Porażka, po której ucieka całe powietrze. Liverpool znów robi krok do przodu, a później dwa wstecz

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Real Madrid v Liverpool - UEFA Champions League
Fot. Isabel Infantes/PA Images via Getty Images

W ostatnich tygodniach Liverpool znalazł się na fali wznoszącej po raz pierwszy od dawna. Wydawało się, że do Madrytu jedzie lekko rozpędzony. Real jednak poradził sobie bez większych problemów. Różnica klas była mocno widać i porażka 1:3 cofnęła The Reds do punktu wyjścia. W drużynie znów wróci wiele wątpliwości.

Tegoroczny Liverpool to w tym sezonie zespół targany różnymi problemami, ale przede wszystkim bardzo niestabilny. Ma się wrażenie, że za każdym razem, gdy zrobi krok do przodu, następują dwa w tył i po wtorkowej porażce w Madrycie kibice znów nabiorą takiego przekonania. Ostatnia forma ich piłkarzy pozwalała bowiem myśleć o skutecznej rywalizacji z Realem. Trzy z rzędu wygrane z czystymi kontami zdarzyły się Liverpoolowi pierwszy raz od przeszło roku i chociażby dwumecz z RB Leipzig w 1/8 finału Ligi Mistrzów udowodnił, że to wciąż zespół z charakterem i dużymi możliwościami. Mecz z Królewskimi zepchnął jednak te odczucia na dalszy plan.

Po udanej serii Liverpool zagrał kolejne w tym sezonie słabe spotkanie i jest jedną nogą poza Champions League. Real pokazał dużo wyższą klasę. Miał ten mecz pod kontrolą niemal przez cały czas. The Reds do przerwy nie oddali nawet celnego strzału i popełniali dużo błędów, które w końcu Real zaczął wykorzystywać i wyszedł na prowadzenie.

Liverpool nie wykorzystał dogodnej okazji do tego, by potwierdzić udaną serię prestiżowym zwycięstwem. Rzadko sprawiał problemy defensywie, w której zabrakło przecież Daniego Carvajala, ale przede wszystkim duetu stoperów Sergio Ramos i Raphael Varane. Po raz ostatni Real Madryt w Lidze Mistrzów musiał sobie radzić bez tej dwójki w grudniu 2018 roku i skończyło się to wówczas wstydliwą przegraną 0:3 z CSKA Moskwa. Tym razem zupełnie nie było widać ich braku.

Być może górę wzięło tu ogromne doświadczenie Królewskich – nawet bez swoich dwóch podstawowych środkowych obrońców Zinedine Zidane wystawił od początku aż dziewięciu piłkarzy, którzy rozegrali dla Realu co najmniej 270 spotkań. W to chociażby wpisuje się doskonały występ Toniego Kroosa, który dyrygował całą grą madrytczyków.

Łatwo byłoby popaść w taką narrację, a przecież to najmłodszy ze wszystkich piłkarzy Realu, 20-letni Vinicius, zaszalał najbardziej. Owszem, Liverpool dalej jest osłabiony, ale o porażce 1:3 zadecydowało nie doświadczenie na tym etapie, a kilka innych czynników. Symbolem występu drużyny Jürgena Kloppa w pierwszej połowie spotkania była wędka dla Naby'ego Keity jeszcze w 42. minucie. Reprezentant Gwinei grał słabo, ale i niemiecki menedżer popełnił błąd, stawiając na niego od pierwszej minuty.

Wejście Thiago w miejsce Keity na moment rozruszało grę. Jeszcze przed przerwą Hiszpan posłał kilka dobrych piłek, a później dobrze zaczął drugą połowę. To był zresztą okres najlepszej gry Liverpoolu, który w 51. minucie zdobył bramkę, jednak okazało się to krótkotrwałe. Para stoperów Nacho i Eder Miliato poza pojedynczymi sytuacjami miała względny spokój. Próbował Mohamed Salah, szarpał Diogo Jota i to ich dwójkowa akcja dała The Reds jedynego gola, ale poza tym niewiele wskórali.

Zespół Kloppa pogrążył przede wszystkim błędy, co potęguje frustrację. Trent Alexander-Arnold ostatnio wrócił do formy, nawet mimo tego, że nie był powołany do reprezentacji Anglii, a tymczasem we wtorek się gubił. Gra w odbiorze, która zaczynała wyglądać lepiej, tym razem była niechlujna i nieskoordynowana. Wracają dawne wątpliwości, a przegrana 1:3 z Realem sprawia, że rewanż będzie bardzo trudny. Wyjazdowa bramka wprawdzie pomaga, ale wiele musiałoby się zmienić, by za tydzień Liverpool odrobił straty i wyeliminował Królewskich. Szczególnie, że przecież w ostatnich miesiącach gra u siebie bardzo słabo. Coraz bardziej wygląda to tak, że aby znów za rok The Reds grali w Champions League, będą musieli skupić się na Premier League. Tam rywalizacja o TOP4 jest jeszcze otwarta.

Liverpool ma całkiem korzystny terminarz, aby jeszcze awansować do czwórki i uratować ten sezon. Na rozkładzie w lidze są Aston Villa, Leeds, Newcastle, Manchester United, Southampton, West Brom, Burnley oraz Crystal Palace. Spośród tych ekip tylko Czerwone Diabły są od niego wyżej w tabeli. Na taki zestaw można jednak spojrzeć z innej perspektywy. Przecież Liverpool w tym sezonie przegrywał na Anfield m.in. z Fulham, Burnley czy Brightonem, a w pierwszych meczach z wymienionymi przed chwilą ośmioma drużynami zdobył w sumie tylko dziewięć punktów na 24 możliwe i miał bilans bramek 14:13. Z tego trzy oczka i wynik 7:0 to pojedyncza wygrana z Crystal Palace w grudniu, po której zaczął się kryzys The Reds. Marzec i początek kwietnia był wyjściem na prostą i byłoby przesadą stwierdzenie, że przegrana w Lidze Mistrzów to zwiastun kolejnej zapaści, ale zdecydowanie sprowadza ich na ziemię.

Aby jednak skończyć w czwórce, potrzebna będzie znacząca poprawa. Nie chodzi nawet o rewanż z Realem, bo widać wyraźnie, że ta drużyna staje się w Lidze Mistrzów inną, groźniejszą bestią. Kiedy ma półfinał na wyciągnięcie ręki, to trudno sobie wyobrazić, że go nie osiągnie. Przegrany w takim stylu mecz potrafi spuścić z Liverpoolu całe powietrze, a przecież – nawet mimo poprawy w ostatnich tygodniach – nie bije od niego duża pewność siebie. Klopp, niczym w grze, po raz kolejny wraca na pole startowe. Od tego, w jakim stylu finiszuje, zależeć będzie ocena całego tego sezonu.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.