Wielki weekend dla ludzi Evertonu. Starzy znajomi szykują się do gry o puchary

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Liverpool v Everton - Premier League
Fot. Laurence Griffiths/Getty Images

Po raz ostatni sytuacja, że Everton i West Ham były najlepszymi klubami w swoich miastach miała miejsce wiosną 1986. Dziś takie stwierdzenie znów się broni. To był weekend w Premier League w klimacie vintage.

Everton i West Ham łączy w ostatnich latach nie tylko osoba Davida Moyesa, ale i położenie w łańcuchu pokarmowym angielskiego futbolu. Fani jednych i drugich już mają dość gadki o „uśpionych gigantach” czy „kandydatach, by zaczęło się mówić o Big Seven”. Często pdkreśla się tam duże ambicje, sięgające nawet Ligi Mistrzów, a potem okazuje się, że tylko na słowach się kończy. Teraz okoliczności sprzyjają temu, by za nimi poszły czyny. Miniony weekend przyniósł tym klubom dwa bardzo prestiżowe zwycięstwa, co sprawia, że coraz mocniej zanosi się na ciekawy finisz w kontekście walki o europejskie puchary.

ROZLICZENIE Z HISTORIĄ

Przed derbami Liverpoolu czuć było, że Everton stoi przed najlepszą od lat szansą na triumf na Anfield – choć bardziej z uwagi na formę gospodarzy niż zespołu Carlo Ancelottiego. Ci bowiem są jak do tej pory w tym roku zagadką – a to wyszarpią remis 3:3 z Manchesterem United, dobrze zaprezentują się z Leeds (2:1) albo wygrają thriller w FA Cup z Tottenhamem (5:4), a to z kolei fatalnie zagrają z Newcastle i Fulham, przegrywając oba spotkania u siebie zdecydowanie 0:2. Ale to The Reds byli w gorszym położeniu i nad nimi trwają od kilku tygodni sądy.

Everton mógł, a nie musiał – przy czym mógł bardziej niż kiedykolwiek. Fanów z niebieskiej części miasta uwierał fakt, że na terenie sąsiada nie potrafili wygrać od 1999 roku. Ogółem – od 2010. Od 21 derbowych starć z Liverpoolem nie mogli nawet pierwsi zdobyć bramki. I wszystkie te serie padły chwilę po rozpoczęciu sobotniego meczu.

Ostatnio w rywalizacji LFC z Evertonem często byliśmy świadkami zamkniętych meczów. Ten pierwszy z obecnych rozgrywek temu przeczył, ale więcej po nim mówiło się o zerwanych więzadłach Virgila van Dijka i błędach sędziów niż o emocjach – mimo że było 2:2. Na Anfield wstrząs nastąpił jednak już po kilku minutach. Mistrzowie Anglii są ostatnio pozbawieni wiary w siebie i kolejny błąd Ozana Kabaka, a następnie gol Richarlisona tylko dodatkowo ich podłamał.

Nie działało praktycznie nic. Patrząc na grę The Reds w ataku można odnieść wrażenie, że niemal w każdej akcji znajdują się w pozycji, by stworzyć groźną szansę albo oddać dobry strzał, a potem... tego nie robią. Everton udało im się docisnąć tylko przez dłuższy fragment pierwszej połowy, ale wtedy znakomicie spisywał się w bramce Jordan Pickford.

Dla Anglika to był trudny test. Po pierwsze, to on został wzięty na celownik po ostatnich derbach, kiedy jego wyjście z bramki doprowadziło do urazu Van Dijka, a po drugie ostatnio nie grał z powodu kontuzji żeber i był wybity z rytmu. Dodatkowo Robin Olsen spisywał się w tym czasie na tyle nieźle, że gdyby Carlo Ancelotti ogłosił otwartą rywalizację, mało kto mógłby mu to mieć za złe. Pickford jednak wytrzymał. Było łatwiej, skoro trybuny Anfield były puste i nikt nie mógł go zdeprymować, ale uniknął błędów, wybronił wszystkie groźne sytuacje i był jednym z bohaterów spotkania.

Tak czuć mogli się jednak wszyscy po stronie Evertonie. Świetnie zagrali na środku obrony Michael Keane i Ben Godfrey. James Rodriguez błysnął raz, a dobrze. Richarlison napracował się niemiłosiernie i otworzył wynik. Gylfi Sigurdsson postawił kropkę nad i, wykorzystując rzut karny na 2:0. Liverpool miał częściej piłkę, ale to Ancelotti przygotował lepszą strategię. W sobotę Everton był lepszy niemal pod każdym względem.

LIVERPOOL NAJGORSZY OD DAWNA

Mistrzom Anglii za to skończyły się już wymówki. Owszem, plaga kontuzji jest faktem i w sobotę do listy nieobecnych doszedł Jordan Henderson, ale The Reds są po prostu dziś w beznadziejnej formie. Notują pierwszą od końcówki 2002 roku serię czterech porażek ligowych. Od Bożego Narodzenia Liverpool wygrał w Premier League jedyne dwa z jedenastu spotkań i zsunął się z pierwszego miejsca na szóste. Bliżej mu do strefy spadkowej (18 punktów przewagi) niż do lidera (19 pkt straty). Twierdza Anfield upadła – po 68 meczach bez porażki z rzędu przyszły cztery po kolei. To najgorsza taka seria na swoim stadionie od 1923 roku. Everton w dwie godziny strzelił w sobotę dwa razy więcej goli na boisku Liverpoolu niż on sam w 2021 roku.

Gra mistrzów Anglii była szarpana, naznaczona błędami i brakiem zdecydowania. Obrona tytułu to już przed weekendem była zamknięta sprawa, ale obecnie drżeć można nawet o TOP4. Jeśli dodatkowo okaże się, że uraz Hendersona jest poważny, to problemy tylko będą się piętrzyć. Na tę chwilę Liverpool został z trójką zdrowych nominalnych stoperów: Kabakiem, Nathanielem Phillipsem i Rhysem Williamsem.

