrzyska olimpijskie w Paryżu będą wyjątkowe z wielu względów. Po raz pierwszy w historii przygotowania do nich będą trwały jedynie trzy lata. Francuzi wprowadzą też kilka swoich dyscyplin, m.in. breakdance. Cegiełkę do tego chcą dołożyć także światowe władze lekkoatletyczne, wprowadzając dwie dość interesujące innowacje. Jednak „interesujące” nie oznacza w tym wypadku, że są one dobrym pomysłem.

Słowo repasaże przeciętnemu kibicowi nierozłącznie kojarzy się z igrzyskami olimpijskimi – głos Dariusza Szpakowskiego informujący o polskich wioślarzach, którzy muszą się przez nie przebijać w sesji porannej to już olimpijski klasyk. To samo zresztą tyczy się sportów walki. Repasaże niejednokrotnie dały nam medal w zapasach, a w Tokio mieliśmy też swoich przedstawicieli w repasażach judo czy taekwondo.

ALE KOMU TO POTRZEBNE?

Repasaże to zresztą nic innego, jak druga szansa dla pechowców. Np. w zapasach sprawiają, że potencjalni medaliści nie odpadają w pierwszych rundach tylko dlatego, że trafili na późniejszego mistrza – przegrywający z finalistami turnieju otrzymują drugą szansę, dzięki której mogą dotrzeć do brązowego medalu. Trochę inaczej działa to w innych dyscyplinach, ale zamysł jest ten sam – nie chcemy sytuacji, w której ktoś zdolny stanąć na podium odpada zbyt wcześnie, bo miał pecha w losowaniu.

Wioślarstwo teoretycznie działa na tej samej zasadzie, ale to już całkiem inna sytuacja. Nie ma walki jeden na jeden, do kolejnej rundy – w przypadku braku repasażów – awansowałoby po kilka osad, więc nawet trafienie na największych mistrzów pozostawia możliwości awansu. Z tego też powodu część fanów nie miałaby nic przeciwko, gdyby repasaże z programu wioseł zniknęły.

Podobnie będzie z repasażami w lekkoatletyce – tylko o ile w wiosłach to już klasyka i tradycja, o tyle wprowadzanie tego od nowa wydaje się na pierwszy rzut oka nie mieć większego sensu. Nowe zasady będą obowiązywały w biegach na 200, 400, 800 i 1500 metrów, włączając w to bieg płotkarski na dystansie pełnego okrążenia. Z pierwszej rundy do półfinałów awansuje mniejsza liczba lekkoatletów niż do tej pory. Zabrane w ten sposób miejsca będą do zdobycia poprzez dodatkowy bieg repasażowy. Taki sposób ma trochę sensu na 800 i 1500 metrów. Tam o wynikach często decyduje taktyka i to, jak ułoży się bieg. Faktycznie można mieć trochę pecha – być „zamkniętym” przy wirażu w kluczowym momencie albo niecelowo wdać się w jakąś przepychankę. Natomiast 200 czy 400 metrów… próbujemy znaleźć sens, ale naprawdę go tu nie widać. Nie jest to walka jeden na jeden, między zawodnikami nie ma kontaktu, a z każdego biegu może awansować po kilka osób, więc i siła biegu w eliminacjach nie ma aż takiego znaczenia.

Być może chodziło o dodatkową szansę biegaczy i to, żeby ci słabsi nie kończyli zawodów po zaledwie paru minutach, jednak na pierwszy rzut oka jest to całkowicie niepotrzebne rozciąganie i tak bardzo mocno napiętego programu lekkoatletycznych imprez. Denerwuje was, że międzynarodowi realizatorzy za długo skupiają się na niefinałowych biegach, kiedy trwają finały konkurencji technicznych? Cóż, teraz dojdą jeszcze repasaże.

JAK TO LICZYĆ?

Co więcej, to nie jedyna lekkoatletyczna innowacja. O tym, że z programu usunięto chód na 50 kilometrów (a ostatnim w historii mistrzem był Dawid Tomala) doskonale wiemy. O tym, że zastąpił go chód na 35 kilometrów również już zdążyliśmy się przekonać. Ale jak ten dłuższy dystans będzie rozgrywany na igrzyskach?

Otóż będzie to… mikst. Nie będzie oddzielnej konkurencji dla kobiet i mężczyzn – będzie wspólna. Kraj wybierze parę lub pary (maksymalnie dwie), które będą reprezentować go w tym co najmniej intrygującym tworze. Na razie nawet nie wiemy, jak będą liczone punkty. Suma miejsc? Suma czasów? Jak zrobić, żeby to wszystko faktycznie było równe?

Z jednej strony nas to cieszy. Mamy w końcu dwukrotną wicemistrzynię świata, w tym na 35 kilometrów, Katarzynę Zdziebło. Jest też mistrz olimpijski Tomala, chociaż on akurat nie jest zachwycony pomysłem skracania dystansu. Na mistrzostwach w Eugene zajął odległą lokatę i zasugerował, że nowy dystans bardziej pasuje tym, którzy do tej pory chodzili na 20, a nie na 50 kilometrów. Może mieć w tym trochę racji, bo u kobiet podium na 20 i 35 kilometrów było dokładnie takie samo. Mimo problemów mistrza, mikst wydaje się konkurencją, która może być dla nas całkiem ciekawa, ale to i tak kolejna kombinacja ze strony World Athletics. Co szkodziło zrobić oddzielne, indywidualne chody?

Repasaże i chodziarski mikst to nie jest coś, co mieliśmy wpisane w lekkoatletyczne bingo na 2024 rok. Czas się jednak przyzwyczajać, szczególnie że ta druga konkurencja może się dla nas okazać medalową. Niemniej, lepiej żeby światowe władze na tym poprzestały. Aż strach pomyśleć, jakie jeszcze nowinki mogłyby wprowadzić.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.