Rekord Roberta Lewandowskiego jako sztuka ciągłego przesuwania granic (KOMENTARZ)

Zobacz również:Piłkarz z własną podobizną na plecach. Leroy Sane — nowa ekstrawagancja Bayernu
Bayern Monachium
Alexander Scheuber/Bundesliga/Bundesliga Collection via Getty Images

Mentalna wielkość napastnika Bayernu Monachium nie polega na tym, że nie jest leniem i nie wsuwa kebabów. Ani na tym, że chce zdobywać trofea. Samo to jeszcze nie wyróżniałoby go aż tak bardzo na tle europejskiego futbolu. Prawdziwa wielkość polega na tym, że w poszukiwaniu nowych wyzwań nie musi zmieniać otoczenia, lecz po prostu zajrzeć do własnej głowy. To tam co roku znajduje powody, by dwudziesty w życiu mecz z FC Augsburg traktować jak finał mistrzostw świata.

ZAKTUALIZOWANA WERSJA TEKSTU, KTÓRY PIERWOTNIE UKAZAŁ SIĘ 15 MAJA.

Wielokrotnie w ostatnich kilkunastu latach o różnych polskich piłkarzach mówiono, że gdyby mieli mentalność Roberta Lewandowskiego, zaszliby w futbolu dużo dalej. Miał to być dowód na to, że ich piłkarskie umiejętności przekraczają to, co mają w głowie. Ma to jednak mniej więcej tyle samo sensu, ile powiedzenie o Karolu Danielaku, że gdyby miał technikę Diego Maradony, byłby królem Neapolu. Bo mentalność nie jest dla Roberta Lewandowskiego tylko drobnym dodatkiem do tego, jak kopie, lecz właściwie głównym budulcem jego sukcesu. Gdyby mieć mentalność Lewandowskiego było łatwo, nie wyróżniałby się tak mocno w skali całego świata.

WYZWANIA W GŁOWIE

Mentalność Lewandowskiego można jednak rozbić na kilka poziomów. Sama obsesyjna dbałość o dietę i wymodelowanie każdego kawałka mięśnia jeszcze nie czyni bowiem Lewandowskim. Można sobie wyobrazić młodego piłkarza, który zgodnie z przykazaniami Lewandowskiego przebija się z II ligi polskiej do Bundesligi, je kulki mocy i przestrzega Healthy plan by Ann, w międzyczasie zostając mistrzem Polski i królem strzelców ekstraklasy, zdobywa mistrzostwo i Puchar Niemiec oraz zostaje najlepszym snajperem ligi niemieckiej. A potem uznaje, że nie ma już w tej lidze czego szukać. Zdecydowana większość naprawdę dobrych piłkarzy dokładnie tak myśli. Zostaje w danym miejscu tak długo, aż wygra wszystko, co się dało, a potem idzie gdzie indziej w “poszukiwaniu nowych wyzwań”. Mentalna wielkość Lewandowskiego nie polega więc na tym, że nie jest leniem i obibokiem, bo na poziomie, na którym się obraca, praktycznie nikt nim nie jest, lecz na tym, że w poszukiwaniu nowych wyzwań nie musi nigdzie iść. Musi się tylko zagłębić w swojej głowie.

Robert Lewandowski
Fot. Sebastian Widmann/Getty Images

NUŻĄCA RUTYNA

Uwielbiam Bundesligę, uważam ją za absolutnie najfajniejszą ligę na świecie i gdybym był piłkarzem, chciałbym w niej grać. W tym kontekście byłbym do niej pewnie bardziej emocjonalnie przywiązany niż Lewandowski, który raczej nigdy nie mówił o lidze niemieckiej jako o spełnieniu dziecięcych marzeń. Ale nawet ja na miejscu Lewandowskiego jakoś około 2014 zacząłbym mieć poczucie, że już nic w Niemczech po mnie. Mistrzostwo zdobył w pierwszym roku pobytu w Bundeslidze. Puchar wygrał w drugim. Królem strzelców został w czwartym. Jeśli przekalkulował, że Bayern Monachium daje jedną z największych szans w Europie na wygranie Ligi Mistrzów, jestem w stanie zrozumieć, że został tam tak długo, aż udało mu się ją zdobyć, przy okazji zostając najlepszym piłkarzem świata. Najpóźniej w tym momencie każdy normalny, nawet bardzo pracowity i ambitny człowiek, straciłby już wszelką motywację, by błyszczeć przeciwko Arminii Bielefeld i po raz dwudziesty strzelić gola Freiburgowi. Zwłaszcza w meczach przy pustych trybunach. Zwłaszcza na stadionach, na których grał już dziesiątki razy i strzelał w każdych okolicznościach. Jadąc gdzieś na mecz, dokładnie wie, gdzie będzie spał, który porządkowy powie mu dzień dobry i w którym miejscu lubią wyjątkowo mocno zrosić przed spotkaniem trawę.

