Przygraniczne „piekło” czy po prostu bieg na Hel? Grupa zapaleńców pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych

Zobacz również:Wyzwanie Under Armour motywuje ludzi newonce.media. Jesteś #TeamSworo czy #TeamStasiak?
Border to Hel
fot. Katarzyna Milewska

Dla wielu sukcesem jest maraton, dla innych krótsze biegi uliczne czy po prostu sprawdzenie się przy jakiejś ciekawszej okazji. Dla grupy Swords Athletics takie wyzwania są już tylko przystawką. Od kilku lat organizują bowiem bieg „Border to Hel”, który - jak sama nazwa wskazuje - zaczyna się na polsko-niemieckiej granicy w Świnoujściu, a kończy na Helu. Prawie 400 kilometrów trasy. Jak to robią? Ciekawiej, niż mogłoby się wydawać.

Ktoś patrząc na to, co już napisaliśmy, mógłby pomyśleć, że jakaś szalona grupa zapaleńców biegnie indywidualnie po 400 kilometrów lasami, drogami, a czasem nawet i bagnami, jednak to nie to (choć nie zdziwi nas, jeśli są i tacy). To znacznie ciekawszy koncept, który jest swego rodzaju sztafetą.

- To bieg drużynowy, sześcioosobowy. Jedna osoba biegnie, druga asekuruje na rowerze, a pozostałe jadą kamperem - tłumaczy nam Patrick Deba, członek grupy Swords Athletics, organizującej całe wydarzenie. Zmiany są co jakiś bliżej nieokreślony czas - każda drużyna wybiera sobie własną taktykę i może się zmieniać kiedy tylko chce. Liczy się współpraca i efekt końcowy.

Border to Hel
fot. Katarzyna Milewska

Jeśli chcecie wiedzieć, ile może trwać takie wydarzenie, to już odpowiadamy - tegoroczni zwycięzcy przybiegli na metę w nieco ponad trzydzieści godzin.

- To była chyba najlepsza edycja Border to Hel - kontynuuje Deba, który sam startował i ukończył ze swoją drużyną bieg w mniej więcej 36 godzin. Wszystko nam się udało - była świetna trasa, towarzysko również było bardzo dobrze - sześć ekip od nas z grupy Swordsów, poza tym jedna zewnętrzna z Polski i cztery z Londynu. Łącznie około 70 osób na starcie, słoneczko świeciło - co miało się nie udać? - pyta retorycznie.

Border to Hel
fot. Katarzyna Milewska

My patrząc na zdjęcia stwierdzamy, że nie udać mogło się bardzo wiele. I to nie tylko zawodnikom, bo im nie udać się mogło z oczywistych względów. Dla organizatorów zorganizowanie biegu, w którym „obskakują” terytorialnie pół polskiego wybrzeża, też było nie lada wyzwaniem. Choć jak sami twierdzą, radzą sobie z tym lepiej z roku na rok.

- Trasa jest w zasadzie najważniejsza i to ona jest tutaj głównym bohaterem. Zmieniliśmy ją rok temu, bo wcześniej była wspólna dla biegaczy i kampera. - mówi Deba. Do tej pory kamper i biegacz byli cały czas na tej samej trasie - przejezdnej i w miarę blisko morza. Jednak nie mamy w Polsce żadnego „Ocean Drive”, gdzie można kilometrami jechać patrząc na Bałtyk. Czasem najbliższa od morza droga to jakaś godzina odstępu, czasem w ogóle jedynymi odpowiednimi drogami były drogi wojewódzkie, więc jest to i mało przyjemne, i niebezpieczne. Bardzo zależało nam na tym, żeby dodać ten element morza i biegania nad morzem, więc członek naszej ekipy, Kuba, który pasjonuje się tego typu rzeczami, usiadł nad tym i w dwa tygodnie wytyczył nam trasę - optymalną pod względem jakości i dobrej zabawy. Zaznaczył też miejsca, na których kamper może podjeżdżać i robić zmiany. Dzięki temu większość naszej trasy to teraz trasa nadmorska, można się nawet przekąpać w Bałtyku między zmianami. Oczywiście nie jest tak, że zawsze wszystko jest idealnie, bo zdarzają się wpadki, np. w tym roku trasa, która miała biec przez podmokłe tereny, była na tyle podmokła, że była wręcz nieprzebiegalna i niektórzy mieli problemy. Ale poza tym raczej wszyscy zadowoleni - podsumowuje.

