Polskie skrzydła, Rybus i powietrzny Glik. Bośniacka pocztówka z eliminacji (ANALIZA)

Zobacz również:Z NOGĄ W GŁOWIE. Jerzy Brzęczek – jedyny naprawdę niekochany w reprezentacji
polskaglowne200907PYK0061.jpg
PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Pierwsze w historii polskie zwycięstwo w Lidze Narodów bardzo przypominało większość meczów eliminacyjnych z czasów Jerzego Brzęczka. Na ustawionych w rezerwowym składzie Bośniaków proste środki i przewaga w indywidualnych umiejętnościach wystarczyły.

Jedno trzeba selekcjonerowi reprezentacji Polski oddać. Jest kompletnie odporny na wpływy opinii publicznej, głuchy na głosy kibiców, ekspertów i dziennikarzy i konsekwentny w działaniach. Już wyjściowa jedenastka na mecz w Zenicy pokazała, że selekcjoner nie miał zamiaru udowadniać, że jego drużyna ma też twarz odważniejszą, bardziej ofensywną i skłonną do większej kreatywności niż w Amsterdamie. Na rywala, który najważniejsze starcie, czyli baraże o awans na mistrzostwa Europy, rozegra za miesiąc i mecz z Polską potraktował jako okazję do sprawdzenia drugiego szeregu, wystawił bardzo ostrożny skład. Nowy selekcjoner Bośniaków, dla którego był to dopiero drugi mecz na stanowisku, posłał od początku na boisko tylko czterech graczy, którzy kilka dni wcześniej byli w jedenastce na spotkanie z Włochami. Brzęczek nie nabrał tymczasem nastroju do eksperymentowania. Karolowi Linettemu zafundował kolejną w ostatnich latach reprezentacyjną wycieczkę bez znaczenia, z powołanych debiutantów w jakimkolwiek zakresie sprawdził tylko Jakuba Modera, jeszcze w Holandii. Sprawiał wrażenie, jakby potyczki w Bośni realnie się obawiał. Rozbił jedyny zalążek jakiejkolwiek ofensywnej gry z Amsterdamu, czyli współpracę Piotra Zielińskiego z Mateuszem Klichem, wstawiając za tego drugiego Jacka Góralskiego, pomocnika ze wszech miar defensywnego. Na skrzydło wstawił sprawdzonego już na tysiąc sposobów Kamila Grosickiego. Jedynie obecność Macieja Rybusa kosztem Bartosza Bereszyńskiego na lewej obronie była jakimś zwrotem ofensywnym choć o pół kroku.

LIKWIDACJA ŚRODKA

W meczu, w którym Polacy mieli prawo spodziewać się, że będą musieli prowadzić grę, jak często było w spotkaniach eliminacyjnych w bardzo słabo obsadzonej grupie, trener posadził na ławce jednego z kreatywnych zawodników, wybierając grę dwójką defensywnych pomocników. Było jasne, że nie doda to drużynie płynności w rozgrywaniu ataków pozycyjnych. Zieliński, którego szybkie wymiany podań z Klichem dawały w Amsterdamie milisekundy przyspieszenia, tym razem znów był obsadzony w roli jedynego reżysera, który ma wykombinować coś z niczego. Pewną nadzieją mogło być jeszcze wsparcie pomocnika Napoli przesunięciem wyżej Grzegorza Krychowiaka, który w Łokomotiwie Moskwa daje sporo ofensywnych akcentów. Tu jednak o dziwo to Góralski został obsadzony w roli grającego bliżej bramki rywala. Gracz Kajrata Ałmaty nie jest technicznie aż tak ograniczony, jak się go czasem maluje, co nie zmienia faktu, że z grona dostępnych na ten mecz środkowych pomocników jest najbardziej surowy technicznie. Brzęczek nie potrzebował jednak w środku pola rozgrywania i rozrywania obrony. Potrzebował kogoś, kto pójdzie się z Bośniakami bić. Odpowie im pięknym za nadobne. Kogoś, kto nie będzie blokował ścieżek podań, tylko atakował rywali wślizgiem. Zieliński, jak często w eliminacjach, miał być tym, który możliwie jak najszybciej przekaże piłkę na skrzydło. O ile nie udało się tego wcześniej zrobić stoperom. To środkowi obrońcy najczęściej mieli piłkę przy nodze.

