Pominięto go w drafcie, teraz będzie zarabiał miliony. Jak Duncan Robinson rozbił bank i przeszedł do historii NBA

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Miami Heat - Duncan Robinson
Fot. Mike Stobe/Getty Images

Jednym z największych wygranych tegorocznego okresu wolnych agentów w NBA jest niewątpliwie Duncan Robinson. Niewybrany w drafcie w 2018 roku koszykarz od przyszłego sezonu zarabiać będzie 18 milionów dolarów rocznie. To rekord wśród tych zawodników, którzy do NBA musieli wchodzić tylnymi drzwiami, czyli poza naborem. I dowód na to, jak ogromne znaczenie ma w życiu znalezienie się we właściwym miejscu o właściwym czasie.

W szkole średniej był niskiego wzrostu. Marzył o tym, by koszykówka otworzyła mu drogę do którejś z renomowanych uczelni. Nie miał jednak odwagi, by myśleć o czymś więcej niż najniższy szczebel rozgrywek w NCAA. Zresztą ci wokół niego raczej byli podobnego zdania. Gdy jego matka poprosiła dyrektora szkoły, aby nagrywać szkolne mecze i mieć jakiś materiał do pokazania, ten zrobił wielkie oczy. – Chyba nie myśli pani, że syn będzie grał w koszykówkę na poziomie akademickim? – tak mniej więcej brzmiała jego odpowiedź.

Historia Duncana Robinsona to bardzo dobry scenariusz na film o tym, jak się spełnia marzenia. 27-latek przeszedł bardzo długą drogę, by znaleźć się tu, gdzie jest teraz. W zeszłym sezonie został jednym z najlepszych strzelców za trzy w historii Miami. Jest zresztą na dobrej drodze ku temu, by zaraz znaleźć się wśród najlepszych strzelców ogólnie w dziejach ligi. Po dwóch pełnych sezonach w barwach Heat ma na koncie łącznie już ponad 500 trafień zza łuku. I głównie za to został niedawno sowicie przez Heat wynagrodzony.

TRÓJKĘ SIĘ CENI

Kontrakt na pięć lat o wartości 90 milionów dolarów. Na tyle Robinsona wycenili Heat po tym, jak ten został najszybszym graczem w historii NBA, który dobił do granicy 500 trójek (potrzebował do tego 152 spotkań). Nic jednak dziwnego – dzisiaj rzut za trzy punkty jest bardzo w cenie. Wiedzą o tym m.in. Joe Harris (75 milionów za cztery lata) czy Davis Bertans (80 milionów za pięć lat), którzy już przed rokiem rozbili bank. Żaden z nich nie musiał jednak tak mocno walczyć o miejsce w NBA.

Robinson od zawsze wiązał swoje nadzieje z koszykówką. Marzeniem była jednak nie gra w NBA, a na jakimś uniwersytecie choćby z trzeciej dywizji. Przed ostatnim rokiem w szkole średniej całe lato – wbrew mamie, która chciała, by zajął się czymś bardziej pożytecznym – spędził więc na treningach. Pomogło również to, że w bardzo szybkim czasie urósł aż o 30 centymetrów i nagle stał się mierzącym prawie dokładnie dwa metry nastolatkiem. Dzięki temu okazało się, że marzenia może rzeczywiście uda się spełnić.

ŻYCIOWA SZANSA

Od tego momentu zaczął wspinać się coraz wyżej. Przyciągnął uwagę uniwersytetu Williams (z trzeciej dywizji NCAA) i już w swoim pierwszym sezonie walczył o krajowe mistrzostwo. Tytułu nie udało się zdobyć, ale chudziutki wtedy Robinson zyskiwał coraz większą pewność siebie. Spełnił już marzenia o grze w trzeciej dywizji, dlatego zaczął chcieć więcej. W głowie pojawiły się myśli o transferze do pierwszej, najwyższej dywizji NCAA. Zainteresowane były uniwerki Davidson (to alma mater Stephena Curry’ego) oraz Michigan.

W tamtym czasie ani Robinson, ani jego rodzina nie wierzyli, że koszykówka będzie dla niego sposobem na zarabianie. Jeśli więc miał już zmienić uczelnię, to tylko na taką, która zapewni mu odpowiednie wykształcenie. Ostatecznie wybrał więc Michigan, choć jak sam potem mówił, chodziło głównie o koszykówkę. Wciąż miał wtedy wątpliwości, czy poradzi sobie na najwyższym poziomie rozgrywkom. Przekonał go dopiero trener John Beilein. – Dał mi życiową szansę, za którą chyba nigdy mu się w pełni nie odwdzięczę – mówił po latach.

