Najważniejsze pytania przed draftem NBA. Kto będzie kolejną jedynką naboru do najlepszej koszykarskiej ligi świata?

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
NBL Rd 9 - New Zealand v Illawarra
Fot. Anthony Au-Yeung/Getty Images

Nowy sezon NBA jest coraz bliżej, a jednym z pierwszych wielkich wydarzeń w kalendarzu jest coroczny draft. Tegoroczny nabór nowych utalentowanych graczy odbędzie się w nocy ze środy na czwartek o 2:00 czasu polskiego. Przez pandemię kluby miały jednak mocno utrudnione zadanie. Czeka nas jeden z najbardziej nieprzewidywalnych draftów w historii.

Draft to zawsze bardzo ekscytujący czas dla niemal wszystkich klubów w NBA. Z jednej strony - ogromna szansa na pozyskanie do drużyny obiecującego młodego zawodnika, który w perspektywie kolejnych lat może wiele zmienić w danej organizacji. Rokrocznie do ligi trafiają przecież gracze stanowiący potem o sile zespołu. Z drugiej jednak to także ogromne ryzyko, bo niewypały wciąż zdarzają się często.

W tym roku wszystkie kluby miały dodatkowe trudności, gdyż przez pandemię zmieniły się zasady gry. Odwołano wielki turniej NCAA, draft przesunięto o kilka miesięcy, a treningi pokazowe zostały mocno ograniczone.

W teorii dla tych klubów, które posiadają dobrze rozbudowany dział skautingu, to nie był aż tak wielki problem. – Jeśli mielibyśmy wybierać dziś, to i tak mamy już spore pojęcie o większości tych chłopaków – mówił jeszcze w marcu Mike Zarren, asystent generalnego menedżera Boston Celtics. Jednocześnie już wtedy zaznaczył, że im więcej czasu można spędzić na studiowaniu danego zawodnika, tym lepiej. Pomaga technologia, która umożliwia łatwy dostęp do tysięcy godzin materiałów wideo. Oczywiście od dłuższego czasu brak jest nowych filmów, a ograniczenia narzucone na kluby w związku z treningami pokazowymi czy nawet rozmowami twarzą w twarz nie ułatwiają przygotowań.

Sama rozmowa w cztery oczy może dużo zmienić, choć dla klubów wywiady online to żadna nowość. W podobny sposób od lat zbiera się przecież informacje o talentach spoza Stanów Zjednoczonych. Warto też dodać, że zdecydowana większość zawodników przystępujących do draftu znajduje się na radarze zespołów NBA od lat. Ich progres śledzony jest przez dłuższy czas, co pozwala na porządną analizę. Ta jednak nie zawsze sprawdza się w stu procentach, czego najlepszym dowodem są m.in. Anthony Bennett czy Markelle Fultz - największe niewypały ostatnich lat. Tego drugiego nie należy jeszcze co prawda skreślać, ale za to ten pierwszy od kilku dobrych już sezonów nie gra w NBA.

KTO JEST NAJWIĘKSZYM TALENTEM?

Odpowiedź na to pytanie najbardziej chciałyby znać kluby z topu draftu. W tej chwili najczęściej wymienia się nazwiska trzech zawodników. Są to podkoszowy James Wiseman oraz dwóch obrońców: LaMelo Ball i Anthony Edwards. Cała trójka ma spory potencjał i duży talent, ale w tej chwili żaden nie jawi się jako prawdziwy zbawca. Nie dziwią więc informacje, wedle których zarówno Minnesota Timberwolves, jak i Golden State Warriors starają się swoje wybory wytransferować.

Przez długi czas najczęściej typowanym graczem do numeru jeden był jednak Wiseman. Mierzący ponad siedem stóp wzrostu 19-latek imponuje przede wszystkim swoimi warunkami fizycznymi. Potrafi znakomicie zbierać i blokować, ale ma problemy z podstawami jak obrona akcji pick-and-roll. Jest też zbyt wolny na nogach, by móc z miejsca odnaleźć się w NBA.

Ciekawą alternatywą stanowi więc Anthony Edwards, który pod wieloma względami jest już NBA-ready. Jego największą zaletą jest możliwość zdobywania punktów na wiele różnych sposobów. Z kolei szeroki zasięg ramion, siła oraz szybkość czynią z niego materiał na fantastycznego defensora. Największa wada? Nie potrafi zbyt dobrze kreować, a do tego ma tendencje do „znikania” w trakcie spotkań.

