Pozytywny pierwiastek Brzęczka. Sousa odnalazł defensywną stabilność (ANALIZA)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
Reprezentacja Polski
Piotr Kucza/400mm

Przez ostatni rok mówiono często, że na mecze z najsilniejszymi rywalami powinna wychodzić kadra Paulo Sousy, a na starcia ze średnimi i słabszymi przeciwnikami ekipa jego poprzednika. W Tiranie po raz pierwszy w tym roku Polska wygrała dzięki obronie.

Gdy za kilka lat spojrzy się w tabelę polskiej grupy eliminacyjnej do mistrzostw świata w Katarze, pewnie trudno będzie uwierzyć, że przed meczem w Albanii cały piłkarski naród był zelektryzowany. Wszystko wskazuje na to, że Polska zakończy rywalizację z pięcioma punktami przewagi nad trzecim miejscem. Dwukrotnie ograwszy najgroźniejszego konkurenta. Że bliżej punktowo będzie jej do Anglii niż do Albanii. Nie brzmi to, jak mrożący krew w żyłach wyścig. A jednak terminarz, sprawiający, że bezpośredni mecz w Tiranie odbył się zanim Albańczycy pojadą na Wembley do Anglików jeszcze bez przypieczętowanego awansu, a Polacy odskoczą im trzema punktami przywiezionymi z Andory, nadał wtorkowemu spotkaniu rangę finału. Polacy podeszli do niego jak nie kadra Paulo Sousy. Czyli zgodnie z zasadą, że finałów się nie gra, tylko wygrywa.

BEZ ZAPACHU PORAŻKI

Wielokrotnie w ostatnich miesiącach mówiło się, że portugalski selekcjoner wprawdzie w meczach z najsilniejszymi rywalami dodał element, którego u jego poprzednika nie było za grosz, czyli poczucie, że da się z nimi coś ugrać, ale kompletnie porzucił solidność i pozytywną przewidywalność, która cechowała kadrę Jerzego Brzęczka. Eliminacje do Euro 2020 Polacy przeszli, tracąc bardzo mało goli, nie dopuszczając rywali do wielu sytuacji, samemu bazując na pojedynczych akcjach. Trudno było tęsknić za Brzęczkiem, gdy Polacy mieli gonić wynik z Hiszpanią czy z Anglią. Ale przed meczem, którego za żadne skarby nie wolno było przegrać, można się było obawiać, czy w parciu do przodu i dążeniu do prowadzenia gry, nie zatracą się na tyle, że aż zapomną przywieźć korzystny wynik. Nic takiego się jednak nie stało. Bo Polska w Tiranie zagrała w sposób maksymalnie wyrachowany. Nie musiało się to skończyć zwycięstwem. Ale najważniejsze, że ani przez moment nie pachniało porażką.

ASYSTENCI WAHADŁOWYCH

Wbrew obiegowej opinii, jakoby Sousa ciągle eksperymentował, w Albanii zagrała niemal ta sama jedenastka, która przed miesiącem stawiła czoła Anglii. Nie wystąpił tylko pauzujący za kartki Karol Linetty. Chciałoby się powiedzieć, że to zmiana w środku pomocy, lecz w rzeczywistości środkowych pomocników Polacy wystawili w Tiranie tylko dwóch: defensywnego Grzegorza Krychowiaka i ofensywnego Piotra Zielińskiego, ustawionych względem siebie pionowo. Jednego operującego tuż przed linią obrony, a drugiego tuż za linią ataku. Jakub Moder czy Mateusz Klich, byli tak naprawdę zawodnikami grającymi w tzw. półprzestrzeni pomiędzy środkiem a bokiem pomocy. Można ich nazwać asystentami wahadłowych. Gdzie Tymoteusz Puchacz w pierwszej i Kamil Jóźwiak (Przemysław Frankowski) w drugiej połowie mogli wpaść w tarapaty, tam przychodziło im z pomocą dodatkowe wsparcie.

ODPUSZCZONY ŚRODEK

Modera i Klicha trudno po tym meczu określić jako środkowych pomocników, bo grą w środku pola mało byli zainteresowani. Schodzili wahadłowym na obieg, dośrodkowywali. Centralna strefa została przez Sousę, najprawdopodobniej celowo, odpuszczona. Albańczycy byli w niej zabetonowani. Grali tam wąsko. Szybko się przesuwali. Polacy niewiele próbowali w niej zrobić. Robert Lewandowski, który w większości meczów u tego trenera, schodził na boki lub do drugiej linii, by częściej pokazywać się do gry, tym razem do spółki z Adamem Buksą grał bardzo blisko obrońców albańskich. Gdy Polacy wyprowadzali piłkę z własnej połowy, w środku pomocy mieli bardzo niewiele opcji rozegrania. Z rzadka pokazywali się tam Moder i Lewandowski, stoperzy też nie próbowali wejść z piłką przez środek, unikając ryzyka. Albańczycy mieli w tej strefie wyraźną przewagę liczebną.