W CENTRUM SZALEŃSTWA

Zgodnie z zasadami NCAA, po transferze do nowej uczelni Robinson musiał przesiedzieć jeden sezon. Ten czas udało się jednak wykorzystać na wzmocnienie zawodnika pod względem fizycznym. Był to dla niego zupełnie nowy świat – cały sztab ludzi z Michigan pracował nad jego rozwojem. Teraz wszystko miał wszak pod nosem, a wcześniej nie dość, że często musiał długo zbierać pieniądze na wyjazd do miasta, to jeszcze razem z przyjaciółmi zrywał się bladym świtem, byleby tylko móc pojechać na trening.

Mniej więcej w tym samym czasie zmieniała się również sama NBA – i to bardzo na korzyść Robinsona. Coraz więcej było szybkiej koszykówki, coraz większą wartość miały rzuty za trzy punkty. Jak w 2015 roku pokazali Golden State Warriors, da się takim graniem zdobyć nawet mistrzostwo. Gracze z pewnym rzutem stali się bardzo w NBA pożądani, a Robinson zaraz miał się znaleźć w centrum tego szaleństwa. Po czterech latach odszedł z Michigan jako czwarty najlepszy strzelec za trzy w historii uczelni.

ZASZUFLADKOWANY

Mógł odejść w chwale zwycięstwa – w 2018 roku razem z Wolverines walczył z Villanovą w finale wielkiego turnieju NCAA. Chciał wtedy wygrać przede wszystkim dla trenera Beileina. Nie udało się, a Robinson z uczelnią pożegnał się jednym ze swoich najsłabszych występów. Zero punktów, ani jednego trafienia za trzy i porażka 62:79. Przy okazji został pierwszym w historii graczem, który zagrał o krajowy tytuł tak w trzeciej, jak i w pierwszej dywizji NCAA. Marne to pocieszenie, tym bardziej że kilka tygodni później przeżył kolejny zawód.

W drafcie nie usłyszał swojego nazwiska. Dziś to aż dziwne, że NBA się na Robinsona wypięła. Przez trzy lata gry w Michigan (w pierwszym roku pauzował) trafił 237 trójek, a na treningach przed draftem pod względem samego rzutu wypadł znakomicie. Jak mówił w jednym z wywiadów, gra na dużej scenie spowodowała, że został szybko zaszufladkowany – jako gracz jednowymiarowy. Taki obraz siebie starał się więc zmienić, a w związku z tym przed samym draftem brał udział w każdym możliwym treningu pokazowym.

COŚ WIĘCEJ NIŻ TYLKO RZUT

Kluczowy okazał się jeden z pierwszych takich treningów, do którego doszło w Los Angeles, gdzie Robinson stacjonował razem ze swoim agentem i trenerem osobistym. To wtedy na salę treningową udało się ściągnąć Cheta Kammerera, czyli legendarnego skauta Miami Heat, który był wtedy akurat w Mieście Aniołów. Sam trening Robinsona miał pokazać, że za jego rzutem kryje się coś więcej. Możesz dobrze rzucać, ale jeśli potrafisz jeszcze wyjść na pozycje, skorzystać z zasłony, dodać drybling – w oczach skauta ma to ogromną wartość.

Robinson starał się w ten sposób zerwać z łatką zawodnika, który rozciąga grę, stojąc gdzieś w rogu boiska w oczekiwaniu na podanie. To mu się udało, bo Kammerer po tamtym treningu w Los Angeles zadzwonił do Erica Spoelstry, trenera Heat, by przekazać mu, że właśnie widział najlepiej wykonane ćwiczenie strzeleckie w życiu. Ekipa z Miami – znana z dobrego skautingu i wynajdowania graczy pominiętych w drafcie – zwróciła więc na Robinsona nieco większą uwagę, choć w naborze w 2018 roku nie miała ani jednego wyboru.

STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ

Ostatecznie w noc draftu Robinson nie został wybrany – podobnie jak m.in. Kendrick Nunn, czyli inny wynalazek Heat. Zdawało się, że NBA o Robinsonie całkowicie zapomniała. Jednym z głównych powodów miał być wiek zawodnika, który w momencie naboru miał już 24 lata, czyli całkiem sporo w porównaniu do topowych talentów, czyli najczęściej 19- czy 20-latków. Po wszystkim odezwał się do niego tylko jeden człowiek. Jeszcze w noc draftu do Robinsona z propozycją gry w lidze letniej zadzwonił trener Spoelstra.

Robinson wybierał ostatecznie między Miami a Los Angeles, bo miał też propozycję gry w lidze letniej dla Lakers. Ostatecznie po konsultacjach z rodziną i agentem postawił na Heat, co okazało się strzałem w dziesiątkę. W pięciu meczach ligi letniej trafił 17 z 27 trójek, a dobra dyspozycja zaowocowała umową two-way. W październiku tego samego roku zadebiutował w NBA. Tym samym został pierwszym od 1999 roku graczem, któremu udało się dotrzeć do tego miejsca z trzeciej dywizji NCAA.