Z kreowaniem gry problemów nie ma za to LaMelo Ball, młodszy brat Lonzo. Niesamowita wizja sprawia, że jest w stanie wykonać podania, o których inni by nie pomyśleli. Do tego ma dobry wzrost, niezłą szybkość, świetny drybling i kreatywność oraz błyskotliwość. Dlaczego więc w ostatnim czasie jego notowania spadają? Z jednej strony słabiutki rzut, z drugiej strony unikanie gry na kontakcie. No i jeszcze brak dyscypliny po bronionej stronie parkietu. Na dodatek zarówno Ball, jak i Edwards mieli słabo wypaść podczas rozmów z zainteresowanymi klubami.

CO ZE SWOIMI WYBORAMI ZROBIĄ TIMBERWOLVES (nr 1) I WARRIORS (nr 2)?

W tym roku nie ma konsensu co do tego, kto ma być wyborem numer jeden. To wpływa więc także na plotki transferowe. Taki stan rzeczy powoduje, że wzrasta prawdopodobieństwo, iż Timberwolves i/lub Warriors wymienią swoje wysokie wybory na nieco niższe.

Wymiana pierwszego numeru w drafcie zdarza się rzadko, ale ostatni przykład Boston Celtics z 2017 roku pokazuje, że czasami takie igranie z ogniem się opłaca. Celtowie wymienili wtedy jedynkę na trójkę, wybrali Jaysona Tatuma i dostali jeszcze od 76ers dodatkowy wybór w drafcie. W przypadku Timberwolves podobna zagrywka miałaby teraz sporo sensu, na przykład w ramach wymiany z Charlotte Hornets. Drużyna, której właścicielem jest Michael Jordan, będzie wybierać trzecia w kolejności.

O transferze głośno myślą także Warriors, którzy w przyszłym sezonie chcą wrócić do elity ze zdrowym składem. Drugi wybór w drafcie mógłby posłużyć do ściągnięcia kolejnego głośnego nazwiska – ostatnio na rynku pojawił się m.in. Jrue Holiday z New Orleans Pelicans czy Russell Westbrok z Houston Rockets. A co jeśli do transferów nie dojdzie? Wtedy do Minnesoty bardziej pasuje Edwards niż Ball, choć według niektórych ten drugi miałby wciąż większą wartość transferową. Z kolei Warriors mogliby postawić na Jamesa Wisemana, który na razie mógłby spełniać się w roli JaVale'a McGee z poprzednich lat. Zablokuj, zbierz piłkę, złap podanie lobem. W perspektywie mógłby być też łącznikiem między starą i nową erą w San Francisco.

JAK DUŻO TRANSFERÓW ZOBACZYMY PODCZAS DRAFTU?

Nie tylko Warriors i Timberwolves mogą chcieć zejść w dół naboru. Tegoroczny draft jest na tyle specyficzny, że… mało kto chce zrobić transfer w górę draftu. Wśród zespołów najbardziej aktywnie szukających takiej możliwości wymienia się Washington Wizards i Boston Celtics. Ci drudzy mają łącznie aż trzy wybory w pierwszej rundzie, lecz najwyższy to dopiero czternastka. W kontekście Celtics i Wizards często pada nazwisko tego samego zawodnika: Onyeka Okongwu. Według niektórych to nawet pewniejszy typ na solidnego podkoszowego niż Wiseman, choć Okongwu nie mierzy nawet siedmiu stóp. Jest jednak chyba najlepszym defensorem wśród wysokich graczy dostępnych w tegorocznym drafcie, dlatego nie dziwi zainteresowanie klubów z Bostonu i Waszyngtonu.

Z kolei te zespoły, które chciałyby zejść w dół draftu, mogą obrać sobie za cel takich zawodników jak na przykład Tyrese Haliburton, Deni Avidja czy Killian Hayes. Każdy z nich może być dostępny nawet pod koniec pierwszej dziesiątki draftu. Każdy ma też potencjał na to, by po latach być najlepszym graczem z tego naboru. Haliburton to przede wszystkim świetny generał, który doskonale czyta grę. Avidja (19-latek z Izraela) imponuje wszechstronnością, choć jego słaby rzut może odstraszać. Z kolei Hayes (18-latek z Francji) może mieć największy sufit ze wszystkich zawodników w tegorocznym drafcie.

