Poprzeczka, która do dziś się trzęsie. Jak Ryszard Tarasiewicz mógł zmienić historię angielskiej piłki

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Soccer-World Cup Qualifier-England v Poland
Fot. Neal Simpson/EMPICS via Getty Images

- Słyszał pan teorię, że mały włos, a pogrzebałby pan angielską piłkę? - zagaiłem wczoraj Ryszarda Tarasiewicza. Były reprezentant Polski nigdy nie patrzył na to w ten sposób, ale Anglicy nie mają wątpliwości: gdyby jesienią 1989 roku piłka po jego strzale spadła centymetr niżej, reprezentacja Bobby’ego Robsona nie awansowałby na mundial we Włoszech. Nie byłoby legendy Gascoigne’a, narodowego szału na piłkę i milionów Ruperta Murdocha, które z pomocą telewizji Sky stworzyły Premier League i rozpoczęły nową erę piłki.

To mógł być Dariusz Dziekanowski zaraz na początku meczu. Krzysztof Warzycha - nawet dwukrotnie, bo Polacy, szczególnie w pierwszej połowie, tłamsili Anglików. Ostatecznie padło na Ryszarda Tarasiewicza i na wymowny obrazek strzału w poprzeczkę z 34 metrów w doliczonym czasie gry. To było tak zaskakujące, że zagapił się nawet operator kamery. Przy stanie 0:0 uchwycił jedynie buty Tarasiewicza. Sekundę później 40-letni Peter Shilton zbierał się z ziemi, nie wierząc, że dalej jest remis. Gdyby padł gol, na drugi dzień pewnie kończyłby karierę. Bobby Robson trafiłby na rozkładówkę „The Sun” z głową cebuli. Naród nacisnąłby spłuczkę i spuścił piłkarzy w toalecie.

- Do dziś mówię, że gdybym dostał piłkę metr dalej, to Shilton wyjmowałby ją z siatki. Zmieniłaby się trajektoria. Szkoda, bo to byłoby coś spektakularnego - przyznaje Tarasiewicz.

Gdy opowiadam mu jak po latach widzą ten mecz Anglicy, słucha z zaciekawieniem, przyznając, że nawet nie miał pojęcia o tak zawiłym znaczeniu jego poprzeczki. Andrzej Strejlau, trener tamtej kadry odpowiada, że nie ma co gdybać, bo gdyby jego ciotka żyła, to byłaby dziś najstarsza na Żoliborzu. Ale gdybanie to również część piłki. Tarasiewicz jesienią 1989 roku wiedział, że sytuacja Anglików w grupie po remisie ze Szwecją nie była łatwa, ale że ewentualna porażka z Polakami mogłaby pociągnąć za sobą tyle konsekwencji, to już coś nowego.

Anglicy kilka razy kreślili ten czarny scenariusz. W kategorii „co było, gdyby…” poprzeczka Tarasiewicza już ponad dekadę temu zajęła pierwsze w miejsce w rankingu Guardiana - i to nie tylko dotyczącym piłki angielskiej, bo znalazł się tam choćby słupek Roba Rensenbrinka w finale mundialu 78’. Temat „Tarasia” pojawił się też w minionym roku na łamach magazynu „The Squall”. Dziennikarz Ben Kosky snuje teorię, że ta poprzeczka naprawdę uchroniła angielską piłkę przed pogrzebem. Ostatnia runda eliminacji ułożyła się tak, że Anglicy w razie porażki z Polską nie mieliby szans na awans z drugiego miejsca, ponieważ w innej grupie lepszy bilans bramkowy promował Danię.

Można to sobie wszystko łatwo wyobrazić: marazm lat 80., sprawy Heysel i Hillsborough, Anglię rozrób na stadionach i teraz jeszcze brak awansu na mundial, rok po tym jak Bobby Robson przegrał trzy mecze w grupie na Euro 88’. Anglicy jeszcze bardziej zatopiliby się w bagnie. Robsona zastąpiłby Howard Kendall, trener m.in. Evertonu i Bilbao, a Paul Gascoigne może nigdy nie osiągnąłby takiego statusu. Przed Italią 90’ był zwykłym napastnikiem Newcastle z sześcioma golami w sezonie. W kadrze dopiero zaczynał. To mistrzostwa świata były sprężyną do Gazzomanii, a łzy w półfinale z Niemcami kluczem do serc narodu.

25 mln Anglików oglądało na żywo tamto spotkanie. Widzieli wyrównanie Linekera w 80. minucie - gol, który wywrócił wszystkie stoliki kawowe w kraju. A potem pudła w karnych Pearce’a i Waddle’a. Traumę na lata. Ale też smak niesamowitej przygody, kończącej się na lotnisku w Luton, gdy 300 tysięcy ludzi chciało na żywo zobaczyć bohaterów. Anglicy znowu pokochali piłkę, znowu mieli boom. A przecież równie dobrze mogli czekać jeszcze długie lata. Na mundialu w 1994 roku znowu ich przecież nie było.

Pod tym względem trudno nie wracać pamięcią do strzału Tarasiewicza. Ten gol faktycznie mógł wiele rzeczy popchnąć na inne tory. Pete Davies, autor znakomitej książki „All Played Out” pisał o latach 80. w Anglii: „Nasz zespół był gówniany, nasi kibice najgorsi, a przy kolacji nie miałeś ochoty gadać o piłce”. Italia 90’ zmieniła wszystko: od tej pory piłka nie była już tylko sportem pariasów i bandytów, była dobrem wszystkich. Rozkochała klasę średnią. Zyskała fundament by budować nowy stadionowy ład i kapitał telewizji satelitarnej. Anglicy najpierw zwariowali na punkcie piłki, a chwilę potem za nią zapłacili. Powstała Premier League. Pojawił się Sky. Rupert Murdoch powiedział, że zaczyna się nowa era piłki i wiele się nie pomylił.

Mundial 90’ rozkochał też Anglików we włoskiej piłce - dotąd schowani we własnej skorupie, nagle zaczęli doceniać innych. Serie A była wtedy piłkarskim centrum świata, tam szli Gascoigne i David Platt, tam wędrowały transmisje popularnego Channel Four. W Londynie do dziś jest pub zaprojektowany tak, by teleportować ludzi w tamte czasy. W tle leci „Nessun Dorma” Pavarottiego. A jedna ze ścian to oczywiście ściana z podobizną Gazzy, symbolu kultowego mundialu, który rok wcześniej w meczu z Polską cały mecz przesiedział na ławce. Tarasiewicz uśmiecha się, że wtedy nawet nie wiedział, że taki piłkarz istnieje.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.