Wydaje się, że jedyną opcją na uzdrowienie tej drużyny jest powrót Fabinho oraz Diogo Joty. Pierwszy musi znów załatać dziurę na środku defensywy, gdzie w tym sezonie spisywał się najlepiej ze wszystkich przetestowanych piłkarzy. Jeśli utworzy duet z Kabakiem, będzie to 18. kombinacja stoperów w tym sezonie LFC, ale dziś jawi się jako potencjalny wybawca. Podobnie jak Jota. Od jego absencji atak wyraźnie stracił iskrę. Nie ma nikogo, kto mógłby zluzować etatowy tercet i wnieść świeżość. Portugalczyk potrafił to robić i dawał Jürgenowi Kloppowi dodatkowe możliwości.

W tych okolicznośiach coraz mocniej obrywa się też Niemcowi, ale jakiekolwiek sugestie o pożegnaniu z nim można włożyć między bajki. Przez ponad pięć lat wokół niego zbudowane zostały struktury klubu i choć nie uniknie odpowiedzialności za obecny kryzys i jest mu częściowo winny, to nikt o zdrowych zmysłach nie pomyśli na Anfield o zmianie menedżera. Szczególnie, że na horyzoncie przystępna seria – przed marcową przerwą na kadrę Liverpool zagra z Sheffield United, Fulham i Wolverhampton w lidze i ma rewanż z RB Leipzig w Champions League po ważnym zwycięstwie 2:0. To musi być moment zwrotny. W przeciwnym razie spirala desperacji będzie się tylko nakręcać.

CIERPLIWOŚĆ DO MOYESA POPŁACA

Świetny marsz kontynuuje West Ham. Dzięki wygranej nad Tottenhamem jest na miejscu gwarantującym grę w Lidze Mistrzów i fruwa najwyżej od lat. Spurs – podobnie jak Liverpool – pogłębili tylko swoją ostatnią zapaść, jednak w tym miejscu warto skupić się na zwycięzcach.

Dla Davida Moyesa to był historyczny dzień. Po raz pierwszy w menedżerskiej karierze pokonał Jose Mourinho i w dodatku zrobił to jego własną bronią. Młoty Szkota imponują organizacją gry, o czym świadczą chociażby statystyki dotyczące stałych fragmentów gry. Nikt w tym sezonie nie stracił po nich mniejszej liczby bramek i nikt lepiej sam nie zamieniał okazji z nich na gole. West Ham opiera się na znakomitym przygotowaniu oraz fantazji i nieprzewidywalności w ataku. Jest zaangażowanie, dobra gra w defensywie i są groźni gracze z przodu. W niedzielę już po paru mintach potwierdziło się, że Michail Antonio potrzebuje wyłącznie zdrowia, by być groźny. Tottenham został postawiny przed ścianą i choć maił trochę pecha w tym spotkaniu, to pretensje może mieć tylko do siebie.

West Ham United v Tottenham Hotspur - David Moyes
Fot. Kirsty Wigglesworth/Pool via Getty Images

Moyes przeżywa najlepszy czas od zakończenia pracy w Evertonie. Tułaczka przez Sociedad i Sunderland oraz (udana wprawdzie) misja strażacka w West Hamie trzy lata temu tylko pogłębiły poczucie zjazdu po bardzo nieudanym pobycie w Manchesterze United. Nawet rok temu wydawało się, że jego Młoty zjeżdżają po równi pochyłej, a wokół klubu panowała zła atmosfera. Tymczasem Szkot udanie modeluje drużynę. Dostał czas i to działa. West Ham jest trudny do pokonania. Praktycznie nie zalicza wpadek – przegrał w tym sezonie tylko z Liverpoolem, Chelsea, Manchesterem United, Arsenalem oraz Newcastle i jedynie porażka z tymi ostatnimi z dzisiejszej perspektywy wygląda zaskakująco.

Jednocześnie poprawa wynika ze zmiany polityki transferowej. Zamiast sprowadzania Felipów Andersonów, w Londynie pojawili się gracze, dla których West Ham to krok do przodu, okazja do rozwoju albo przynajmniej nie patrzą na niego z góry. Vladimir Coufal i Tomaš Souček wyglądają jak świetne promocje. Dla Saida Benrahmy czy Jarroda Bowena taki klub jak Młoty to idealna przesiadka z Championship na poziom wyżej. Od pierwszego dnia dobrze odnajduje się też Jesse Lingard, który strzelił gola na 2:0 ze Spurs i widać, że przyszedł zmotywowany. Ten zespół ma jednak twarz Antonio – człowieka, który walczy o każdy skrawek boiska i choć sam zdobywa bramki, to pracuje na rzecz zespołu.

Aby wrócić do ostatniego momentu, kiedy Everton i West Ham mogły nazywać się najlepszymi klubami w swoich miastach, musielibyśmy cofnąć się o 35 lat. Młoty były wówczas na drodze po trzecie miejsce, a The Toffees prowadzili w lidze, choć sezon skończyli z wicemistrzostwem. A przecież to czasy jakieś trzy epoki temu. Teraz znów w obu klubach panują dobre czasy i zaraz może się jeszcze okazać, że Moyes na finiszu będzie walczył ze swoim byłym klubem o miejsce w pucharach. Na razie w Londynie stworzył jego wierną kopię z najlepszych czasów.

Podziel się lub zapisz
Futbol angielski i... amerykański. Przez cały rok na okrągło żyje Premier League i NFL, o kórych pisze w newonce.sport. Usłyszycie go w również audycjach Kick Off i NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.