Border to Hel
fot. Katarzyna Milewska

Patrząc po zdjęciach i relacjach z wydarzenia, uczestnicy podzielają pozytywny odbiór trasy oraz całych zawodów. Co więcej, będące w kontakcie ze Swordsami grupy z Niemiec, Francji czy Holandii już zapowiadają, że chętnie wezmą udział w kolejnych edycjach. Może się okazać, że będzie to dla organizatorów jeszcze większe wyzwanie. Sami mówią w ten sposób:

- Jesteśmy na skraju łączenia organizacji i uczestnictwa. Ja biegłem po raz czwarty, najdłużsi stażem w naszej grupie po raz piąty. Mamy ambitny plan, żeby cały projekt się rozrastał, z coraz większymi atrakcjami na starcie i na mecie, tak samo pod względem opakowania całej imprezy pod względem marketingowym itd. Bardzo możliwe, że już niedługo nadejdzie moment, gdzie będzie trzeba wybrać organizację ponad udziałem - opowiada Deba.

Border to Hel
fot. Katarzyna Milewska

Z jednej strony u organizatorów czuć smutek, że nie do końca będzie się dało połączyć bieganiem z organizowaniem wielkiej przygody dla dziesiątek, a może nawet i setek biegaczy z całej Europy. Z drugiej - być może nawet nie przypuszczali, że ta inicjatywa będzie się tak szybko rozrastać. Kierunek międzynarodowy to przyszłość?

- To kierunek, w którym będziemy iść - stwierdza Deba. Wiadomo, że to jest i będzie niszowy wyścig i nie będziemy z tego robić festiwalu biegania, bo każdy ma swoje ograniczenia, ale chcielibyśmy, żeby to był fajny ciekawy projekt, mogący zainteresować coraz większą grupę ludzi. Ładna trasa, fajny koncept - co prawda niektórzy ultramaratończycy, słysząc, że to jest około 70 kilometrów na głowę, mówią „Pff, co to jest”, ale tu dochodzi dużo zabawy ze strategią, z prowadzeniem kampera, z asekuracją na rowerze, z taktyką zmian i ciągłym monitorowaniem trasy i nawigacji. Mam wrażenie, że jest to dużo trudniejsze niż niektóre ultramaratony, nawet te po Bieszczadach. Wycieńczenie czy zmiany o drugiej w nocy mogą naprawdę dać w kość. Sam biegałem sporo maratonów, niektóre w naprawdę szybkim tempie i BTH wydaje mi się cięższe - przekonuje.

Border to Hel
fot. Katarzyna Milewska

Grupa Swords Athletics ciągle się rozrasta. Co chwilę dochodzą nowi członkowie w różnych miejscach w Polsce - zaczęło się od Warszawy, jednak teraz inicjatywy i grupy „Swordsów” sięgają Krakowa czy Trójmiasta. Border to Hel to niejedyny taki pomysł. Są też popularne i mniej wyczerpujące biegi LSD (Long Slow Distance), a w planach jest nawet widowiskowa sztafeta 4x500 po ulicach miast. Niemniej wydaje się, że to właśnie Border to Hel pozostanie flagowym projektem grupy.

