Najprawdziwszy z prawdziwych Celtów. Pożegnanie Tommy’ego Heinsohna

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Tommy Heinsohn Enjoys A Laugh
Fot. Bob Stowell/Getty Images

Koszykarski świat żegna kolejną legendę. We wtorek w wieku 86 lat odszedł Tommy Heinsohn - człowiek, który żył koszykówką. Przez niemal całe swoje życie związany był z Boston Celtics. Jest zresztą jedyną osobą w historii klubu, która była obecna przy wszystkich 17 mistrzowskich tytułach klubu. Jego zasługi wykraczają jednak daleko poza Massachusetts. Wspomnienie i pożegnanie najprawdziwszego z prawdziwych Celtów.

ZAWODNIK

Urodził się w 1934 roku w New Jersey, ale na życie związał się z Bostonem. Wielką karierę zaczął nieopodal Beantown, na małym uniwersytecie Holy Cross. Do Celtics trafił w 1956 roku na zasadzie draftu terytorialnego, dziś już w NBA zapomnianego. Ówczesny szkoleniowiec drużyny Red Auerbach nie dawał mu zbyt wielkich szans. Heinsohn postanowił już nawet opuścić miasto i rozpocząć karierę w lidze amatorskiej, zanim nie powstrzymał go Bob Cousy. Do bostońskiej drużyny dołączył wtedy także Bill Russell i tak właśnie rozpoczęła się dynastia Celtów. Heinsohn już w swoim pierwszym sezonie zdobył mistrzostwo, a w meczu numer siedem finałów zaliczył jeden z najlepszych występów w swojej karierze. Zdobył wtedy 37 punktów i 23 zbiórki.

Imponował zręcznością, a koledzy nazywali go wprost „Tommy Gun” ze względu na częstotliwość oddawania rzutów. Nie mieli jednak nic przeciwko temu, bo Heinsohn z reguły trafiał – cztery razy był najlepszym strzelcem Celtów na koniec sezonu. Ogółem zdobył z bostońskim klubem osiem tytułów mistrzowskich.

Miał twardą skórę, co niejednokrotnie wykorzystywał Auerbach. Gdy chciał zmotywować zespół, zazwyczaj na celownik obierał sobie właśnie Heinsohna. Ten jak nikt inny potrafił z kolei rozładować napięcie. Poza parkietem ta dwójka lubiła się zresztą wygłupiać i podpuszczać, także podczas wyjazdu do Polski, o czym więcej za chwilę. Największą wadą Heinsohna miała być jego słaba kondycja, spowodowana ogromną ilością wypalanych papierosów. – Gdybyś tylko na boisku biegał tak szybko jak biegniesz po papierosa... – zwykł mówić mu Cousy.

PIONIER

Był nie tylko znakomitym graczem, ale też aktywnie działał na rzecz koszykarzy. Od 1958 roku pełnił rolę prezesa związku zawodników. Pozycję tę przejął po Cousym, a nadawał się do niej znakomicie. Studiował stosunki pracownicze, pracował jako agent ubezpieczeniowy (to były te czasy, gdy koszykarze mieli jeszcze normalną pracę). Na dodatek jego ojciec był związkowcem w New Jersey. Przez lata negocjował z NBA na różne tematy, a kluczowy okazał się zorganizowany przez niego strajk podczas Meczu Gwiazd w 1964 roku. Miał to być pierwszy w historii NBA przekaz telewizyjny na żywo, więc groźba zbojkotowania przez zawodników tego spotkania spotkała się wreszcie z uwagą. Koniec końców właściciele zgodzili się więc na żądania graczy, w tym na utworzenie planu emerytalnego. Mecz Gwiazd odbył się z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem.

Kilka miesięcy później Heinsohn i spora grupa Celtów wylądowali… w Polsce. Największe gwiazdy NBA – w tym Bill Russell czy Oscar Robertson – pod wodzą Auerbacha pojechały na tournee po Europie. Był to pierwszy taki wyjazd w historii: Heinsohn znów przecierał szlaki.

Na polskiej ziemi drużyna All-Stars rozegrała kilka meczów i zawsze przyciągała tłumy. To także wtedy Auerbach zażartował sobie z Heinsohna, kiedy nasłał na niego dwóch polskich trenerów udających tajnych agentów. Niemiecko brzmiące nazwisko Tommy’ego od początku wyjazdu było powodem lekkich obaw Heinsohna. Na dodatek amerykańscy oficjele ostrzegali zawodników, że w ich pokojach mogą znajdować się podsłuchy. Auerbach połączył to wszystko w żart, a Heinsohn nawet po latach wspominał, że był to jeden z najstraszniejszych momentów w całym jego życiu.

TRENER

Gdy w 1965 roku odwiesił buty na kołek, w pełni zajął się pracą w agencji ubezpieczeniowej. Został też blisko koszykówki – udzielał się w radiu, potem trochę w telewizji przy okazji meczów Celtics. Wraz z emeryturą Billa Russella w 1969 roku zakończyła się jednak dynastia Celtów, ale Auerbach miał plan. Poprosił właśnie Heinsohna, by ten podjął się pracy trenera i przywrócił bostończykom chwałę.

Łatwo nie było, bo z Russellem odszedł też m.in. Sam Jones, kolejna wielka postać tamtych Celtics. Podstawę zespołu stanowili teraz John Havlicek oraz wybrany w drafcie 1970 podkoszowy Dave Cowens. Celtics grali szybko – takiej filozofii gry zawsze hołdował Auerbach, taką filozofię wyznawał też Heinsohn. Dwa razy przyniosła im ona tytuł: w 1974 oraz 1976 roku.

