Ręka wyciągnięta do rywala. Borussia Dortmund w jeden wieczór przeżyła cały sezon

Zobacz również:Znów podlecieć bliżej słońca. Dylematy Borussii Dortmund wokół Luciena Favre'a
Borussia Dortmund
Alex Gottschalk/DeFodi Images via Getty Images

Po trzech czwartych rywalizacji z Manchesterem City piąta drużyna Bundesligi była bliżej półfinału Ligi Mistrzów. W kolejnych 45 minutach pokazała jednak, jak to możliwe, że jest tylko piątą drużyną Bundesligi. I najprawdopodobniej przynajmniej na rok pożegnała się w ten sposób z europejską elitą. Zanim do niej wróci, ma stertę problemów do rozwiązania.

Kto rzadko ma kontakt z niemiecką piłką, ten po pierwszej połowie rewanżowego ćwierćfinału Ligi Mistrzów mógł się zastanawiać, jak to możliwe, że Borussia Dortmund przegrała w tym sezonie ligowym już dziesięć meczów i ma marne widoki na finisz w czołowej czwórce Bundesligi. Poziom trzymali i młodzi i starzy. Mats Hummels dyrygował sprawnie grającą obroną, Emre Can uruchamiał ze środka pola ataki na Erlinga Haalanda, który sam wprawdzie nie dochodził do sytuacji, ale za to pomagał innym je stwarzać. A gdy Norweg był mniej widoczny niż zwykle, na scenę odważnie wkroczył w jego miejsce Jude Belligham, 17-latek, bez którego trudno sobie dziś wyobrazić podstawowy skład. Już w Manchesterze rozegrał świetne spotkanie. W Dortmundzie bronił, gdy własny bramkarz już nie nadążał. I strzelał tak, by nie nadążał bramkarz rywali. Do sensacji było daleko, bo 45 minut w futbolu to cała wieczność. Ale jednak majaczyła gdzieś na horyzoncie. Po trzech czwartych rywalizacji ze zdecydowanym liderem Premier League Borussia była o krok bliżej najlepszej czwórki w Europie.

POWTARZALNE PROBLEMY

Kto rzadko ma kontakt z niemiecką piłką, ten po drugiej połowie rewanżowego ćwierćfinału Ligi Mistrzów rozumiał już wszystko. W futbolu na tym poziomie liczy się każdy newonce. A Borussia w tym sezonie za mało o nie dba. Jest nonszalancka, niechlujna. Teraz też nie zmusiła rywala do tego, by wgniótł ją w bramkę. Sama wyciągnęła do niego rękę. Już w pierwszej połowie gracze Pepa Guardioli mieli zdecydowaną przewagę w dogodnych sytuacjach i trzy razy poważnie zagrażali bramce Marwina Hitza. Ale gospodarze za każdym razem cało wychodzili z tego kotła. I mogli mieć nadzieję, że im dłużej będzie się utrzymywał korzystny dla nich wynik, tym bardziej nerwowi będą przeciwnicy. Dlatego sposób, w jaki stracili prowadzenie, był wyjątkowo podcinający skrzydła. Manchester nie potrzebował rajdów Kevina De Bruynego, błysków Ilkaya Guendogana czy dryblingów Riyada Mahreza. Potrzebował wyciągniętej w polu karnym ręki Emrego Cana.

SAMI SOBIE WINNI

Na gorąco po meczu nie brak głosów, że decyzja o podyktowaniu rzutu karnego mogła być błędna, a przynajmniej kontrowersyjna. W pierwszym meczu Borussia też ucierpiała, gdy sędzia nie uznał gola Jude’a Bellinghama. Jednak o ile wtedy można się było zastanawiać, czy dortmundczycy nie zostali skrzywdzeni, teraz takie rozmowy mają niewiele sensu. Od kilku lat w futbolu na wszystkich szczeblach panuje taki chaos w interpretacji zagrania ręką, że nikt już z całą pewnością nie wie, co jest dozwolone, a co nie. Faktycznie piłka najpierw odbiła się od głowy Cana, a potem dopiero od ręki. Faktycznie wszyscy mieliby spokojniejsze sumienie, gdyby sędzia sam obejrzał tę sytuację. Jednak zawodnicy, nie chcąc być karani przypadkowymi rzutami karnymi, pilnują jak ognia, by ręce nie odstawały im w polu karnym od tułowia. Kiedy ktoś frywolnie rzuca się do dośrodkowania z wyprostowanym przed siebie ramieniem, doprawdy trudno go żałować. Zwłaszcza gdy robi to zawodnik doświadczony, ściągany po to, by być liderem tej drużyny.