MODELOWY ATAK

Polacy na dwa sposoby próbowali się przedostać na połowę przeciwnika. Albo długimi zagraniami Wojciecha Szczęsnego w kierunku Adama Buksy i próbami zebrania spadającej na ziemię piłki przez dwójkę napastników, Zielińskiego lub Jóźwiaka, albo przejściem lewą stroną, gdzie operowali Bednarek, Puchacz i Moder. W idealnym układzie zgranie do środkowej strefy służyłoby tylko błyskawicznemu odegraniu z powrotem do linii i napędzeniu akcji bokiem. Tak, by zawodnik w środkowej części boiska nie stał w niej, lecz przemknął jak przez koszykarską “trumnę”, odbił piłkę z klepki i z powrotem przeniósł akcję w nieobstawioną boczną strefę. Ale modelowy układ udawał się rzadko.

OSAMOTNIONY KRYCHOWIAK

W początkowej fazie meczu problemem było zbyt dalekie ustawienie Piotra Zielińskiego od linii obrony. Miał grać między liniami defensywy i pomocy Albańczyków, szukając tam sobie miejsca, ale Polacy w ogóle nie potrafili przetransportować do niego piłki. Jedyną opcję w środku stanowił Grzegorz Krychowiak, o którym wiadomo, że postawiony w takim położeniu, jest skłonny do popełniania błędów. Raz, naciśnięty pressingiem przez Albańczyków, dał się jeszcze sfaulować, ale za drugim razem stracił piłkę, napędzając groźną i szybką akcję gospodarzy, którą zdążył jednak sam przerwać w polu karnym. Można się było obawiać, że taki sposób rozgrywania z czasem przyniesie kolejne okazje gospodarzom. Nie przyniósł. Bo Polacy błyskawicznie zmienili sposób rozgrywania. Odebrali sygnał ostrzegawczy i podobnych sytuacji już nie prowokowali.

Albania - Polska
Screen: TVP Sport

KLUCZOWY ZIELIŃSKI

Zieliński przesunął się bliżej własnej bramki i okazał się kluczowym zawodnikiem meczu. Jako znany z bajecznej techniki, nie miał problemu z tym, że znajdował się w tłoku, otoczony przez rywali. Dryblował. Przyjmował kierunkowo. Zwodził przeciwników. Przerzucał piłkę z lewej na prawą. Nagle wysoki pressing gospodarzy przestał działać, bo pojawił się ktoś, na którym nie robił on większego wrażenia. Zawodnicy Eduardo Rei od tego momentu zaczęli atakować Polaków znacznie bliżej swojej bramki. Żeby przedrzeć się środkiem przez takie zasieki, trzeba ze trzech zawodników o technice Zielińskiego. Ale wystarczy jeden, żeby zniechęcić rywali do tak ochoczego zakładania pressingu. Pomocnik Napoli przejął dowodzenie nad rozegraniem i wykonał w meczu 81 podań, co było trzecim wśród najwyższych wyników na boisku. Rzadko w kadrze mu się to zdarzało.

PODJĘTA WALKA WRĘCZ

Pomijając rzut rożny, po którym z bliska strzelał Adam Buksa, Polacy nie stwarzali w ten sposób groźniejszych sytuacji, ale osiągnęli w pierwszej połowie ważną rzecz. Nie pozwolili gospodarzom przejąć kontroli nad meczem i rozgrzać stadionu. Wojciech Szczęsny spędzał wieczór dość spokojnie. Działo się to przede wszystkim dlatego, że Polacy podjęli walkę. Odpowiedzieli agresją na agresję. Mecz opierał się w dużej mierze na pojedynkach. Kto kogo przepchnie, kto komu wsadzi nogę pod ramię, kto położy łokieć w odpowiednim miejscu. Polacy z tej walki wręcz bardzo często wychodzili zwycięsko. Kamil Glik zakończył spotkanie z dziewięcioma wygranymi pojedynkami powietrznymi, Jan Bednarek pięciokrotnie wybijał piłkę z pola karnego, a ogółem Polacy aż jedenaście razy blokowali dośrodkowania. Nie było typowych dla tej kadry indywidualnych błędów, głupich pomyłek, tylko skupienie na zadaniu. I dobra asekuracja.

PRZESUNIĘCIE W PRAWO

W przerwie Sousa zastąpił Modera Klichem, co można odbierać jako próbę przesunięcia akcentów na prawą flankę. W pierwszej połowie była ona trochę osamotniona. Jóźwiak, skupiony na pomocy Pawłowi Dawidowiczowi, niewiele pokazywał w ofensywie. Większość ataków była pchana lewą stroną. Ale tłok, który na niej panował, niekoniecznie sprzyjał Puchaczowi, bo zmuszał go do większej liczby szybkich wymian podań, a utrudniał wchodzenie w pojedynki. Już pod koniec pierwszej połowy Moder pojawił się nagle po prawej stronie, ale Klich czuje się tam bardziej naturalnie. I wszedł na boisko, by odgrywać podobną rolę, tyle że z tamtej strony. Puchacz miał na lewej stronie więcej miejsca, by wykorzystać szybkość, a Klich dał polskim atakom trochę większą różnorodność. Czyli mniejszą przewidywalność. O ile w pierwszej połowie wszystkie akcje były pchane lewą stroną, o tyle w drugiej zagrożenie mogło nadejść z obu skrzydeł.