Przy okazji zejście w dół naboru to także spora oszczędność finansowa – im wyższy wybór, tym większy kontrakt. W dobie pandemii to także może wpływać na decyzje klubów.

JAK BARDZO NIEPRZEWIDYWALNY BĘDZIE DRAFT 2020?

Bardzo. W tej chwili nie ma zgody nawet co do tego, kto powinien zostać wybrany z jedynką. Nie ma więc wątpliwości, że kluby różnią się także w ocenie dalszych wyborów. W związku z tym należy spodziewać się… niespodziewanego. U niektórych dany zawodnik może być talentem na miarę TOP10 draftu. U innych może nie łapać się nawet do pierwszej rundy. Część klubów dużo bardziej ceni sobie zresztą przyszłoroczny nabór, w którym dużego talentu ma być znacznie więcej. Na dodatek, utrudnieniem dla klubów jest nie tylko fakt, że ciężko było się do tegorocznego draftu przygotować. Brak ligi letniej oraz najprawdopodobniej także rozgrywek G-League (lub przynajmniej mocne ich ograniczenie) powoduje, że bardziej „surowi” zawodnicy nie dostaną w przyszłym sezonie zbyt wielu szans na rozwój.

To może doprowadzić do sytuacji, że uwielbiane przez skautów i menedżerów słowo „potencjał” zejdzie w tym roku na drugi plan. Być może większą wartość będą mieli więc nieco starsi zawodnicy, którzy są już w miarę ukształtowanymi graczami i z miejsca będą w stanie pomóc drużynie. Tak jak na przykład Desmond Bane, Killian Tillie czy Malachi Flynn. Z drugiej jednak strony, klubom trudno będzie się oprzeć temu, by wciąż stawiać na potencjał właśnie.

To w dużej mierze właśnie ta ekscytująca niewiadoma i szansa na pozyskanie kogoś, kto w przyszłości może stanowić o sile drużyny, w ostateczności wpływa na decyzje klubów NBA. W tym roku zapewne nie będzie inaczej – już teraz niektórych skautów do czerwoności swoim potencjałem rozgrzewają Patrick Williams, Jaden McDaniels albo Aleksej Pokusevski.

CZY WŚRÓD 60 WYBRANYCH ZNAJDZIE SIĘ JAKIŚ POLAK?

Polscy fani na „swojego” gracza w NBA czekają już ponad rok. Marcin Gortat po raz ostatni na parkietach najlepszej ligi świata pojawił się na początku lutego 2019 roku. Zwolniony przez Los Angeles Clippers nigdzie nie znalazł sobie już miejsca i zakończył swoją przygodę z ligą. Tym samym nie ma w NBA już ani jednego Polaka i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało się to zmienić. Jedynymi obok Gortata polskimi graczami z choćby jednym występem w NBA pozostają Cezary Trybański oraz Maciej Lampe.

W tym roku do draftu zgłosiło się jednak dwóch polskich zawodników. To Dominik Olejniczak oraz Adrian Bogucki. W teorii większe szanse na wybór miałby Bogucki, ale w praktyce jest bardzo mało prawdopodobne, aby którykolwiek usłyszał swoje nazwisko w środową noc.

Bogucki to obecnie gracz Anwilu Włocławek, który w dzień draftu będzie świętował 21. urodziny. Mierzący 215 centymetrów wzrostu podkoszowy był najlepszym graczem młodego pokolenia w poprzednim sezonie PLK. W polskich warunkach odnajduje się znakomicie, ale w Ameryce tego typu środkowi (bez rzutu, grający blisko obręczy) mają coraz trudniej. Tym bardziej że Bogucki niczym specjalnym się nie wyróżnia.

Kilka centymetrów niższy Olejniczak z Trefla Sopot to podobna historia, tyle tylko, że tutaj dochodzi jeszcze kwestia wieku. Uczestnik ubiegłorocznych Mistrzostw Świata w lipcu skończył 24 lata. Kariery w NCAA nie zrobił, a po czterech latach wrócił do Polski. Z tegorocznego draftu wycofał się ostatecznie Aleksander Balcerowski, czyli największy chyba polski talent ostatnich lat.

Podziel się lub zapisz
Tomasz Kordylewski
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.