Tommy dołożył więc dwa kolejne tytuły do swojej imponującej kolekcji. Łącznie to dziesięć mistrzostw, sześć nominacji do All-Star Game oraz nagrody dla najlepszego debiutanta (1957) i najlepszego szkoleniowca (1973). Oficjalnie karierę trenera zakończył w 1978 roku, ale w praktyce nigdy nie przestał służyć dobrą radą. Uważał, że popularny rzut hakiem powinien wrócić do łask. Uwielbiał, gdy podkoszowi szybko biegali z jednej strony parkietu na drugą. Jego wiedza i umiejętność opowiadania historii przyciągała wielu.

Jest jedną z czterech tylko osób na świecie, które do koszykarskiej Hall of Fame trafiły dwa razy. Najpierw jako zawodnik , potem jako trener. – Zdołał zapomnieć o koszykówce więcej niż ja kiedykolwiek będę wiedział – napisał w swoim pożegnaniu Mike Zarren, asystent generalnego menedżera Celtics.

KOMENTATOR

Skomentowali razem ponad 2800 meczów. W przyszłym roku obchodziliby 40-lecie współpracy. Mike Gorman i Tommy Heinsohn stworzyli fantastyczny duet komentatorów, a ich głosy towarzyszyły meczom Celtics niemal od zawsze. W tym przypadku wcielał się bardziej w rolę kibica. – Co to ma być? Przecież będziemy mówić o tym, co widzimy przed sobą – mniej więcej takimi słowami przywitał Gormana przed ich pierwszym wspólnym meczem, gdy zobaczył kartki ze statystykami i ciekawostkami. Po latach mówił, że komentowanie meczów z Gormanem to jak oglądanie telewizji z miską popcornu i piwem w ręce. Znakiem charakterystycznym Heinsohna stało się narzekanie na sędziów – zawsze wtedy, gdy coś nie szło po myśli Celtics.

– Mam nadzieję, że spoczywa w spokoju, no chyba że gdzieś w pobliżu jest jakiś sędzia – stwierdził Gorman.

Heinsohn nie ukrywał tego, że w pierwszej kolejności jest kibicem bostońskiego klubu. Potrafił więc porównać mało znanych zawodników do takich legend jak Bill Russell. Ekscytował się, krzyczał, narzekał, czasem nawet przeklinał. Rozdawał także popularne „Tommy Points” – głównie tym zawodnikom, którzy dawali z siebie wszystko. Przez lata przyznał ich tysiące, doceniając zaangażowanie i poświęcenie setek graczy. Swego czasu szczególnie mocno ukochał sobie skrzydłowego Waltera McCarty'ego, a jego okrzyk „I LOVE WALTER!” z charakterystycznym bostońskim akcentem jest już legendarny.

W parze z Gormanem to on był tym rozemocjonowanym, podczas gdy jego partner wprowadzał do transmisji spokój. Uzupełniali się więc idealnie. Poza Bostonem mało kto lubił styl Heinsohna, ale jemu to nie przeszkadzało. Szerszej publiczności dał się zresztą poznać jako znakomity ekspert podczas kilku finałów NBA już w połowie lat 80.

CELT

Trudno jest sobie wyobrazić Boston Celtics bez Heinsohna. Był obecny przy każdym z 17 mistrzostw. Sprawdził się jako zawodnik, a potem jako trener. Potem przez dekady jego głos towarzyszył pokoleniom kibiców, którzy z zapartym tchem śledzili poczynania Larry'ego Birda, Reggiego Lewisa, Paula Pierce'a, Isaiah Thomasa czy ostatnio Jaysona Tatuma.

Od kilku dobrych już lat Tommy'ego było coraz mniej – robił się coraz starszy i słabszy, przestał jeździć na mecze wyjazdowe. Pojawiły się problemy zdrowotne, w tym zakrzepy krwi. Formy jednak nigdy nie stracił, a sędziów krytykował nawet spoza anteny, kiedy podczas transmisji meczu Celtics w bańce informacje o jego zdrowiu przekazywał Gorman. Zawsze znajdował czas, by porozmawiać o Celtics. A w wolnych chwilach oddawał się swojej drugiej pasji: malował akwarelami.

Rok temu w wywiadzie stwierdził, że był i jest wielkim szczęściarzem. – Piękne jest to, że wszyscy mieliśmy mnóstwo radości z tego, co robiliśmy. Niewiele osób może tak powiedzieć – mówił, wspominając swoje życie i karierę. Niewiele osób może też powiedzieć, że radziło sobie tak dobrze w tak wielu różnych rolach. Zawodnik, pionier, trener, komentator, nawet malarz, bo i pod tym względem wypadał znakomicie. Ale tą najważniejsza dla samego Heinsohna po tylu latach była chyba rola kibica Celtics. W niej zawsze odnajdywał się najlepiej. Związany z klubem od ponad sześciu dekad, był wspólnym mianownikiem każdego sukcesu drużyny. Dziwna będzie więc ta nowa rzeczywistość, w której go zabraknie. Taki wpływ na bostoński klub miał właśnie Tommy Heinsohn. Albo po prostu „Mr. Celtic”.

Podziel się lub zapisz
Tomasz Kordylewski
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.