LUDZKIE ODPUSZCZANIE

To przecież właściwość niemal wszystkich wielkich piłkarzy. Stąd biorą się fenomeny takie jak “zimne i deszczowe popołudnia w Stoke”, które występują w każdym kraju i bazują na tym, że nawet wielkie drużyny mają problem na zmotywowanie się na starcia z ligowymi średniakami tuż po wielkich europejskich potyczkach. Gwiazdy Paryża nie czerpią przecież wielkiej przyjemności z miażdżenia Tuluzy. Ich mentalnym napędem są wielkie wieczory w Lidze Mistrzów. Byłoby całkowicie naturalne i ludzkie, gdyby Lewandowski w którymś momencie pobytu w Niemczech zaczął sobie wybierać, kiedy chce grać, a kiedy odpoczywać. Gdyby eksploatował swój organizm w starciach o wielką stawkę, ale obniżał obroty wtedy, kiedy nie trzeba pędzić z gazem wciśniętym do dechy.

IDEALNY SEZON, BY ZWOLNIĆ

Tak właściwie ten sezon był do tego idealny. Bayern przed rokiem wreszcie wygrał wszystko. Lewandowski ukoronował klubową karierę, został też indywidualnie doceniony. Obciążenia nawarstwiły się. Sezony nałożyły się jeden na drugi. Nikt by nie miał większych pretensji, gdyby akurat teraz rozegrał normalny sezon. Nie ponadprzeciętny, z trzydziestoma bramkami, lecz po prostu zwyczajny. Z jakimiś dwudziestoma golami i kilkoma dłuższymi niż zwykle seriami bez zdobytej bramki.

KULTURA BAYERNU

Mentalność Lewandowskiego objawiła się jednak akurat teraz w pełnej krasie. I połączyła się z kulturą panującą od lat w Bayernie, zgrabnie ujętą przed laty przez Olivera Kahna hasłem “weiter, immer weiter”, czyli “dalej, ciągle dalej”. Dobrze było ją widać przed tygodniem, gdy Bayern został mistrzem Niemiec przed telewizorem, a potem, nic już nie musząc, rozbił aspirującą do europejskich pucharów Borussię Moenchengladbach sześcioma bramkami. W Bayernie nie ma momentu zatrzymania się, by podelektować się sukcesem. W Bayernie zawsze jest jakiś nowy cel. Jeśli ktoś ucieszyłby się, że z dziewięcioma mistrzostwami z rzędu zostali aktualnie najdłużej urzędującymi mistrzami w Europie, zaraz ktoś powiedziałby, że Juventus osiągnął to samo, ale dziesięciu kolejnych tytułów nikomu jeszcze nie udało się zdobyć. Trzeba więc to jak najszybciej osiągnąć.

Bayern Monachium mistrzem Niemiec
Alexander Hassenstein/Getty Images

WYŚCIG Z HISTORIĄ

Lewandowski pasuje do tej kultury znakomicie. On także zawsze wyznaczał sobie nowy cel, którego jeszcze nie osiągnął. Do pewnego momentu ścigał się ze współczesnymi rywalami – Mario Gomezem, Klaasem-Janem Huntelaarem, Stefanem Kiesslingiem, Aleksem Meierem, czy Pierrem-Emerickiem Aubameyangiem, którzy zabierali mu tytuł króla strzelców. Teraz też miałby z kim przegrać, bo Erling Haaland i Andre Silva osiągają znakomite wyniki strzeleckie, ale Lewandowski przeszedł już na kolejny poziom i ściga się tylko z historią. Właśnie ją dogonił. Piłkarze często powtarzają, że strzeleckie rekordy ich nie interesują. Ale gdyby nie strzeleckie rekordy, Lewandowski już od dawna nie miałby czego w Niemczech szukać. Ma szczęście, że akurat w tym kraju grał kiedyś Gerd Mueller, bo dzięki niemu tamtejsze rekordy są na tyle wyśrubowane, że nawet dla Lewandowskiego stanowią wyzwanie.