EPIZODY GROSICKIEGO

Na żadnym ze skrzydeł nie było tym razem kogoś, kto jak Sebastian Szymański, ciągnie czasem do środka i szuka gry kombinacyjnej. Kamil Jóźwiak i Grosicki to skrzydłowi najbardziej typowi i klasyczni z możliwych. Szukający pojedynków, ryzykujący, bazujący na dynamice. Gdyby oceniać zagranie po zagraniu Grosickiego z całego meczu, dobrych uzbierałoby się praktycznie tyle samo, ile złych. Jedno równoważy drugie. Największą zaletą skrzydłowego West Bromu jest jednak aktywność. To nie jest ktoś, kto zagra jedną piłkę, a potem na pół godziny zniknie. Grosicki jest w każdej akcji. Zwłaszcza, jeśli drużyna jest tak ustawiona, by ciągle pchać w jego kierunku piłkę. Co drugą zepsuje, ale z co którejś stworzy jakieś zagrożenie. Futbol często nie premiuje tych, którzy grają na dobrym, równym poziomie, lecz tych, którzy są skuteczni w konkretnych epizodach. Grosicki kończył mecz w Zenicy z bramką i asystą. Czyli zrobił swoje.

AKTYWNI SKRZYDŁOWI

Choć to całościowo nie było udane zgrupowanie i niewiele wniosło niewiele nowej wiedzy o kadrze, jednym z nielicznych zwycięzców tych dwóch meczów może się czuć Jóźwiak, który jako jedyny nowicjusz (wcześniej miał na koncie tylko cztery minuty) dostał dwie poważne szanse i obie raczej wykorzystał. W Amsterdamie można go rozliczać tylko z solidnej i dobrze wykonywanej pracy w defensywie. W Bośni po raz kolejny pokazał, że nie jest typem skrzydłowego grającego tylko do przodu, lecz znów pracował także przy odbiorze piłki. Co jednak ważne, tym razem nie bał się brać gry na siebie. Ponad połowa udanych dryblingów przeprowadzonych przez Polaków w tym meczu idzie na konto zawodnika Lecha Poznań. Pięć z sześciu takich jego prób kończyła się sukcesem. Mimo że sama charakterystyka obu skrzydłowych jest bardzo typowa dla graczy ustawianych na tej pozycji, żaden z nich nie grał w Zenicy przywiązany do linii bocznej i schodzący do środka tylko na strzały. Obaj  wbiegali w strefy pomiędzy środkowym a bocznym obrońcą rywali. Przy liniach bocznych zostawiali szerokie korytarze skrajnym obrońcom, podczas gdy sami przy dośrodkowaniach często zachowywali się jak cofnięci napastnicy – wbiegali w pole karne z drugiej linii. Tak Grosicki zdobył zwycięską bramkę, a w bardzo podobny sposób mógł to zrobić także wprowadzony z ławki Mateusz Klich.