RECYDYWISTA

Can zrobił coś podobnego nie pierwszy raz. Szczerze mówiąc, zagrywki sabotujące wysiłek drużyny, miewa w tym sezonie notorycznie. Przecież pierwszy gol w rewanżu też padł po jego fatalnej stracie na własnej połowie. Kto regularnie ogląda Dortmund, ten nie był zaskoczony, że akurat on był dla Dortmundu groźniejszy niż nawet De Bruyne. Edin Terzić ponoć chciał temu przeciwdziałać i od pierwszej minuty posłać w rewanżu Thomasa Delaneya. Ten jednak doznał przed meczem kontuzji i był niedysponowany.

NIEPEWNOŚĆ BRAMKARZY

Inne powtarzalne elementy Borussii — oprócz prostych indywidualnych pomyłek doświadczonych zawodników, najczęściej Cana i Thomasa Meuniera – to błędy bramkarzy i niepewność przy bronieniu stałych fragmentów gry. Wicemistrzowie Niemiec (wciąż jeszcze) zaprezentowali tego wieczoru pełen wachlarz. Drugiego, kończącego jakiekolwiek emocje, gola stracili po krótko rozegranym rzucie rożnym, a potem strzale z dystansu, przy którym źle zachował się Hitz. Szwajcar zaczynał sezon jako zmiennik Romana Buerkiego, ale że ten też radził sobie źle, Terzić postawił na niego. Nie jest tak, że rezerwowy nie uniósł psychicznie ciężaru meczu w Lidze Mistrzów. Kilka tygodni temu we Fryburgu puścił przecież bardzo podobną bramkę. W pomyłkach ludzi, którzy mylić się nie mogą, Borussia jest w tym sezonie nadzwyczaj regularna. A jeśli popełnia się proste błędy w polu karnym, ma bramkarza, który kiepsko broni, traci się gole po stałych fragmentach gry i nie ma się szczęścia do decyzji sędziowskich, naprawdę nie można myśleć o eliminowaniu z Ligi Mistrzów Manchesteru City. Nawet jeśli ma się Bellinghama, Haalanda i kilku innych fajnych piłkarzy.

ZADANIE WYKONANE

Porażka, choć pewnie boli o tyle, że można jej było uniknąć, a przynajmniej zmusić rywala do większego wysiłku w odrabianiu strat, nie zmienia jednak w ocenie sezonu Borussii tak wiele. Akurat w Lidze Mistrzów udało się dortmundczykom zachować twarz. Dotarli najdalej od czterech lat. Na tle czołowej drużyny Europy pokazali niezłą piłkę i trochę napędzili jej strachu. Przechodząc Sevillę, wykonali na ten rok zadanie w rozgrywkach. Znacznie ważniejsze i jeszcze trudniejsze czeka ich w ostatnich tygodniach sezonu krajowego. O ile Puchar Niemiec może dać prestiż w postaci dawno niewidzianego tam trofeum, o tyle pozycja, na jakiej uda się zakończyć sezon w Bundeslidze, to kwestia niemal egzystencjalna.

NAJGORSZY ROK NA WPADKĘ

Borussia, nie wchodząc do Ligi Mistrzów, nie wpadnie oczywiście w takie tarapaty finansowe jak w 2005 roku, gdy omal nie zbankrutowała, lecz jej rozwój zostanie znacząco spowolniony. Przykręcony kurek z pieniędzmi UEFA boli zawsze, ale nigdy tak mocno, jak w sezonie, w którym na trybunach nie ma kibiców. I nikogo tak mocno, jak klub, który na całym świecie kojarzy się przede wszystkim z pełnym osiemdziesięciotysięcznym stadionem. Borussia szacuje, że z tego tytułu przejdzie jej w tym sezonie koło nosa około 70 milionów euro. Brak Ligi Mistrzów to podobnego rzędu wielkości. A tego rodzaju dziury najłatwiej zasypywać transferami piłkarzy. Zwłaszcza gdy ma się takich najbardziej rozchwytywanych w Europie.

TRUDNE ROZSTANIA

W Dortmundzie najchętniej próbowaliby zrównoważyć budżet nie transferami za setki milionów, o których będzie mówił cały świat, lecz kilkoma tańszymi, nie aż tak odczuwalnymi dla jakości kadry. Borussia ma kogo sprzedawać, bo w jej kadrze jest trochę zawodników o krajowej, a nawet międzynarodowej renomie, za których teoretycznie ktoś mógłby dać po kilkanaście milionów euro. Julian Brandt, Nico Schulz, Thorgan Hazard, a może i kilku innych, mogliby finansowo zrównoważyć sportowe niepowodzenie, ale okoliczności do przeprowadzania tego typu transakcji nie są sprzyjające. Rynek transferowy z powodu koronawirusa spowolnił głównie jeśli chodzi właśnie o transfery średniej wielkości. Najwięksi nadal mają pieniądze, by kupować gwiazdy. Ale ci trochę mniejsi patrzą już na każdego centa oszczędniej. A to przecież kluby z tej półki mogłyby być zainteresowane zawodnikami niemieszczącymi się w składzie Borussii. Sam fakt, że mowa o piłkarzach, których trzeba dopiero odbudowywać po kiepskim okresie, też nie ułatwi ich korzystnej sprzedaży.