TYRANIA REKORDÓW

Do tego, że Lewandowski niemal nie strzela goli, które nie dawałyby mu jakiegoś nowego rekordu, zdążyliśmy już od lat przywyknąć. Współczesny futbol karmi się rekordami, a firmy statystyczne, które rozpanoszyły się na rynku, zawsze mają jakiś na podorędziu. Tak, by oglądającego cały czas utrzymywać w poczuciu, że właśnie jest świadkiem czegoś historycznego. I jednocześnie, by podsycać w nim poczucie strachu, że jeśli nie włączy telewizora, może przegapić coś, o czym wszyscy będą mówić. Trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów jest fajne, ale jednocześnie stwarza wrażenie, że przed Ligą Mistrzów nie było w Europie żadnych europejskich pucharów. I że Gerd Mueller nie zdołał w Lidze Mistrzów zdobyć ani jednego gola. Nie uwzględnia też, że ciągle rozdmuchiwana jest liczba meczów, przez co najlepsi strzelcy Ajaksu Amsterdam z połowy lat 90. mieli mniej okazji do śrubowania wyników niż dzisiejsi snajperzy. Pierwsze miejsce na liście najlepszych strzelców w historii reprezentacji Polski jest świetne, ale nie uwzględnia, że Lewandowski rozegrał w niej ponad czterdzieści meczów więcej niż Włodzimierz Lubański. I że poprzedni lider rzadziej miał okazję mierzyć się z przeciwnikami pokroju San Marino, Andory czy Kazachstanu, bo w jego czasach w Europie było o połowę mniej krajów, a grupy eliminacyjne były mniej liczebne niż obecnie. Nie mówiąc już o wszystkich innych rekordach Lewandowskiego. Że jest pierwszym piłkarzem, który strzelił gola w każdy dzień tygodnia. Albo, że pokonał już bramkarzy o nazwiskach rozpoczynających się od każdej litery alfabetu.

WIELKOŚĆ MUELLERA

Jednak ten rekord, w przeciwieństwie do wielu pobitych przez niego, nie jest sztucznie wykreowany przez machinę marketingową. Jest najprawdziwszym dowodem wielkości. Rekordem wszech czasów. Nie jest, jak w Anglii, rekordem Premier League, czyli nieuwzględniającym niczego, co działo się przed 1992 rokiem. Pozwala się porównać z każdym napastnikiem, który kiedykolwiek grał w lidze niemieckiej, rywalizując przy tej samej liczbie kolejek. Skoro Lewandowski pobił wynik Gerda Muellera, rozgrywając przy tym mniej meczów niż on, to znaczy, że naprawdę nikt nigdy nie rozegrał w Bundeslidze lepszego sezonu. W ostatnich tygodniach kilka osób w Niemczech, w tym żona Muellera, apelowało do Lewandowskiego, by zadowolił się wyrównaniem rekordu i nie pozwalał wymazać wielkiego poprzednika z historii niemieckiego futbolu. Jest jednak zgoła przeciwnie. Wiele osób dopiero w tym roku, widząc, jak wiele wysiłku wymaga strzelenie czterdziestu goli w sezonie Bundesligi, naprawdę poczuło, jak wielkim piłkarzem musiał być Gerd Mueller. Tak wielkim, że nawet Lewandowskiego zmusił do wysiłku.

TO JESZCZE NIE KONIEC

Oczywiście, że dziś jest wielka pokusa, by napisać, że to będzie rekord ustanowiony na wieczność. Że trzeba będzie czekać kolejne pół wieku, by ktokolwiek znów się do niego zbliżył. Albo, że teraz Lewandowski zrobił już w Niemczech naprawdę wszystko, co się dało. Sami jednak najlepiej wiemy, że to nieprawda. W końcu w klasyfikacji najlepszych strzelców w dziejach Bundesligi wciąż jest “dopiero” drugi. Przecież do Muellera traci w niej wciąż dziewięćdziesiąt goli, co dla 33-latka jednak będzie poważnym wyzwaniem. Poza tym, dopóki Robert Lewandowski gra w tej lidze, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że jego pobity dziś rekord nie przetrwa nawet roku. Może i strzelił jako pierwszy 41 goli w sezonie, ale jeszcze nikt nigdy nie strzelił pięćdziesięciu. Znów więc znajdzie sobie wystarczająco wiele powodów, by do kolejnej wizyty w Augsburgu i w Bremie podchodzić jak do meczu o mistrzostwo świata. Tak, jak każe mentalność Roberta Lewandowskiego.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.