WYGRANY RYBUS

Skoro większość akcji była pchana na boki – tylko 1/4 przeprowadzili Polacy środkiem – a skrzydłowi zajmowali się tyleż dośrodkowywaniem, ileż wbieganiem z drugiej linii, kluczową rolę do odegrania mieli boczni obrońcy. Obaj często dysponowali sporą przestrzenią i transportowali piłkę w pole karne. Tyczyło się to zwłaszcza Rybusa, który był wyżej ustawiony i częściej chodził do ataków niż Tomasz Kędziora. Zawodnik Łokomotiwu, który po mundialu w kadrze nie grał praktycznie wcale, był największym zwycięzcą tego meczu. Pokazał, ile traci ta drużyna, gdy na lewej obronie męczy się Bereszyński. Rybus dobrze wykonywał zadania w defensywie – odbierał piłki, czy blokował dośrodkowania – a przy tym grał bardzo pewnie. Aż 97% z jego pięćdziesięciu podań było celnych, co jest u bocznego obrońcy wynikiem niezwykle rzadko spotykanym. 31-latek zaczął mecz od dośrodkowania w trybuny i zrugania kępki trawy, na której podskoczyła mu piłka. Choć ta scena mogła budzić politowanie, od 11. minuty Rybus przestał posyłać niecelne podania. Kończył mecz z asystą przy golu Grosickiego, a mógł mieć jeszcze ze dwie kolejne. To spotkanie pokazało, że jeśli jest zdrowy, nie powinien mieć konkurencji na tej pozycji. Bereszyński może być dla tej kadry bardzo potrzebny. Ale w rywalizacji z Kędziorą na swojej nominalnej pozycji. Wszelkie próby wystawiania ich jednocześnie kończą się źle. Zarówno dla zawodników, jak i drużyny.

MOC GLIKA

Oprócz skrzydłowych i Rybusa ten mecz miał jeszcze jeden wyraźny jasny punkt. Był nim Kamil Glik. W Amsterdamie najbardziej winny przy straconej bramce. W Zenicy już nawiązujący do formy, do jakiej w reprezentacji przyzwyczaił. Tym razem stoper Benevento nie musiał grać na zwinnych, ruchliwych i wymieniających się pozycjami napastników, lecz na silnego fizycznie Elvira Koljicia, z którym miał toczyć twarde pojedynki i mu nie odpuszczać. W takiej grze czuł się znakomicie. Polacy całkowicie zdominowali grę w powietrzu. Wygrali ponad ziemią trzy razy więcej pojedynków, a taka różnica nie zdarza się często. Odpowiedzialny za ten wynik był właściwie jednoosobowo Glik, który w poniedziałkowy wieczór wygrał tyle pojedynków główkowych, co cała bośniacka drużyna razem wzięta. Co ważne, robił to pod obiema bramkami. W polu karnym rywali też dochodził do sytuacji. Jego szansa z 36. minuty była pierwszym sygnałem życia Polaków w tym meczu i początkiem bardzo dobrych dziesięciu minut, w których gracze Brzęczka stworzyli cztery sytuacje bramkowe. Jedną wykorzystali i zrobił to właśnie Glik. Warto zwrócić uwagę, jak zachował się przy dośrodkowaniu Grosickiego. Do siatki trafił, mimo że kryło go trzech rywali. Tymczasowy kapitan nie musi już niczego udowadniać, lecz przypomniał, żeby nikomu, patrząc na postępy jego młodych następców, nie przyszło do głowy zbyt wczesne wysyłanie go na emeryturę.

MECZ JAK ELIMINACJE

Ten mecz bardzo przypominał wiele starć, jakie kadra Brzęczka stoczyła w eliminacjach do Euro 2020, gdzie praktycznie wszyscy grupowi rywale odstawali od Polaków indywidualnymi umiejętnościami i oddawali im pole gry. Polacy poradzili sobie z tym całkiem przyzwoicie, bo odwrócili losy meczu, stworzyli kilka dogodnych sytuacji, a kilka z nich nawet udało się wypracować z gry. Wielu czuło jednak, że tak oczywisty, przewidywalny i daleki od perfekcyjnego wykonania sposób gry zupełnie nie zda egzaminu w starciu z choć trochę bardziej wymagającym rywalem. Mając na świeżo w pamięci przerażającą bezradność z meczu z Holandią, trudniej się będzie komuś nabrać, że ta wygrana z rywalem grającym mecz towarzyski cokolwiek zmienia w ocenie miejsca, w którym znajduje się dziś reprezentacja Polski.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi. W newonce.sport autor sobotniego cyklu Z nogą w głowie i poniedziałkowej rubryki Centrostrzał.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.