- Tak naprawdę to już w tym momencie zaczynamy przygotowania na przyszły rok. Spotykamy się na podsumowania, robimy pierwsze plany. Losowanie naszych „swordsowych” teamów - bo nie chcieliśmy, żeby wybór był jakiś nieobiektywny - do skończonej właśnie edycji odbyło się… w Sylwestra, pół roku przed startem - zauważa jeden z organizatorów. Sportowo nasza grupa cały czas w zasadzie „trzyma się” w formie. Co chwilę ktoś startuje w jakimś zorganizowanym biegu, czy to maraton, czy np. ostatnio półmaraton w Berlinie, więc jest to ciągle pełen gaz. Oczywiście dla części z nas Border to Hel jest swego rodzaju odnośnikiem, więc np. na 2-3 miesiące przed startem już trochę zwalniamy, żeby być w dobrej formie na bieg. 2-3 miesiące przed zaczynamy też kampanię promocyjną, chociażby w social mediach. Mamy to szczęście, że członkami naszego klubu są i graficy, i deweloperzy stron, więc w tym roku mieliśmy chociażby apkę do śledzenia zawodników na żywo. Śmiejemy się, że gdybyśmy chcieli to z tą grupą moglibyśmy namieszać na polskim rynku „digitalowo-reklamowym” - żartuje.

Border to Hel
fot. Katarzyna Milewska

Rozmawiając z organizatorami ciągle nie mogła nam wyjść z głowy jedna myśl - jakim cudem ktoś wpada na pomysł przebiegnięcia 400 kilometrów brzegiem polskiego morza? Skąd to w ogóle przychodzi do głowy? Raczej nie jest to coś, co wymyśla się na poczekaniu, bądź ma się po prostu na to ochotę. Tutaj odpowiedź jest jednak prozaiczna:

- Jako Swords Athletics chcieliśmy kilka lat temu wziąć udział w podobnym projekcie w Stanach Zjednoczonych - tam trasa wiedzie od Los Angeles do Las Vegas, czyli jest to więcej kilometrów, ale generalnie zasada jest ta sama - rozwiewa nasze wątpliwości Deba. Jedzie się też kamperem, tylko oczywiście większym, takim typowym amerykańskim RV, biegnie się przez Dolinę Śmierci. Pokonały nas koszty i względy logistyczne, ale chcieliśmy się sprawdzić jak to jest wziąć udział w takim wydarzeniu, czy w ogóle ze sobą wytrzymamy w tym camperze, czy to jest fajne czy nie. I ktoś na naszym pierwszym spotkaniu rzucił pomysłem, że możemy spróbować zrobić to sami. Nazwa Border to Hel przyszła później. To jest przede wszystkim przygoda i tak traktuje to większość, chociaż są już tacy, którzy traktują to mocno sportowo i narzucają mordercze tempo. - zwraca uwagę.

Border to Hel
fot. Katarzyna Milewska

Na koniec rozmowy Swords Athletics wyraźnie podkreślili, że zaczynają działać niemalże wszędzie w Polsce i drzwi do ich klubu są otwarte dla wszystkich. Nie wiemy, czy perspektywa Border to Hell nie odstraszy „niedzielnych biegaczy”, ale nasz rozmówca, Patrick Deba, od razu wkroczył, by zauważyć, że przecież nie trzeba od razu rzucać się na bieg ze Świnoujścia na Hel. Wszystkie inne inicjatywy Swordsów wyglądają na znacznie bardziej przystępne, a kto wie, może nawet okazać się, że i niedzielny biegacz skusi się kiedyś na morderczy bieg nad Bałtykiem.

Wiemy za to jedno - ludzi o takiej zajawce i parciu na rozwijanie swoich pasji należy niezaprzeczalnie podziwiać, niezależnie od dyscypliny sportu. W tym wypadku chodzi akurat o bieganie, ale być może tego typu inicjatywy popchną i innych pasjonatów do zrobienia czegoś szalonego - dzięki temu świadomość sportowa w społeczeństwie będzie się coraz bardziej rozwijać. Nie pozostaje nic innego, jak wspierać tego typu przedsięwzięcia.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.
Komentarze 0