CZŁOWIEK ZNIKĄD PODBIJA NBA

W pierwszym sezonie błyszczał głównie w G-League (w NBA zagrał w 15 meczach), a Heat zdecydowali się podpisać z nim dwuletnią umowę na 2.9 miliona dolarów. Spoelstra przed startem rozgrywek 2019/20 nazwał go jednym z najlepszych strzelców na planecie, a on udowodnił, że uznany szkoleniowiec wcale nie oszalał. Robinson stał się bowiem ważną częścią ataku Heat, a Spo znalazł w nim zawodnika, którego mógł znakomicie wykorzystać. Mariaż zaczął więc szybko rozkwitać, a skrzydłowy znikąd zaczął podbijać NBA.

W sezonie 2019/20 tylko Buddy Hield (271) oraz James Harden (299) trafili więcej trójek niż Robinson (270), przy czym to gracz Heat był zdecydowanie najskuteczniejszy. W rozgrywkach 2020/21 pałeczkę pierwszeństwa przejął powracający do gry po kontuzji Stephen Curry (337), ale Robinson (250) i tak zakończył sezon na czwartym miejscu w lidze za Hieldem (282) i Damianem Lillardem (275). Po zaledwie trzech latach stał się więc jednym z największych specjalistów w NBA od rzutów za trzy punkty.

SAMA OBECNOŚĆ ROBI RÓŻNICĘ

Te stanowią zdecydowaną większość wszystkich jego rzutów: na 1450 oddanych prób, aż 86 procent to właśnie trójki. Nie ma się czemu dziwić, bo Heat wpoili Robinsonowi, by rzucał zza łuku przy każdej możliwej okazji. Na dodatek trener Spoelstra potrafi znakomicie wykorzystać swojego zawodnika w ataku, angażując go do dwójkowych czy trójkowych akcji na szczycie obwodu, gdy Robinson wychodzi do zasłony albo na przekazanie piłki. Uwaga, jakiej wymaga wtedy od obrońców przeciwnika, jest dla Heat ogromnym ułatwieniem.

Dobrze wiedzą o tym Bam Adebayo czy Jimmy Butler, którzy mocno korzystają na obecności Robinsona na parkiecie. Ten często nie musi nawet brać bezpośredniego udziału w akcji. Wystarczy, że stoi gdzieś na obwodzie albo wykonuje ruch bez piłki. Ze swoim rzutem i tak robi różnicę. Nic więc dziwnego, że z nim na parkiecie efektywność ofensywa Heat w sezonie 2019/20 mocno szła do góry (do drugiego najlepszego wyniku w NBA), a bez niego na boisku w rozgrywkach 2020/21 mocno spadała (do jednego z najgorszych wyników w lidze).

WRESZCIE DOCENIONY

Robinson był zresztą jednym z głównych powodów awansu Heat do wielkiego finału ligi w 2020 roku. Po raz trzeci w życiu skrzydłowy finał jednak przegrał, choć w swojej pierwszej fazie play-off w karierze wypadł naprawdę dobrze i nie został nawet aż tak bardzo „zjedzony” po bronionej stronie boiska. To nadal jest jego najsłabsza strona, choć w obronie zespołowej poczynił na tyle duże postępy, że Heat po prostu mu ufają. Od przyszłego sezonu będzie miał zresztą obok siebie jeszcze więcej dobrych lub bardzo dobrych defensorów.

Drużyna z Miami nie tylko przedłużyła bowiem tego lata kontrakty m.in. z Robinsonem i Jimmym Butlerem, ale też pozyskała spore grono zawodników, w tym przede wszystkim takich graczy jak Kyle Lowry, PJ Tucker czy Markieff Morris. W ten sposób finaliści z 2020 roku po rozczarowującym sezonie znów stali się poważnym kandydatem do tytułu. Robinson z kolei po dwóch latach grania za „grosze”, został wreszcie porządnie doceniony. A jako że 27-latek już jest uznanym w NBA specjalistą, to Heat nie wahali się ani chwili.

Oni pomogli stworzyć Duncana Robinsona, a on dzięki nim przeszedł do historii NBA. Dał przy tym przykład, że bycie pominiętym w drafcie nie musi być wcale takie złe.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz sportowy z pasji i wykształcenia. Miłośnik koszykówki odkąd w 2008 roku zobaczył w akcji Rajona Rondo. Robi to, co lubi, bo od lat kręci się to wokół NBA.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.