Polskie łyżwy rosną w siłę. Będzie więcej emocji w Pekinie?

Zobacz również:Jeśli nie skoczkowie, to kto? Natalia Maliszewska daje na to bardzo szybką odpowiedź
Zbigniew Bródka
Fot. Marian Zubrzycki / 400mm.pl

Wchodząc w sezon zimowy, polscy kibice pokładali olimpijskie nadzieje głównie w skoczkach narciarskich, co oczywiście nie jest niczym dziwnym. Jednak skoczkowie nie zdążyli jeszcze rozpocząć poważnego skakania (to już za moment), a pierwsze duże zimowe emocje za nami. I to wszystkie związane z różnym rodzajem łyżew.

XXI wiek jest dla polskich sportów zimowych całkowicie przełomowy, nawet jeśli zakres dwóch do sześciu medali (a tyle zdobywamy na każdych igrzyskach w tym stuleciu) na pierwszy rzut oka nie wygląda imponująco. Warto jednak przypomnieć, że przed pierwszymi w „latach dwutysięcznych” igrzyskami w Salt Lake City zimowych medali mieliśmy łącznie… cztery. W całej olimpijskiej historii, a przecież reprezentacja Polski startuje w zimowej wersji igrzysk od samego początku, czyli od Chamonix i roku 1924.

SZUKAMY TU GDZIE ZAWSZE

Nadeszła zmiana, związana między innymi z Adamem Małyszem i „Małyszomanią”, ale nie tylko. Od Salt Lake City, w pięciu kolejnych edycjach zimowego święta sportu, krążków zdobyliśmy aż osiemnaście. Przede wszystkim w skokach, bo Małysza zastąpił Kamil Stoch i cała drużyna (łącznie osiem miejsc na podium), ale mieliśmy też m.in. ogromny talent Justyny Kowalczyk w biegach narciarskich, która dołożyła kolejne pięć medali. Cztery to łyżwiarstwo szybkie i olimpijskie złoto Zbigniewa Bródki oraz trzy świetnie zgrane drużyny, a całą zabawę uzupełnia Tomasz Sikora i jedyny polski medal w biathlonie. Polegamy na wybitnych jednostkach (Kowalczyk, Małysz, Stoch) i pomniejszych szansach gdzie indziej, a tutaj dotychczas rządziło łyżwiarstwo szybkie.

W tym sezonie ponownie będziemy liczyć na Stocha i innych skoczków, ale kto wie, czy w Pekinie łyżwy ponownie nas nie zaskoczą. O Natalii Maliszewskiej w short tracku (tu jeszcze medalu w naszej historii nie mamy) już pisaliśmy, jednak sama Natalia zdążyła od tamtej pory zaliczyć kolejne miejsce na podium Pucharu Świata i zdaje się być już na stałe wpisana w czołówkę swojej konkurencji. Poza nią jednak ponownie mamy okazję spojrzeć na tę dłuższą odmianę łyżwiarstwa szybkiego.

NASTĘPCY

Tam bowiem mamy sytuację, która wygląda bardzo obiecująco na przyszłość, nawet jeśli tą przyszłością ostatecznie nie będzie jeszcze Pekin. W ubiegły weekend odbył się pierwszy Puchar Świata w Tomaszowie Mazowieckim. Miejsce jego rozgrywania jest jak najbardziej znaczące, bowiem tor w Tomaszowie został zbudowany m.in. dzięki sukcesom Bródki i reszty naszych łyżwiarzy na igrzyskach w Soczi.

Miał za zadanie pomóc w treningach i wychowywaniu kolejnych adeptów łyżwiarstwa i wydaje się, że spełnienie tego zadania zaczynamy powoli dostrzegać. Kaja Ziomek zajęła właśnie piąte miejsce w Pucharze Świata na 500 metrów, tracąc tylko 0.02 sekundy do podium. Na tym samym dystansie Andżelika Wójcik wygrała grupę B z czasem dającym pierwszą dziesiątkę wśród najlepszych. Do tego możemy dołożyć nieco bardziej doświadczonego Piotra Michalskiego ze zwycięstwem w grupie B panów (czas dawał siódme miejsce w grupie A) czy czwarte miejsce pań w drużynie i od razu widzimy, że polski sprint w sezon wszedł wyjątkowo mocno w porównaniu do niewielkich dotychczas oczekiwań.

Teoretycznie miejsca naszych łyżwiarzy nie świadczą, jak chociażby w przypadku Maliszewskiej, o byciu kandydatami do medalu na chińskich igrzyskach, ale o tym, że emocji, których tak często musimy doszukiwać się w zimie, na pewno nie zabraknie. Ziomek otarła się o podium o centymetry, a pierwsza trójka PŚ w łyżwiarstwie szybkim nie jest czymś, co zdobywa się aż tak łatwo. Ostatnie polskie podium indywidualnie przed zawodami w Tomaszowie Mazowieckim to Artur Waś i rok 2017.

POWRÓT MISTRZA

„Przed zawodami w Tomaszowie” to tutaj stwierdzenie kluczowe, ponieważ po nich jest to już nieaktualne. Bródka, jedyny polski mistrz olimpijski w łyżwiarstwie szybkim, powrócił z zakończenia kariery na rok olimpijski i o ile „na dystansach” i na czas od rywali odstaje, o tyle znakomicie zaprezentował się w jednej z najmłodszych łyżwiarskich konkurencji, czyli w biegu masowym. Konkurencji opisywanej jako niezwykle chaotyczna, nieprzewidywalna i momentami wręcz loteryjna.

Amerykanie nazwali to nawet „NASCARem na lodzie”, choć to może nieco przesada. Kilkunastu łyżwiarzy lub łyżwiarek jedzie w grupie przez ponad sześć kilometrów (dokładnie 6400 metrów, 16 okrążeń) i w teorii zbiera punkty, tak jak np. w kolarstwie torowym, na trzech sprintach „w międzyczasie”. W praktyce jednak na podium i tak stają ci, którzy zajmują pierwsze trzy miejsca w sprincie finałowym, bowiem nie ma możliwości zebrania wcześniej wystarczającej liczby punktów (sprint ostateczny to 60 punktów za pierwsze, 40 za drugie, 20 za trzecie miejsce, a pozostałe 5, 3 i 1), więc jest to jedyny w swoim rodzaju długodystansowy wyścig łyżwiarski.

Bródka już na samym początku sezonu został mistrzem Polski w tej specjalności, a fakt, że potwierdził to trzecim miejscem w Pucharze Świata świadczy o jego umiejętnościach. Nasz mistrz może już nie rywalizować o najwyższe miejsca na 1000 czy 1500 metrów, ale w biegu masowym? Kto wie.

Za nim jest grupa młodszych i obiecujących łyżwiarzy z Ziomek na czele. Łącząc to ze sporą szansą medalową w postaci Natalii Maliszewskiej, emocji w Pekinie na pewno nie zabraknie, a przynajmniej nie będziemy musieli szukać ich „na siłę”.

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Pisze dla newonce.sport, a w newonce.radio odwiedza audycję NFL Po Godzinach.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.