INNE ZADANIA KRYCHOWIAKA

Ostatecznie zresztą to taka akcja przyniosła gola. Wysoki odbiór Puchacza i idealne wycyrklowane dośrodkowanie Klicha z półprzestrzeni do wbiegającego Świderskiego okazało się rozstrzygające. Nie była to pierwsza po przerwie sytuacja, w której Polakom udało się odebrać piłkę na połowie rywala, bo chwilę wcześniej podobnie zrobił Krychowiak. Strata z 8. minuty mogła sugerować, że to będzie dla pomocnika Krasnodaru ciężki mecz, jednak odkąd mógł się skupić nie na samotnym wychodzeniu spod pressingu, lecz na lokalizowaniu luk i odpowiednim ich wypełnianiu, zaczął rozgrywać bardzo dobre zawody.

JAKOŚĆ KLICHA

Jest oczywiście pokusa, by przez pryzmat wyniku zachwalać wyrachowanie Polaków, lecz raczej prawdziwsze byłoby stwierdzenie, że skupienie na defensywie odbiło się negatywnie na ofensywnej sile naszej drużyny. Słabiej niż przed miesiącem w Warszawie grał Robert Lewandowski, który wtedy często stwarzał sytuacje z niczego, a tym razem przegrywał wiele pojedynków z albańskimi stoperami. Odrobinę więcej swobody miał Buksa, ale i on nie dochodził z akcji do klarownych sytuacji. Może niekoniecznie Polacy zasłużyli na strzelenie gola liczbą sytuacji, lecz taka pewnie musiała zajść kalkulacja w sztabie: jeśli nam uda się nie stracić gola, szansa na wygraną będzie spora, bo jakość ofensywna sprawi, że z przodu coś wpadnie. Jakość było widać w dograniu Klicha. Dla zespołu, który nie ma w składzie piłkarza umiejącego ominąć zagraniem czterech rywali, tak, by piłka spadła wprost na nogę nadbiegającego partnera (jedynego w polu karnym), to nawet nie byłaby sytuacja bramkowa.

Albania - Polska
Screen: TVP Sport

NAJLEPSZY MECZ DEFENSYWY

Uniknięcie straty gola odbyło się natomiast w sposób w pełni zasłużony. Polska była często krytykowana za to, że nie potrafi zachować czystego konta, choć niekoniecznie rywale dochodzili do bardzo groźnych sytuacji. Trafiały się jednak rykoszety, świetne strzały rywali, nie najlepsze interwencje bramkarzy, czy kosztowne indywidualne pomyłki. Dlatego mecz w Albanii był zdecydowanie najlepszym, jaki w defensywie zagrała kadra tego selekcjonera. Wynik goli oczekiwanych na poziomie 0,21 jeszcze ani razu, z rywalami, w których składzie grali zawodowcy, się w tym roku nie zdarzył. W pierwszym wyjazdowym meczu, który miał być kluczowy dla losów grupy, Węgrzy osiągnęli przeciwko Polsce wynik 3,08 w golach oczekiwanych. W Warszawie Albańczycy mieli 0,51. Nawet San Marino na wyjeździe osiągnęło 0,39. To oznacza, że Polska w Tiranie nie bardzo miała nawet z czego stracić gola. Nie tylko dlatego, że jedyny celny strzał gospodarze oddali w 89. minucie, ale też dlatego, że nawet te nieliczne niecelne przelatywały w bezpiecznej odległości od bramki Szczęsnego. A w tak gorącym meczu, o tak dużej stawce, rozgrywanym na wyjeździe, to jednak duża sztuka nie dopuścić gospodarza do absolutnie niczego.

CENNA INFORMACJA

Gdyby Polska rozgrywała w ten sposób wszystkie mecze, można by uznać, że to droga donikąd. Skoro jednak w starciach z silniejszymi pokazuje, że potrafi grać inaczej, informacja, że wciąż nie zapomniała, jak skutecznie odrzucać rywala od swojej bramki, raczej dobrze rokuje na przyszłość. Bo daje nadzieję, że tym razem porażka ze Słowacją by się już nie zdarzyła. No i że mecz z Węgrami zostałby rozegrany trochę inaczej. Dla Sousy najważniejsze, że najprawdopodobniej będzie okazja to sprawdzić. Bo wygrana w Albanii sprawia, że jego praca w Polsce jeszcze pewnie trochę potrwa. Przynajmniej do marcowych baraży o udział w mistrzostwach świata. Do końca grupy eliminacyjnej pozostały jeszcze wprawdzie dwa mecze, ale w nich gra idzie już o rozstawienie w barażach. Plan minimum został osiągnięty.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.