GWIAZDY NA RATUNEK

Pozostaną więc do ratowania budżetu gwiazdy. Jadon Sancho, za którego też pewnie nie uda się uzyskać żądanej rok temu kwoty 120 milionów, czy Haaland, którego agent i ojciec niedawno urządzili sobie tournee po największych klubach Europy. Dla klubu, który ma ambicje zdobywania trofeów, to jednak zawsze najgorszy z możliwych wariantów, by w jednym okienku stracić dwie największe gwiazdy, a do tego przy braku gry w Lidze Mistrzów nie mieć ważnego argumentu w rozmowach z ich potencjalnymi następcami.

KONIEC ERY ZORCA

Jakby tego było mało, akurat teraz w Dortmundzie nastąpi potężna przebudowa struktur. Dyrektor sportowy Michael Zorc po 44 latach (!) spędzonych w klubie – najpierw jako piłkarz, później jako działacz — odejdzie w lecie ze stanowiska. Miał to zrobić już ubiegłego lata, ale nie chciał zostawiać klubu w środku pandemicznego zamieszania. Wyrwa po nim może się okazać większa, niż się dziś wydaje. Bo choć nigdy nie brylował w mediach jak Hans-Joachim Watzke czy Juergen Klopp, z którymi przez lata tworzył zgrany tercet, nigdy nie pisano o nim czołobitnych artykułów jak o Svenie Mislintacie, byłym szefie skautingu, to jednak Zorc rządził jednym z najlepiej funkcjonujących działów sportowych europejskiej piłki. Buty, które pozostawia, są wielkie. I Sebastianowi Kehlowi, nowicjuszowi, który go zastąpi, nie będzie łatwo w nich chodzić. Zwłaszcza że będzie musiał zacząć od zapowiadającej się karkołomnie przebudowy kadry.

START NOWEGO TRENERA

A przy tym Borussię czeka też zmiana trenera. Marco Rose wydaje się rozwiązaniem pasującym i skrojonym pod ten klub, jednak po pierwsze nigdy nie wiadomo, czy tak rzeczywiście się stanie, a po drugie zwykle nawet najlepszy trener potrzebuje czasu, by wdrożyć pomysły i nauczyć ich drużyny. Potrzebuje też zwykle pasujących mu zawodników na odpowiednim poziomie. Pieniędzy na spełnianie zachcianek nowego trenera Borussia nie będzie jednak miała zbyt wiele. Wygląda na to, że w pewnym sensie wróci do korzeni. Znów będzie musiała bazować na tym, że dyrektor sportowy tanio wyciągnie perełki, które inni przeoczyli, a trener wyciśnie z nimi wyniki nawet powyżej oczekiwań. Borussia będzie potrzebowała nie dobrej, czy niezłej pracy działu sportowego, lecz znakomitej i bezbłędnej, jeśli nie chce z zaciętymi ćwierćfinałami Ligi Mistrzów pożegnać się na dłużej.

Trener Borussii Moenchengladbach
Christian Verheyen/Borussia Moenchengladbach via Getty Images

NADZIEJA Z FRANKFURTU

Pozostaje jeszcze jeden sposób, by za kilka miesięcy nie musieć jednak przeżywać wszystkich tych dylematów. Odrobić w ostatnich sześciu kolejkach siedmiopunktową stratę do Eintrachtu Frankfurt. Ten tydzień przyniósł w tej kwestii promyk nadziei, bo głównym rywalem BVB w tej walce wstrząsnęła wiadomość o rychłym odejściu trenera Adiego Huettera do Borussii Moenchengladbach. Pamiętając, jak rozsypała się na kilka tygodni drużyna Gladbach, po tym, gdy poinformowano o przeprowadzce Rosego do Dortmundu, czy jak wielkie trudności miał kilka lat temu Eintracht z pozbieraniem się po tym, jak Niko Kovac ogłosił odejście do Bayernu Monachium, nie można wykluczyć, że okaże się to gamechanger. W tej kwestii Borussia sama ma jednak zadanie do wykonania. Musi co tydzień grać, jak przez długie fragmenty dwumeczu z Manchesterem City, ale przestać w kluczowych momentach wyciągać do rywali ręce. Bo w ten sposób żadnej sprawy nie da się doprowadzić do końca.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.